Newsletter

Trzynaście głosów za daleko

Aleksandra Kaniewska, 30.08.2013
To największa porażka Davida Camerona od początku kadencji. Cios zarówno dla torysów, jak i dla ego premiera. Nikt nie kupił jego wizji Brytanii w świecie

To największa porażka Davida Camerona od początku kadencji. Cios zarówno dla torysów, jak i dla ego premiera. Nikt nie kupił jego wizji Brytanii w świecie

„Uważam, że Saddam Hussein był potworem. Temu zagrożeniu trzeba było zapobiec”, tak tłumaczył się Tony Blair stojąc w styczniu 2010 r. przed tzw. komisją Chilcota, badającą brytyjską politykę wobec Iraku w latach 2001–2009. Były premier brzmiał wręcz ewangelicznie, podkreślając misję Wielkiej Brytanii, jego ogromną wiarę w konieczność pomocy humanitarnej i fakt, że atak 9/11 był zamachem „na nas wszystkich”. „Z Irakiem dziś postąpiłbym tak samo”, dodał niewzruszenie.

Kilka miesięcy później, podczas promocji swojej biografii w Dublinie, Tony Blair został obrzucony jajami i butami. Wielka Brytania nigdy nie wybaczyła mu wciągnięcia jej w drogą i krwawą wojnę. Bilans interwencji? Od marca 2003 r. przez następne sześć lat w Iraku zginęło 179 brytyjskich żołnierzy oraz blisko 200 tys. Irakijczyków (a także 4,5 tys. Amerykanów i 30 Polaków). Operacja kosztowała kraj ponad 9 miliardów funtów, czyli dokładnie tyle, ile Wyspiarze wydali w 2012 r. na organizację bardzo udanych Igrzysk Olimpijskich w Londynie. Dokładny raport podsumowujący działania brytyjskie w Iraku, wynik prac komisji Sir Johna Chilcota, ukaże się – ze sporym opóźnieniem – dopiero w 2014 r. Ale opinia publiczna swój werdykt wydała już dawno: Blair jest guilty as charged.

„Nie zrobienie niczego to też wybór. Brak działania jest działaniem” – wielu komentatorom słowa Davida Camerona podczas wczorajszej dyskusji o ataku na Syrię przypomniały o dawnej irackiej ranie. Premier i lider torysów postawił wszystko na jedną kartę. Pozycjonując się jako prawdziwy silny przywódca – kraju i konserwatystów – przerwał trzy dni temu urlop w Kornwalii i zwołał posłów z wakacyjnej przerwy, tylko po to, żeby po burzliwej dyskusji w Izbie Gmin zostać dziś w nocy pokonanym w głosowaniu nad operacją militarną w Syrii. Do przegłosowania rezolucji zabrakło, tylko i aż, trzynastu głosów. Zbuntowała się część koalicjantów i kilku torysów z „tylnych ławek”. Laburzyści, pod wodzą Eda Milibanda, jak jeden mąż zagłosowali na „nie”.

Co pokazuje taki obrót sytuacji? USA tracą poparcie starego alianta. Ale więcej traci sam Cameron. To lato mógł przecież zaliczyć do udanych. Jego partia zaczęła odrabiać straty do laburzystów, przycichł trochę niewygodny Nigel Farage, a jego UKIP wciąż zalicza więcej wpadek niż sukcesów (ostatnio po debiucie książkowym skarbnika partii, Hugha Williamsa, który stwierdził, że Polska „prowokowała” Hitlera w 1939 r.). Cameronowi udało się też sfinalizować sztandarową progresywną ustawę o małżeństwach dla osób tej samej płci, a jego słowa: „Jestem na tak, nie pomimo tego, że jestem konserwatystą, ale dlatego, że nim jestem” stały się już kanonem w dyskusji o prawach osób homoseksualnych. Powoli zaczął się więc ziszczać „sen o wielkości” konserwatywnego premiera, z którego wczoraj, dokładnie o północy, został brutalnie obudzony. Musiał więc gorzko przyznać, że posłowie i naród nie chcą interwencji, więc jej nie będzie.

Posłowie uznali, że Cameron próbuje wykorzystywać „moralną” kartę do wzmacniania własnego wizerunku, zupełnie jak kiedyś Tony Blair przy pomocy aliansu z Georgem W. Bushem i jego polityką zagraniczną. Większość w Izbie Gmin, a także pewnie na ulicy, nie zgadza się też na wizję roli współczesnej Brytanii w globalnym świecie. „Nie jesteśmy już imperium. Londyn chce się trochę zająć sobą: kryzysem, bezrobociem, problemami z migracją i tożsamością”, pisał jeden z komentatorów konserwatywnego „The Daily Telegraph”. To wydarzenie bez precedensu w brytyjskiej polityce – nigdy wcześniej żaden premier nie przegrał ważnego głosowania dotyczącego kwestii wojny i pokoju. Tym bardziej premier, który swój wizerunek konsekwentnie buduje dokoła idei twardego humanizmu i społecznej odpowiedzialności.

Przed głosowaniem nad interwencją wojenną pewien młody i energiczny torys wypomniał, że problemem wcześniejszych militarnych akcji z udziałem Wielkiej Brytanii był pośpiech i wskazał na dwie wartości, którymi powinna się rządzić nowoczesna polityka zagraniczna: to pokora i cierpliwość. Tym młodym torysem był sam David Cameron, siedem lat temu. Czasem najtrudniej jest wcielić w życie własne słowa.

*Aleksandra Kaniewska – analityk polityczny ds. Wielkiej Brytanii w Instytucie Obywatelskim, absolwentka Modern Japanese Studies na Uniwersytecie Oksfordzkim