Newsletter

Nowy najstarszy sojusznik Ameryki

Małgorzata Mandola, 04.09.2013
Po tym jak Niemcy, W. Brytania i Polska odmówiły udziału w interwencji zbrojnej w Syrii, Francja stała się jedynym dużym państwem europejskim, na którego wojskowe wsparcie USA mogą jeszcze liczyć

Strona 1

Po tym jak Niemcy, W. Brytania i Polska odmówiły udziału w interwencji zbrojnej w Syrii, Francja stała się jedynym dużym państwem europejskim, na którego wojskowe wsparcie USA mogą jeszcze liczyć. Prezydent Hollande już zadeklarował udział w akcji. Czy popełnił błąd?

W zeszły piątek amerykański sekretarz stanu John Kerry potwierdził, że USA gotowe są do akcji wojskowej przeciw reżimowi Baszara Assada, oskarżanego o użycie broni chemicznej przeciw cywilom w Syrii. Tego samego dnia prezydent Francji François Hollane wyraził na łamach dziennika „Le Monde” chęć zdecydowanego, choć ograniczonego, udziału zbrojnego w akcji przeciw reżimowi w Damaszku. Podobnie jak Barack Obama, jest on bowiem przekonany o odpowiedzialności obecnej władzy w Syrii za atak z 21 sierpnia. Wycofanie się Wielkiej Brytanii z planowanej koalicji nie zmienia pozycji Paryża, tym bardziej że Hollande jest pewien siły swej armii. – Francja dysponuje odpowiednim uzbrojeniem do przeprowadzenia akcji na dużą odległość – ocenił.

Wytarganie za uszy to za mało

W jakim stopniu Francja miałaby się zaangażować w interwencją wojskową w Syrii? Dyrektor francuskiej Fundacji na Rzecz Badań Strategicznych mówi, że rola Francji nie jest jeszcze w pełni określona. – W zależności od zasięgu operacji Amerykanów, działania Francji będą miały formę wsparcia, czyli będą to działania drugiej rangi lub zupełnie niewielkie – tłumaczy Camille Grand. – Są dwie możliwości. Jeśli uderzenia będą miały na celu zniszczenie kilkudziesięciu ośrodków związanych z atakiem bronią chemiczną, Francja weźmie udział w niektórych z nich. Jeśli natomiast USA zechcą przedłużyć działania wojskowe o kilka dni, wystrzeliwując większą liczbę pocisków, wsparcie Francji będzie mniejsze.

Dla Syryjczyków żyjących we Francji, w większości wieloletnich przeciwników reżimu, interwencja zbrojna byłaby czymś oczekiwanym, choć jej popracie uzależniają od celu, w jakim miałaby być przeprowadzona. Podczas spotkania z Hollandem szejk Ahmed Al Dżarba, szef koalicji rewolucjonistów i opozycji syryjskiej, miał stwierdzić, że Syryjczycy oczekują o wiele więcej niż tylko „wytargania za uszy” Assada i przeprowadzenia w Syrii „lekcji demokracji”. Potrzebne jest stanowcze uderzenie, które obali dyktatora.

Jednak w przeciwieństwie do prezydenta, dwie trzecie Francuzów jest przeciwnych udziału Francji w interwencji zbrojnej. Według sondażu francuskiego instytutu badania rynku i opinii publicznej BVA, opublikowanego 31 sierpnia, 58 proc. Francuzów nie wierzy, że ich prezydent jest w stanie przeprowadzić akcję wojskową w Syrii. 40 proc. wierzy, że dałby radę, a 2 proc. nie ma zdania. 64 proc. jest przeciwnych międzynarodowej interwencji zbrojnej w Syrii, a tylko 34 proc. jest za.

Pamiętajmy o Iraku

Ten stan rzeczy budzi dwa skojarzenia. Kiedy dwa lata temu Francja brała udział w międzynarodowej akcji wojskowej w Libii, za było tylko 36 proc. Francuzów. Obecne sondaże pokazują też, że nastroje nad Sekwaną przypominają te znad Tamizy. W Wielkiej Brytanii, podobnie jak nad Sekwaną, chęć wzięcia udziału w akcji zbrojnej wyraził głównie rząd. Obywatele i parlament powiedzieli „nie”.

Interwencji Francji w Syrii  mocno sprzeciwia się też prawica – aż 74 proc. głosów sprzeciwu w sondażu BVA pochodzi od jej sympatyków (lewica jest podzielona: 50 proc. za, 49 proc. przeciw). Skrajnie prawicowy Front Narodowy od tygodnia zasypuje portale społecznościowe deklaracjami sprzeciwu. François Bayrou oraz szef Unii Demokratów i Niezależnych Jean-Louis Borloo zażądali poddania sprawy pod głosowanie w parlamencie – tak jak uczynił Barack Obama, uzależniając rozpoczęcie akcji wojskowej Ameryki od poparcia Kongresu. Wtórował im były premier François Fillon, pisząc na Twiterze, że Francja nie może zaangażować się w wojnę bez jasnego poparcia ze strony parlamentu.

Z kolei Jean-François Copé, szef opozycyjnej Unii na rzecz Ruchu Ludowego (UMP), uważa, że „Francja powinna zachować całkowitą niezależność wobec Stanów Zjednoczonych w podejmowaniu decyzji”, i nalega, by poczekać na oficjalne wyniki badań inspektorów ONZ w sprawie ataku chemicznego. – Wszyscy pamiętamy sprawę Iraku – dodał w niedzielnym wywiadzie dla dziennika „Sud Ouest”.

Spuścizna po de Gaulle’u

Nadzwyczajne posiedzenie francuskiego parlamentu ma się odbyć się 4 września. Tyle że na dobrą sprawę nie wiadomo po co, skoro Hollande już wyraził gotowość Francji do interwencji w Syrii, a w artykule 35. konstytucji V Republiki napisano, że to głowa państwa jest zwierzchnikiem sił zbrojnych. Parlament jego decyzji w sprawie Syrii zmienić więc nie może.

Władza absolutna prezydenta Francji w takich sprawach jest spuścizną po generale de Gaulle’u, który wprowadził wspomniany zapis do konstytucji. – Mamy w kraju o wiele większy podział polityczny niż ten, który jest po drugiej stronie kanału La Manche. Doprowadziłby on do kompletnego sparaliżowania takiej decyzji. (…)  Można krytykować taki zapis w konstytucji, niemniej pozwala on na ultraszybkie podjęcie decyzji – wyjaśnia Pascal Jan, wiceprezydent francuskiego Koła Konstytucjonalistów, zaznaczając, że prezydent Francji wybierany jest przecież w powszechnym głosowaniu, w przeciwieństwie do premiera Wielkiej Brytanii.