Newsletter

Tako rzecze Obama

Kazimierz Bem, 11.09.2013
Dzisiaj późnym wieczorem prezydent Barack Obama wygłosił przemówienie do Amerykanów

Marlborough, 10 września 2013

Dzisiaj późnym wieczorem prezydent Barack Obama wygłosił przemówienie do Amerykanów, w którym próbował ich przekonać do – jak zapewniał – krótkiej i skutecznej interwencji w Syrii. Pierwotna treść przemówienia została zmieniona w ciągu ostatnich kilkudziesięciu godzin, gdy nieoczekiwanie, po rzekomej wpadce Johna Kerry’ego, Syria wyraziła chęć (zobaczymy, czy szczerą) zrezygnowania z bronii chemicznej.

Prezydent Obama musiał Amerykanów przekonywać, bo zdecydowana większość z nich pamięta bałagan, który zapanował po interwencjach w Afganistanie oraz Iraku. I jest zdecydowanie przeciwna mieszaniu się w kolejną bliskowschodnią awanturę z dyktatorem i islamskimi fundamentalistami. Jeszcze w niedzielę wiele wskazywało na to, że prezydent, który zwrócił się do Kongresu o zgodę na użycie broni, poniesie w głosowaniu spektakularną porażkę. W Senacie bowiem głosy się rozkładały mniej więcej równo, co nie wróżyło administracji dobrze. Co gorsza, jak donosiły media, ponad 217 (a więc ponad połowa) kongresmenów – demokratów i republikanów – chciało głosować na „nie”. Koalicja między ultraliberalnymi demokratami, ultarakonserwatywnymi republikanami i libertarianami, która zawiązała się w tej sprawie, jest bardziej niż egzotyczna.

Z drugiej strony, prezydenta Obamę popierała liberalna Nancy Pelosi oraz konserwatywny lider republikanów w Izbie John Boehner. Za interwencją byli – ciekawostka – niektórzy przedstawiciele judaizmu oraz część organizacji muzułmańskich. Poparł ją też tygodnik „The Economist“, podczas gdy Fareed Zakaria w „Time Magazine“ ją odradzał. Ostro przeciw był także Kościół katolicki i zazwyczaj znajdujące się po przeciwnych stronach barykady liberalne oraz ultrakonserwatywne Kościoły protestanckie.

Przemówienie prezydenta było, jak zresztą zawsze, mistrzowskie pod względem konstrukcji i argumentacji. Ultrakonserwatystów pytał, dlaczego choć tak chwalą się amerykańską armią, nie chcą jej użyć. Libertarian zapewniał, że interwencja w Syrii jest przejawem najczystszych i najszlachetniejszych wartości Ameryki, jak poszanowanie praw człowieka i prawa do życia w pokoju. Liberałom mówił, by pomyśleli o syryjskich dzieciach zagazowanych przez Assada. Zapewniał ponadto, że interwencja nie będzie oznaczała wysłania żołnierzy w teren (no boots on the ground), nie będzie też bezterminowa, ale zdecydowana, krótka i konkretna.

Pozostałych sceptyków kontrował stwierdzeniem, że Ameryka nie dokonuje „lekkiego ukłucia“ (prick) – ale gdy uderza, to wróg wie, że uderza weń supermocarstwo. Przywoływał I wojnę światową i Holokaust. I zapewnił, że nawet gdyby Ameryka uderzyła, natychmiast powróci do próby dyplomatycznego rozwiązania konfliktu.
Przemówienie zakończył deklaracją, że na razie daje raz jeszcze szansę pokojowi, ale pod ściśle określonymi warunkami, które Syria musi spełnić.

Oczywiście, pozostaje pytanie, czy Obama przekonał sceptycznych Amerykanów, a co ważniejsze – umiarkowanych kongresmenów z obu partii. Trudno sobie wyobrazić, by prezydent zwrócił się do Kongresu z prośbą o zgodę na użycie broni, ten odmówił, a następnie prezydent Kongres zignorował. Z drugiej strony trudno oczekiwać, by po tylu zapewnieniach o nieprzekraczalności „czerwonej linii“ Obama z interwencji zrezygnował.

A w tle są jeszcze poważniejsze pytania: Kim Ameryka chce zastąpić Assada? I czy będzie w stanie od jego następców wyegzekwować poszanowanie praw mniejszości? Przykład Iraku jest przecież pod tym względem tragiczny.

Wysłuchałem prezydenta Obamy z uwagą. Jego argumenty są solidne, racjonalne i nawet szlachetne. Czy mnie przekonały? Na razie nie. Wciąż pokładam nadzieję w jego zdolnościach dyplomatycznych i liczę, że uda mu się wypracować pokojowe rozwiązanie tego problemu. Mój kościół wywiesił na tablicy ogłoszeniowej napis: „Cokolwiek wojna może zdziałać, pokój zdziała to lepiej.“