Newsletter

Przedsiębiorczość głupcze!

Tomasz Kasprowicz, 05.09.2013
Mamy w Polsce globalnych championów. Wyrośli z prywatnej inicjatywy, niewielkich rodzinnych firm bez większej pomocy państwa, a nawet wbrew jego niechęci

Mamy w Polsce globalnych championów. Wyrośli z prywatnej inicjatywy, niewielkich rodzinnych firm bez większej pomocy państwa, a nawet wbrew jego niechęci

Skąd się biorą duże firmy, świetnie sobie radzące w globalnej gospodarce? W pojęciu naszych polityków – z łączenia już istniejących molochów. Jednak działania nawet największych polskich firm przynoszą dość mizerne efekty.

Ekspansja Orlenu zatrzymała się na Możejkach i kilku stacjach w Niemczech, PKO otworzył oddziały za granicą, które obsługują polskich emigrantów. Trudno to nazwać sukcesem na wielką skalę. Nie ma się też co spodziewać przełomu, gdy połączy się PGE z Energą. Tymczasem – mimo braku fleszy i zainteresowania – mamy w Polsce globalnych championów. Wyrośli oni z prywatnej inicjatywy, niewielkich rodzinnych firm bez większej pomocy państwa, a nawet wbrew jego niechęci.

Polskie firmy znakomicie odnajdują się na rynku kosmetyków. Na świecie znane są takie marki jak Dr Irena Eris, Ziaja, Dax czy Lirene. Prawdziwym ewenementem jest tu firma Inglot sprzedająca kosmetyki przeznaczone dla najbogatszych, mająca swoje sklepy rozsiane po całym globie.

Firma CD Project świetnie radzi sobie z kolei na wymagającym rynku gier komputerowych. Wypuściła już dwie produkcje, które zyskały najwyższe uznanie na całym świecie. Fakro jest za to drugim globalnym graczem na rynku okien dachowych. Przykładów jest więcej: jachty, buty, meble.

Sukcesem polskiej transformacji jest przedsiębiorczość, która zaczynając od najmniejszych „firemek”, była w stanie rozwinąć się do pozycji firm globalnych. Oczywiście takich przypadków jest kilka na setki tysięcy prób – jednak w masie działa statystyka i w ten sposób powstają polskie sukcesy. Sukcesy ludzi startujących z bardzo niskiego pułapu, którym udało się osiągnąć to, co nie udało się wielkim i zasobnym przedsiębiorstwom. Zapewne rozmiar był tu elementem wspomagającym, a nie przeszkodą w rozwoju. W końcu przedziwna kultura i bizantyjskie struktury wszechobecne w polskich „korporacjach” uniemożliwiają skuteczne konkurowanie nawet na lokalnym rynku. Często to monopolistyczna pozycja jest jedynym ich atutem.

Dlaczego zatem uwagę polityków skupiają właśnie te molochy, zaś wspieranie drobnej przedsiębiorczości nie jest priorytetem? Pozostaje to dla mnie niejasne. Prawdopodobnie większa firma oznacza większe pieniądze do zagospodarowania, bardziej też działa na wyobraźnię. Łatwiej sobie bowiem wyobrazić, jak Orlen staje się światowym potentatem, niż że udaje się to małej garażowej firmie. Jednak rzeczywistość pokazuje odwrotny rozkład szans. Jeśli chcemy zatem w Polsce globalnych championów i gospodarki opartej na wiedzy, starajmy się przede wszystkim tym najbardziej kreatywnym nie przeszkadzać. Ale nawet do takiego planu minimum droga jest jeszcze daleka.

Kluczowym elementem obecnego kryzysu liberalnej demokracji jest brak odpowiedzialności za swoje czyny, zwłaszcza w ekonomii i polityce. Świat w dużej mierze zdominowały globalne korporacje, których posiadaczami są tysiące akcjonariuszy, każdy mający promil udziałów. W takich warunkach nie występuje żadna kontrola właścicielska nad zarządami,  efektywnie przejmującymi majątek firmy. W efekcie jedynym celem zarządu pozostaje uniknięcie zwolnienia, czyli wykazanie odpowiedniego zysku tu i teraz. Osiąga się to wszelkimi sposobami, często rujnując właścicieli, czy to bezpośrednio poprzez ukrywanie kłopotów firmy, aż jest za późno na naprawę, czy też pośrednio niszcząc społeczności, z których pochodzą właściciele.

Tymczasem firmy rodzinne wiąże z ich właścicielami los na lata. Mogą oni podejmować decyzje długofalowe, pozwalające na strategiczny rozwój firmy, a nie tylko bierne dryfowanie. Co więcej, mogą w nich też pojawić się decyzje z ekonomicznego punktu widzenia nieefektywne, ale zgodne z przekonaniami właścicieli.

Trudno jest zamknąć fabrykę w rodzinnym mieście i przenieść ją do Chin, jeśli rodzina mieszka tam od pokoleń. Pozbawione korzeni i wynajęte zarządy, składające się z technokratycznych biurokratów, nie mają z tym najmniejszego problemu. Jednak tylko faktyczni właściciele dysponują etycznym prawem do podjęcia takiej decyzji, bo rozporządzają własnym majątkiem. Najemna siła robocza robi tylko to, do czego została wynajęta, jednocześnie próbując uszczknąć dla siebie jak najwięcej.

Przy czym wielkie korporacje uzyskują najwięcej wsparcia ze strony państwa – w postaci pomocy publicznej, zwolnień podatkowych i innych przywilejów, które tak naprawdę finansują ci najmniejsi. I tak za własne pieniądze lokalny biznes sprowadza sobie wielką konkurencję, z góry będąc na przegranej pozycji. Trwa to do czasu, aż przywileje się skończą, a wielki zakład zostanie przeniesiony w nowe miejsce, gwarantujące nowe przywileje.

Dopóki na całym świecie politycy nie zrozumieją, że przyszłością gospodarki jest lokalna przedsiębiorczość, dopóty będziemy żyli w skorumpowanym systemie. Systemie, gdzie najważniejsze decyzje podejmują ludzie nie ponoszący za nie najmniejszej odpowiedzialności. Efektem jest nieodpowiedzialność, skutkująca kryzysami strukturalnymi.

Póki co jednak skupiamy się na propozycjach podniesienia ZUS-u dla przedsiębiorców, sprawdzaniu firmowych samochodów i tym podobnych uszczypliwościach. Jednocześnie finansujemy wykup złych aktywów wielkich banków. Na zmianę mentalności przyjdzie zapewne jeszcze trochę poczekać.

Tekst ukazał się na stronie Instytutu Obywatelskiego w cyklu Lupa Instytutu: „Małe jest efektywne” w kwietniu 2012 r.

*Tomasz Kasprowicz – ekonomista, absolwent National-Louis University, doktoryzował się na Southern Illinois University Carbondale, członek redakcji Res Publiki Nowej