Zadłużenie Ameryki to kryzys demokracji

Benjamin R. Barber01/08/2011

Problem, który mają dziś Stany Zjednoczone nie polega na tym, że pewna mniejszość przeciwstawia się pomysłom „wielkiego rządu” i wyższych podatków lub, że ta sama mniejszość jest niechętna podniesieniu maksymalnego pułapu zadłużenia. Problemem jest to, że wyznawcy tych idei zdają się nie rozumieć i nie wierzyć w demokrację czy politykę kompromisu. Chcą trzymać Amerykę jako zakładnika, żeby pokazać swoim zwolennikom wierność ideałom.

Jest prawie niemożliwe, żeby 2 sierpnia Stany Zjednoczone ogłosiły całkowite bankructwo z powodu zadłużenia publicznego. To jednak, co powinno zaalarmować cały świat – i jednocześnie zaniepokoić rozsądnych, amerykańskich obywateli – to fakt, że Partia Republikańska jest teraz zdominowana przez ideologiczną mniejszość tak doktrynerską i surową, że zagrożone jest nie tylko państwo, ale i sama demokracja.

Prezydent Barack Obama jest dziś bliżej prawej strony sceny politycznej niż podobałoby się to jego własnej partii. Zaproponował cięcia w wydatkach i obniżenie podatków, które znacznie wykraczają poza to, o co miesiąc temu prosili Republikanie. Ale nowi członkowie Kongresu, wywodzący się z frakcji Tea Party, odrzucają nie tylko rząd, ale w ogóle politykę. Nie są przeciwni demokratycznym negocjacjom, ale samej demokracji. Polityka to dla nich przechwałki, pozerstwo i uporczywe trzymanie się własnych, sztywnych przekonań, a nie rządzenie, które oznacza przecież osiąganie kompromisów, pozwalających na skuteczne stanowienie prawa.

Odpowiedzialni, starsi członkowie Partii Republikańskiej, jak przewodniczący Izby Reprezentantów John Boehner, wiedzą, że niewypłacalność Stanów Zjednoczonych byłaby druzgocąca dla stanu gospodarki światowej. Raczej znajdą jakieś wyjście polityczne. Prawdopodobnie zagłosują na korzyść prezydenckiego projektu „naprawy” finansów, nie oczekując nic w zamian tak, żeby Republikanie mogli później „obwiniać” prezydenta za zwiększenie maksymalnego pułapu zadłużenia.

Ostatecznie to, co widzimy dziś w Kongresie, to efekt trzydziestu lat neoliberalnych ataków na rząd, podatki oraz na demokrację. Trzydziestu lat delegitymizowania rządu w sposób, który wzmacnia plutokrację i niszczy jakiekolwiek formy ekonomicznej równości. W rezultacie Tea Party odmawia ludziom: prawa gromadzenia własnych środków (podatki!), promowania dobra publicznego (polityka rządu!), które odbywa się poprzez stanowienie prawa (legislacja!). To korzystanie z siły mniejszości, żeby unieważnić umowę społeczną oraz zdelegitymizować zasadę suwerenności ludu – czyli prawo większości do odpowiedzialnego rządzenia.

Co za ironia, że to wcale nie „populistyczna” Tea Party usprawiedliwia ograniczenie władzy rządu, ale aroganccy plutokraci (np. bracia Koch), którzy korzystają z osłabionego nadzoru i regulacji, i którzy po cichu sponsorują republikańskich populistów, rzeczników ich drapieżnego korporacjonizmu.

W dłuższej perspektywie ta uparta, ideologiczna nieugiętość i antydemokratyczny ferwor prawdopodobnie podkopią szanse Tea Party w wyborach w 2012 roku i zagwarantują reelekcję prezydenta Obamy. Ale w najbliższym czasie na ich działaniach najwięcej straci globalna reputacja Stanów Zjednoczonych jako odpowiedzialnego mocarstwa. Stracą także amerykańska demokracja, równość i sprawiedliwość. Tak naprawdę to nie amerykański kryzys finansowy powinien martwić świat, ale kryzys demokracji.