Newsletter

Stopowanie dronów

Paulina Biernacka, 16.08.2013
Po wyborach w Pakistanie USA zmuszone są zmodyfikować swoje antyterrorystyczne działania operacyjne przy użyciu dronów

Po wyborach w Pakistanie USA zmuszone są zmodyfikować swoje antyterrorystyczne działania operacyjne przy użyciu dronów

Sekretarz stanu USA, John Kerry, odwiedził na początku sierpnia Pakistan. Głównym celem wizyty było ocieplenie relacji z władzami tego kraju, zwłaszcza z nowo wybranym premierem Nawazem Szarifem. Szarif wywodzi się z Pakistańskiej Ligi Muzułmańskiej, znanej z ostrej krytyki polityki Stanów Zjednoczonych wobec Pakistanu.
Pakistańska Liga Muzułmańska zbiła duży kapitał wyborczy na antyamerykańskiej retoryce, gdyż impas w stosunkach pomiędzy obu krajami trwa od dawna. Głównym problemem w relacjach pozostaje prowadzona przez Biały Dom od 2004 roku operacja dronów – bojowych samolotów bezzałogowych – która ma na celu zlikwidowanie siatki Al Kaidy w Pakistanie.

Ataki dronów są silnie krytykowane przez mieszkańców tego azjatyckiego kraju, gdyż niejednokrotnie zdarzało się, że w ich wyniku ginęli cywile. Nawaz Szarif obiecał, że spróbuje wycofać Pakistan z amerykańskiej wojny z terrorem i wydaje się, że radzi sobie z tym zadaniem skutecznie, skoro John Kerry ogłosił, że Stany Zjednoczone będą chciały zakończyć operację dronów w Pakistanie.

Pierwsze lata kontrowersyjnych działań wykonywanych przez samoloty bezzałogowe przebiegały przy porozumieniu stron. Zanim doszło do pierwszej operacji tzw. „targeted killing”, czyli fizycznego zlikwidowania przywódcy talibów Neka Muhammada w czerwcu 2004 roku – Amerykanie ubiegali się o „autoryzację” działania u prezydenta Pakistanu i jednocześnie przywódcy armii, Perveza Muszarafa. W ciągu kilku kolejnych lat pakistańskie władze brały na siebie odpowiedzialność za ataki dronów, publicznie zaprzeczając istnieniu amerykańskiej interwencji w ich kraju.

USA odnosiły coraz większe sukcesy, rosła także lista osób zakwalifikowanych do fizycznej likwidacji. Problem pojawił się, kiedy w wyniku operacji dronów zaczęli ginąć bojownicy podejrzanie powiązani ze służbami wojskowymi oraz wywiadowczymi Pakistanu. Władze w Islamabadzie zaczęły odcinać się od akcji oraz ostrymi słowami piętnować naruszanie ich terytorialnej suwerenności. Taka retoryka zgodna była z głosem ulicy, jednak słowa wypowiadane publicznie niewiele miały wspólnego z działaniami władz. Pervez Muszaraf oraz jego następcy pozwalali bowiem Amerykanom na przeprowadzanie ataków na terytorium własnego kraju.

Hipokryzja pakistańskich władz była coraz trudniejsza do ukrycia, a pierwszemu demokratycznie wybranemu rządowi zaczęto mocno patrzeć na ręce. Główne partie opozycyjne odkryły, że antyamerykańska retoryka pozwoli im obalić rząd, dlatego przyjęły krytykę operacji dronów za główny punkt programów politycznych. Na początku 2012 roku zaś parlament pakistański oficjalnie potępił ataki, wytrącając tym samym Amerykanom argument z ręki. Do tej pory Biały Dom uważał, że Pakistan daje ciche przyzwolenie dla jego działań.

Obecne – a także przyszłe – władze Pakistanu nie mają żadnego interesu w uprawianiu podobnej polityki co Muszaraf. Dlatego też istnieje duże zagrożenie dla kontynuacji wojny z terrorystami ukrywającymi się w Pakistanie. To talibowie walczący od wielu lat z afgańskim rządem Hamida Karzaja i wojskami koalicji NATO oraz członkowie Al Kaidy, którzy znaleźli sobie w tym upadłym państwie bezpieczny przyczółek.

Jest to szczególnie niebezpieczne w sytuacji, kiedy Sojusz Północnoatlantycki ogłosił plany wycofania kontyngentu z Afganistanu w 2014 roku. W tej sytuacji rośnie rola Pakistanu w stabilizacji i transformacji systemu politycznego w Afganistanie. O ile w ostatnim czasie odbyło się kilka oficjalnych wizyt wysokiego szczebla pomiędzy władzami obu krajów, nie ma pewności co do intencji Pakistanu wobec swego sąsiada. Armia pakistańska chciała bardziej propakistańskiego rządu w Afganistanie.
Amerykańskim władzom sen z powiek spędza również perspektywa odrodzenia się pakistańskiej Al Kaidy. Zbyt późne działania wobec irackiego odłamu tej organizacji uniemożliwiły zatrzymanie jej rozwoju, a obecnie iracka Al Kaida odpowiada za destabilizację Syrii i Libanu. Istnieje obawa, że zaprzestanie fizycznej likwidacji terrorystów pozwoli im szybko odbudować struktury organizacji i przekreślić wszelkie sukcesy Stanów Zjednoczonych na polu walki z terrorystami w Pakistanie w ciągu ostatniej dekady.

Dlatego też jest niezbędne, aby Amerykanie doprowadzili do porozumienia z władzami Pakistanu w kwestii wykorzystania dronów na terytorium tego kraju. Stany Zjednoczone nie określiły, ile wojsk pozostawią w Afganistanie po zakończeniu misji NATO. Pewnym jest jednak, że USA nie wycofają się całkowicie, a więc nie będzie potrzeby likwidacji baz, z których startują drony.

Na całkowite zakończenie misji dronów nie będzie także przyzwolenia administracji prezydenta USA Baracka Obamy, która pozostaje pod silnym wrażeniem skuteczności działań CIA w toczonej przez służby wojnie z terrorem. Tym samym ludzie Obamy nie są w stanie ulec presji Pentagonu, którego przywództwo od dawna ostrzega przed politycznymi konsekwencjami ataków dronów.

Namiastkę tego, co może czekać USA, jeśli nie zmodyfikują swych działań, mieliśmy, gdy władze Pakistanu na spotkaniu Rady Bezpieczeństwa ONZ poruszyły wątek cierpień dzieci przebywających w rejonie konfliktu. Jeśli USA nie uda się ugładzić premiera Nawaza Szarifa, oprócz międzynarodowego potępienia niewykluczona jest groźba zestrzelenia dronów przez Islamabad. Groźba, która pojawiała się już za wcześniejszych rządów.

Jedynym racjonalnym wyjściem z sytuacji jest porozumienie Waszyngtonu z Islamabadem. Władze USA będą zmuszone uzyskiwać „preautoryzację” zabójstw poszczególnych terrorystów oraz wyznaczać strefy, w których Amerykanie będą mieli swobodę atakowania. Stany Zjednoczone muszą również zadbać o należytą rekompensatę strat, jakie pakistańska ludność cywilna ponosi w wyniku ataków. Podobne działania zastosowano w Afganistanie i Iraku.

Obecnie władze USA ograniczyły jedynie liczbę ataków dronów: w tym roku zanotowano ich 16 i było to stosunkowo niewiele w porównaniu do 2012 roku. Wówczas drony atakowały 48 razy, zaś w 2010 roku miały miejsce 122 uderzenia.

*Paulina Biernacka – doktorantka Instytutu Studiów Politycznych PAN, wykłada w Collegium Civitas