Newsletter

Czerwona linia Obamy

Paulina Biernacka, 27.08.2013
Po ataku na przedmieściach Damaszku opinia publiczna na Zachodzie domaga się interwencji USA i NATO w Syrii. Tyle że doprowadzenie do upadku Baszara Assada może jeszcze pogorszyć sytuację

Po ataku na przedmieściach Damaszku, w którym sarin zabił ponad tysiąc cywilnych osób, opinia publiczna na Zachodzie domaga się interwencji USA i NATO w Syrii. Tyle że doprowadzenie do upadku Baszara Assada zamiast pomóc, może jeszcze pogorszyć sytuację

Wojna domowa w Syrii pochłonęła już ponad 100 tysięcy ofiar, a niektóre źródła podają, że może ich być nawet dwukrotnie więcej. Krwawe żniwo konfliktu nie skłoniło jednak społeczności międzynarodowej do interwencji zbrojnej i powstrzymania rozlewu krwi. Ale sytuacja zdaje się zmieniać, odkąd w trakcie ubiegłotygodniowego ataku na przedmieściach Damaszku zginęło ponad tysiąc osób. Do popełnienia tej zbrodni użyto bowiem najprawdopodobniej broni chemicznej – gazu o nazwie sarin.

Kto wystrzelił gaz?

Rzecz jasna, do czasu zakończenia śledztwa, które ma przeprowadzić ONZ w miejscu ataku, nie będzie stuprocentowej pewności, że broń masowego rażenia (BMR) została użyta. Warto jednak zauważyć, że informacje wywiadowcze, dane ze szpitali oraz specyfika obrażeń odniesionych przez ofiary ataku pozwoliły już ogłosić Stanom Zjednoczonym i Francji, że w Syrii takiej broni użyto. Nawet nowy prezydent Iranu Hassan Rowhani przyznał, że syryjscy obywatele są zabijani za pomocą BMR.

Nie ma też pewności co do tego, która ze stron konfliktu tej broni użyła, choć media zachodnie wskazują na prezydenta Baszara Assada. Udowodnienie mu winy może mieć przełomowe znaczenie, bo użycie broni chemicznej przeciw własnemu narodowi jest dla większości cywilizowanych państw nie do zaakceptowania – i usprawiedliwiałoby interwencję.

Decyzje mocarstw, które zapadną w ciągu najbliższych dni, będą konsekwencją sytuacji zaistniałej latem ubiegłego roku. W lipcu 2012 r. przedstawiciele reżimu Assada zasugerowali, że Syria posiada broń chemiczną. Wywołało to falę dyskusji, a administracja prezydenta Stanów Zjednoczonych ogłosiła, że użycie tej broni przeciwko ludności cywilnej będzie czerwoną linią, po przekroczeniu której Syria może się spodziewać zewnętrznej interwencji. Zamiast się przestraszyć, Assad zyskał jednak pewność, że dopóki nie rusza swych arsenałów chemicznych, może bezkarnie mordować ludność cywilną. To z kolei rodzi przypuszczenie, że prezydent Syrii wcale nie stał za atakiem, a broń została użyta bez jego wiedzy lub zgody, np. przez irańskich strażników rewolucji.

Atak na pół gwizdka

Dyskusje na temat ewentualnej interwencji w Syrii Stanów Zjednocznych i państw NATO stały się w mediach tematem numer jeden. Świat znów na chwilę zainteresował się Damaszkiem, a dywagacjom o tym, czy Obama powinien dotrzymać słowa, jaką wartość ma doktryna odstraszania stosowana przez USA i czy Stany Zjednoczone mają jakikolwiek interes we włączaniu się w kolejny bliskowschodni konflikt, nie ma końca.

Analiza oświadczeń Białego Domu pozwala sądzić, że prezydent Obama jest w trakcie organizowania ataku na syryjskie cele. Jak donosi izraelski dziennik „Haaretz”, Amerykanie, Brytyjczycy oraz przedstawiciele innych państw NATO najprawdopodobniej dokonaliby uderzenia przy użyciu pocisków samosterujących dalekiego zasięgu (działania lądowe raczej nie wchodzą w rachubę). Akcja nie ograniczałaby się do zniszczenia składów broni chemicznej, ale objęłyby także inne strategiczne miejsca, np. siedzibę sztabu syryjskiej armii, systemy przeciwrakietowe oraz bazy, z których wystrzeliwane są rakiety ziemia-ziemia.
Najlepszym wyjściem dla administracji Obamy byłoby przeprowadzenie jednorazowego uderzenia, które boleśnie ukarałoby reżim i powstrzymało go od dalszych działań przeciwko ludności cywilnej. Wydaje się jednak, że taki scenariusz jest mało prawdopodobny.

Pomruki Rosji, lęk Izraela

Przed ewentualną interwencją ostrzegają USA i ich sojuszników wspierające Assada władze Kremla. Rosjanie uważają, że jakiekolwiek działania wojskowe bez zgody ONZ byłyby niezgodne z prawem międzynarodowym, a państwa zachodnie – choć nie mają twardych dowodów, że to Assad odpowiada za zbrodnie przeciw cywilom – tylko czyhają na okazję, by ukarać krnąbrnego prezydenta.

Chcąc ostudzić zapędy Zachodu, syryjski reżim zapowiedział z kolei, że ewentualny atak na jego terytorium będzie skutkował działaniami odwetowymi na Izraelu. Co prawda, izraelska eksperci ds. bezpieczeństwa uspakajają: w interesie Assada nie leży zaognianie relacji z państwem żydowskim – ale nie można wykluczyć, że zdesperowany i postawiony pod ścianą syryjski dyktator nie zechce zemścić się na swym wrogu zza miedzy. Atak chemiczny na Izrael mógłby mieć trudne do wyobrażenia konsekwencje, bo jak podają media izraelskie, jedynie ok. 60 proc. obywateli kraju posiada maski gazowe. W ostatnich dniach masowo rozdawano je w oddziałach poczty.

Presja świata zachodniego na Biały Dom rośnie z każdym dniem. Drastyczne zdjęcia zagazowanych dzieci obiegły świat, wywołując lawinę krytyki pod adresem państwa, które tak często podnosi problem ograniczenia dostępu do broni masowego rażenia oraz łamania praw człowieka. Prezydent Obama ogłosił, że użycie BMR naruszyło żywotne interesy Stanów Zjednoczonych, bo zwiększyło prawdopodobieństwo rozprzestrzenienia tej broni oraz użycia jej przeciwko sojusznikom USA w regionie.

Ogromne ryzyko

Z militarną interwencją wiąże się jednak ogromne ryzyko. Doświadczenia z misji NATO w Kosowie w 1999 roku czy w Libii w 2011 roku pokazują, że w ich wyniku ginie także mnóstwo osób cywilnych. Sama interwencja może zintensyfikować walki między wojskami Assada i rebeliantami, a tym samym oddalić szansę na porozumienie. Atak z zewnątrz najprawdopodobniej doprowadziłby też do obalenia obecnego reżimu, a opozycja miałaby wielkie problemy z utworzeniem stabilnej władzy w kraju. Dowodzą tego doświadczenia z Iraku, Afganistanu czy Libii.

Warto więc zawczasu zastanowić się, czy atak na syryjskie obiekty – ograniczony i pozbawiony politycznej asekuracji ze strony opozycji, podzielonej i niemającej planu na przyszłość –  rzeczywiście przyniesie temu państwu spokój i stabilizację.

*Paulina Biernacka – doktorantka Instytutu Studiów Politycznych PAN, wykłada w Collegium Civitas