Newsletter

Słuszna nowelizacja

Jan Gmurczyk, 28.08.2013
Każdy z nas życzyłby sobie, by polski rząd był nieomylny. Skoro jednak nieomylność jest na ziemskim padole przymiotem nieosiągalnym, musimy zadowolić się elastycznością

Każdy z nas życzyłby sobie, by polski rząd był nieomylny. Skoro jednak nieomylność jest na ziemskim padole przymiotem nieosiągalnym, musimy zadowolić się elastycznością

Do zdecydowanie najczęstszych zarzutów pod adresem ekonomistów należą skromne wyniki w zakresie umiejętności przewidywania przyszłości. Przykład pierwszy z brzegu to powszechne zszokowanie ekspertów wybuchem ostatniego kryzysu finansowego.

Niestety, w konfrontacji ze zmienną rzeczywistością nawet najbardziej wysublimowane narzędzia analityczne to z reguły zbyt mało, aby uzyskać zadowalającą dokładność i powtarzalność w prognozowaniu. Z drugiej jednak strony, gdybyśmy niczego nie zakładali i szykowali się na wszelkie możliwe scenariusze, nasza cywilizacja pewnie nigdy nie wspięłaby się na obecny poziom rozwoju.

Fakty są takie, że ryzyko to nieodzowny atrybut życia gospodarczego, a planowanie – choćby ułomne – jest potrzebne do oswajania nieznanej przyszłości. Tym samym to nie nieomylność, lecz elastyczność w myśleniu i działaniu należy uznać za cechę kluczową dla sprawnego funkcjonowania we współczesnym świecie. Dotyczy to w równej mierze pracowników, przedsiębiorstw i sektora publicznego.

Nowelizacja to nie ewenement

W tym świetle dyskutowana dzisiaj w Sejmie potrzeba nowelizacji budżetu państwa na 2013 rok to nic nadzwyczajnego. Scenariusz ekonomiczny, będący kamieniem węgielnym pierwotnej wersji ustawy budżetowej, w momencie decyzyjnym można było uznać za „optymistyczny w granicach wiarygodności”, choć ostatecznie upływ czasu zweryfikował go negatywnie.

Przede wszystkim gospodarka strefy euro, z którą nasz kraj wykazuje silną korelację tempa wzrostu PKB, bardzo powoli odzyskuje wigor i niewykluczone, że ożywienie potrwa dłużej niż się oczekuje. Związany z tym niższy poziom aktywności ekonomicznej w Polsce pociąga za sobą zmniejszenie wartości transakcji, od których do kasy państwa spływają podatki, np. VAT. Stąd też w projekcie nowelizacji konieczne okazało się zrewidowanie w dół zakładanych wpływów budżetowych o blisko 24 mld złotych.

Tu ktoś zapewne wytknie, że niektórzy komentatorzy już od samego początku krytykowali ministerstwo finansów za nierealistyczne założenia budżetu, spodziewając się zarazem prędzej czy później konieczności jego nowelizacji. Jeśli jednak cofniemy się pamięcią o kilkanaście miesięcy, to przypomnimy sobie, jak duży panował wówczas poziom niepewności. Zdarzały się wręcz przypadki medialnej histerii związanej z oczekiwanym „lada dzień” rozpadem strefy euro, a nawet dezintegracją Unii Europejskiej. Jak się jednak okazuje, zarówno dobre, jak i złe prognozy często się nie sprawdzają. Stąd też każdy analityk powinien cechować się pokorą – zwłaszcza wtedy, kiedy jego przewidywania trafiają w sedno.

Na przestrzeni minionego roku trudna sytuacja w gospodarce światowej sprawiła, że swoje prognozy realnego wzrostu PKB dla Polski znacznie obniżały choćby takie instytucje jak Komisja Europejska czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Czy wobec tego konieczność rewizji pewnych zapisów w polskim budżecie można uznać za coś wyjątkowo zaskakującego? Minister finansów Jacek Rostowski podczas przemówienia w Sejmie celnie zauważył, że nowelizacja budżetu miała już w tym roku miejsce w jedenastu krajach UE.

Oczywiście, każdy z nas życzyłby sobie, by polski rząd był nieomylny. Skoro jednak nieomylność jest na ziemskim padole przymiotem nieosiągalnym, musimy zadowolić się elastycznością, która idzie w parze z odpowiedzialnością i rozsądkiem. Pod tym względem polska polityka budżetowa wypada w ostatnich latach solidnie, o czym świadczy znaczny wzrost wiarygodności kredytowej kraju na rynkach finansowych.

Deficyt (nie)bezpieczny

Choć pogorszenie stanu finansów publicznych zawsze stanowi powód do frasunku, samą logikę rządowego projektu nowelizacji zapisów budżetowych można uznać – z punktu widzenia bieżącej sytuacji gospodarczej – za dość słuszną. Spadek wpływów o ok. 24 mld złotych zostanie „zbilansowany” w dwóch trzecich zwiększeniem deficytu budżetowego, a tylko w jednej trzeciej zmniejszeniem wydatków. Taki ruch raczej nie pogarsza wizerunku Polski, może natomiast pomóc uniknąć ujemnego wpływu „dziury budżetowej” na wciąż słabą koniunkturę. Co szczególnie ważne, cięcia ominą sferę polityki socjalnej i rozwojowej.

Z drugiej strony otwartym pytaniem pozostaje, na ile zwiększenie deficytu budżetowego utrudni Polsce wypełnienie zaleceń Komisji Europejskiej w zakresie redukcji nadmiernego deficytu budżetowego do końca roku 2014. Co prawda, w bieżącym roku zyskaliśmy w tym względzie pewną elastyczność, ale „domknięcie” finansów publicznych wciąż figuruje na liście zadań do rozwiązania. Margines zwłoki nie jest tu zbyt szeroki, bo konstytucyjny limit zadłużenia już od dawna mamy na horyzoncie.

W szczególności pamiętajmy, że odpowiedzialna polityka fiskalnego „zarządzania popytem” ma dwie strony medalu. W latach kryzysu dopuszczalny jest deficyt, lecz w czasach dobrej koniunktury potrzeba nie tylko zrównoważonego budżetu, ale wręcz nadwyżek. Przykład większości państw europejskich dowodzi, że z politycznego punktu widzenia to pozornie proste rozumowanie szalenie trudno przekuć w rzeczywistość.

*Jan Gmurczyk – ekonomista, analityk Instytutu Obywatelskiego