Newsletter

Emocje i polityka

Viola Neu, 12.09.2013
Frekwencja wyborcza nie jest papierkiem lakmusowym stanu demokracji. Wyborcy czasem nie głosują, a niegłosujący niekiedy wybierają

Frekwencja wyborcza nie jest papierkiem lakmusowym stanu demokracji. Wyborcy czasem nie głosują, a niegłosujący niekiedy wybierają

Wynik zbliżających się w Niemczech wyborów federalnych nie jest łatwy do przewidzenia. Jeszcze trudniej prognozować kształt powyborczych koalicji. Wszystko wskazuje dziś na to, że Angela Merkel nadal będzie kanclerzem. Nie można jednak z całą pewnością powiedzieć, że nadchodzące dni nie przyniosą niespodziewanych zwrotów akcji.

Zagwozdka dla uczonych

Na decyzję niemieckich wyborców mogą mieć bowiem wpływ odbywające się na tydzień przed wyborami do Bundestagu landowe wybory w Bawarii. Niewykluczone, że ich rezultat zmobilizuje lub wręcz przeciwnie: zdemobilizuje określone grupy wyborców. To jednak niejedyny powód. Wynik wyborczy jest trudny do przewidzenia przede wszystkim dlatego, że coraz więcej obywateli podejmuje decyzję o zagłosowaniu na dane ugrupowanie dosłownie w dniu wyborów. Spora grupa deklaruje także niewzięcie w nich udziału. Dlatego wszystkie partie będą prowadzić kampanię do ostatniej chwili. Preferencje Niemców poznamy zaś po zamknięciu lokali wyborczych – podobnie jak liczbę tych, którzy nie zdecydowali się poprzeć żadnego ugrupowania.

To właśnie niegłosujący są coraz częściej przedmiotem zainteresowania opinii publicznej i badaczy w Niemczech. Przewidzenie ich wyborczych zachowań stanowi dla uczonych prawdziwą zagwozdkę, ankietowani nie zawsze bowiem przyznają się do swoich zamierzeń. Co więcej, często deklarują, że nie wezmą udziału w głosowaniu, a potem do urn idą. Lub odwrotnie: wyrażają chęć uczestnictwa w wyborach, ale decydującym dniu zostają w domu.

Spontaniczny wybór

Trudno też wytłumaczyć motywy ich decyzji. Niektórzy rzeczywiście są niezadowoleni z działań partii, na którą głosowali, nieoddanie głosu jest zaś wyrazem ich złości i rozgoryczenia. Duża jest również grupa osób, które nie mają ochoty brać udziału w badaniu i zbywają ankietera odpowiedzią w stylu: „Nie jestem zainteresowany, bo nie idę na wybory”. Wielu jest i takich, którzy nie śledzą politycznych wydarzeń i nie mają na ich temat wyrobionej opinii. Głównym powodem pozostania ludzi w domu jest jednak ich brak silnego związku emocjonalnego z daną partią polityczną.

Coraz mniejsze zainteresowanie partiami politycznymi obserwujemy oczywiście nie tylko w Niemczech. To zjawisko charakterystyczne dla wszystkich zachodnich demokracji, nieodłączny element społecznej zmiany, modernizowania się i pluralizmu społeczeństwa. Partie polityczne nie odgrywają już tak kluczowej roli jak kiedyś. Część wyborców ma oczywiście określone preferencje, więc opowiedzenie się po jednej ze stron jest dla nich na swój sposób naturalnym wyborem. Coraz więcej jest jednak takich, którzy potrafią sobie wyobrazić zagłosowanie zarówno na chadeków, jak na socjaldemokratów. Ta decyzja jest dla nich trochę jak wybór w supermarkecie: mogą wybrać Milkę albo zdecydować się na mleczną kostkę Rittersport, bo właściwie i to, i to jest czekoladą. Ci wyborcy często opowiadają się po jednej ze stron pod wpływem głównych kandydatów i zaufania, jakie zostało wokół nich zbudowane. Trudno jednak zdefiniować wszystkie czynniki decydujące o ich zachowaniach przy urnie.

Zapomniane rytuały

Bardzo mało emocjonalny stosunek wyborców do partii prowadzi do tego, że wyniki wyborcze mogą coraz bardziej zaskakiwać. Kiedyś przewidywanie politycznych decyzji było dużo prostsze. Można było założyć, że przedstawiciele środowisk robotniczych oddadzą głosy na socjaldemokrację, zaś ci, którym bliskie były wartości chrześcijańskie, opowiadali się zwykle za chadekami. Środowisko, z którego pochodziliśmy, w pewien sposób warunkowało wyborczą decyzję.

Dziś pochodzenie, tradycja rodzinna czy wykształcenie nie wpływają już w tak dużej mierze na poparcie danej opcji politycznej. Coraz rzadziej też wybory postrzegane są w kategoriach obywatelskiego obowiązku. Nawet zainteresowani i śledzący życie polityczne obywatele niekoniecznie decydują się na oddanie głosu. Dlaczego? Kiedyś udział wyborach był swego rodzaju rytuałem: w wyborczy poranek ludzie szli do kościoła, potem kierowali kroki do urn wyborczych. Dziś ta tradycja zamiera. W efekcie nawet ci na pozór zaangażowani zostają w domach.

Polityka musi oczywiście odpowiadać na zmiany zachodzące w społeczeństwie. Partie polityczne nie mogą opierać się już tylko na sprawdzonych strategiach i mobilizowaniu zagorzałych zwolenników. Coraz ważniejsze staje się przyciągnięcie uwagi i budowanie politycznego przekazu dla jak najszerszej klienteli. Trzeba jednak rozróżnić pomiędzy polaryzowaniem wyborców a budowaniem wśród nich rzeczywistego zainteresowania. Tego ostatniego nie da się wykreować w sztuczny sposób.

Internet nic nie zmieni

Dlatego jestem sceptyczna wobec debaty o zwiększeniu frekwencji np. poprzez możliwość głosowania w internecie. Głosowanie w wirtualnej rzeczywistości będzie bowiem kolejną okazją do zaangażowania się dla tych, którzy dotychczas byli aktywni. Nie wpłynie zaś na zmianę zachowania biernych obserwatorów życia politycznego.

W dyskusji na temat niegłosujących warto jednak uniknąć zasadniczego błędu: ci ludzie nie są stałą i niezmienną grupą. Nie jest tak, że zawsze zostają w domu. Wręcz przeciwnie: raz decydują się wyrazić swoje poparcie przy urnach wyborczych, innym razem wstrzymują się od głosu. Sami także nie przyklejają sobie raz na zawsze etykietki „niegłosujący” – przecież kilka razy zagłosowali. Po prostu nie zdecydowali się na to w ostatnich wyborach.

Wyborcy czasem nie głosują, a niegłosujący niekiedy wybierają. Ich decyzje są uwarunkowane czynnikami, o których już pisałam. Grupę tych, którzy w ogóle nie chcą mieć do czynienia z systemem i całkowicie odwrócili się od partii politycznych, szacuje się jedynie na 5-8 proc. Można ją więc rzeczywiście uznać za mniejszość.

Cena spokoju

Obywatele na pewno chętniej idą do wyborów, gdy sytuacja na scenie politycznej jest źródłem kontrowersji i rozbudza społeczne emocje. W kończącej się właśnie w Niemczech kampanii wyborczej nie ma atmosfery silnego sporu. To szczególna sytuacja – pozytywna, ponieważ w przypadku najważniejszych tematów widoczny jest społeczny konsensus. Przyczyną dyskusji są raczej kwestie o mniejszym znaczeniu, a nie sprawy zasadnicze. Niemieckie społeczeństwo nie dzieli się zaś na grupy, które wzajemnie się zwalczają.
Atmosfera społecznego konsensusu i brak gorących politycznych dyskusji nie sprzyjają jednak wysokiej frekwencji.

Frekwencja wyborcza nie jest papierkiem lakmusowym stanu demokracji. Niepójście do urny nie oznacza bowiem negacji świata polityki w tak dużym stopniu, jak wielu przypuszcza.

Tłum. Weronika Przecherska

Dr Viola Neu – niemiecka politolożka, badaczka procesów wyborczych, partii politycznych oraz ekstremizmów w Fundacji Konrada Adenauera. Informacje o dr Violi Neu można znaleźć na stronie KAS.