Newsletter

Rozpoznać talenty

Łukasz Turski, 29.08.2013
Mieliśmy wielki plan „Euro 2012”. Czas, żeby takim narodowym planem była reforma edukacji

Strona 1

Mieliśmy wielki plan „Euro 2012”. Czas, żeby takim narodowym planem była reforma edukacji – mówi prof. Łukasz Turski w rozmowie z Marzeną Haponiuk

Marzena Haponiuk: Przy okazji referendum dookoła sześciolatków rozgorzała w Polsce debata na temat reform w edukacji.

Prof. Łukasz Turski: Obniżenie wieku szkolnego to czysto administracyjne podporządkowanie polskiego systemu szkolnego Konstytucji RP. Czy posługiwanie się polską konstytucją jest już reformą?

Inaczej zatem. To „dopasowanie” do obowiązujących przepisów sprowokowało wzmożoną dyskusję o potrzebie zmian w szkolnictwie.

Nie ma żadnej dyskusji o reformie edukacji. Dyskusja dotyczy sześciolatków. W deklaracji referendalnej mamy m.in. pytanie o to, czy sześciolatki powinny iść do szkoły. Pozostałe stawiane w referendum pytania dotyczą struktury szkoły. A ta została, przypomnijmy, wprowadzona w dużej mierze w XIX wieku. Ani jedno z tych pytań nie dotyka właściwie żadnego problemu związanego ze współczesną szkołą.

O jakie problemy chodzi?

Minęło dwanaście lat od czasu rewolucji technologicznej, jaką był debiut iPoda (23 października 2001 roku – mh). Owa rewolucja jest prawdopodobnie głębsza niż rewolucja Gutenberga. A my w Polsce toczymy dyskusję o problemach rodem z XIX wieku.
Gdy w windzie ostatni guzik jest podpisany „jeden” albo „zero”, nie odgrywa roli, czy to jest parter, czy pierwsze piętro. Jest to kwestia umowna. Wysiadamy tam, gdzie chcemy wyjść. To, co nazywa się dziś „klasą zerową”, „pierwszą” czy „przedszkolem”, jest tak naprawdę kwestią umowną.

Od czego powinniśmy rozpocząć dyskusję o szkole, jakiej dziś potrzebujemy?

Szkoła w Polsce wymaga głębokiej reformy. Jest to dyskusja na kilkanaście czy kilkadziesiąt lat. Ta szkoła, z którą dziś mamy do czynienia, narodziła się w końcu XIX wieku. Rozwijająca się gospodarka potrzebowała ludzi, którzy potrafili przeczytać i opanować instrukcje lub obsłużyć prosty przyrząd pomiarowy. W związku z tym należało ich w tym kierunku wykształcić. Rzemieślnicy już nie wystarczali.
Kamieniem milowym rewolucji technologicznej – tej z końca XIX wieku – była gruszka Bessemera, czyli metoda wytapiania stali. Odkrycie to zrewolucjonizowało przemysł…

…a co możemy określić mianem gruszki Bessemera w nauczaniu?

Tę stworzyli Amerykanie. W końcu XIX wieku powołali wówczas tzw. Komitet Dziesięciu. Dziesięciu rektorów największych amerykańskich uniwersytetów, m.in. Uniwersytetu Harvarda, oraz wybitnych nauczycieli dostało zadanie zastanowić się, czemu ma służyć edukacja. W trakcie dyskusji pojawiły się dwa pojęcia związane z nauczaniem: edukacja oraz szkolenie. Po raz pierwszy rozróżnienie to wprowadził na początku XX wieku wielki filozof John Dewey (autor koncepcji „uczenie się przez działanie” – mh).

Czym się różnią te pojęcia?

Szkolenie to przekazywanie wiedzy, nawet bardzo skomplikowanej, ale o ograniczonym zasięgu, który jest narzucony przez zlecającego szkolenie. Chodzi zatem o wykonanie pewnej usługi. Szkolimy więc kasjerów w banku po to, żeby się nie mylili w wydawaniu pieniędzy.

Edukacja natomiast jest działaniem, gdy ten, kto się kształci, realizuje swoje własne zamiary i plany. Zdobywa wiedzę według swojego talentu, zainteresowań. I to może – ale nie musi – służyć polepszeniu wykonywanej pracy.

Do jakich wniosków doszli Amerykanie?

W sporze o to, czym ma być szkoła – szkoleniem czy edukacją – Komitet Dziesięciu opowiedział się za tym drugim postulatem i stworzył 12-letnią szkołę. Taka szkoła przetrwała mniej więcej 10-12 lat. Aż do pojawienia się kolejnej rewolucji technologicznej: taśmy produkcyjnej. Autor tej koncepcji, Frederic Winslow Taylor, miał swojego naśladowcę w pedegogice: Franklina Bobbitta, profesora zarządzania szkołami na Uniwersytecie w Chicago.

Bobbitt do szkół wprowadził szkolenie. Przedtem nie było dzienników szkolnych, programów, a nauczyciele byli znacznie bardziej twórczy. Tymczasem Bobbitt sądził, że zadaniem szkoły jest nauka wykonywania prostych czynności potrzebnych do bycia członkiem spoleczeństwa tasmy produkcyjnej. I taka jest właśnie polska szkoła. Dzisiaj toczymy więc debatę o szkoleniu, a nie o edukacji.

„Jest coś niedobrego z ludźmi: nie uczą się przez zrozumienie, tylko jakoś inaczej, pewnie na pamięć. Ich wiedza jest taka krucha” – mówił noblista Richard Feynman. Jak to zmienić?

Podstawą edukacji jest dobre zrozumienie. Jeżeli mówimy o reformie, to rozmawiać powinniśmy nie o tym, kiedy dziecko ma się zacząć uczyć, lecz jak uczyć. Uczyć trzeba dziecko, a nie przedmiotu. Szkoła ma edukować, a nie szkolić. Co ciekawe, to wcale nie jest nowa idea. Bo jeszcze na przełomie XVIII i XIX wieku w czasie wojen napoleońskich mówił o tym m.in. filozof, pedagog, nauczyciel szwajcarski Pestalozzi.

Edukację zaczynamy de facto w momencie, gdy się rodzimy, a kończymy, gdy umieramy. Te wszystkie etapy do przejścia: przedszkola, szkoły i pracy, są płynne. I bardzo zależą od konkretnego człowieka. Ludzi nie produkujemy „dla taśm”, jak myślał Taylor. Ludzie nie są jednakowi.

Gdzie w tym procesie jest miejsce dla rodziców?

Rodzice są najważniejsi już na samym początku. Dziecka nie możemy kształcić bez rodziców. Dziś dzieci rosną w zupełnie innej cywilizacji, więc i proces edukacji nie może być taki sam jak kiedyś. Mój prawie trzyletni wnuk sam bierze iPada do ręki. Ostatnio wprowadziliśmy 4-cyfrowy kod do włączenia urządzenia. Po trzech próbach – mimo że on jeszcze nie zna żadnych cyfr – wie, jak ten kod wprowadzić. Co zadziwiające: wnuk zapamiętał kod.

Już Pestalozzi powiedział, że nauczanie musi być nowoczesne, proces winien być dopasowany do dzieci i mieć solidne podstawy. Według tego, jakie dziecko przejawia talent. A rozpoznanie talentu możliwie wcześnie ma miejsce dzięki rodzicom.

Społeczeństwo dostrzega problemy związane z systemem edukacji. Co stoi na przeszkodzie zmian?

Potrzeba nowego systemu, w którym skupimy się na dzieciach. Na rozpoznawaniu talentów. O tym, jak jest to ważne, świadczy przykład Susan Boyle – zwyciężczyni brytyjskiej edycji programu „Mam talent”. Do momentu udziału w programie nikt nie zwrócił uwagi, że Boyle posiada talent muzyczny.