Newsletter

W Berlinie i internecie bez zmian

Weronika Przecherska, 12.08.2013
Niemieckie partie polityczne konstruują tegoroczną kampanię na sprawdzonych amerykańskich wzorcach

„Kampanii wyborczej nie wygrywa się w internecie. Można ją jednak w internecie przegrać” – powtarzają z uporem polityczni stratedzy. Nic więc dziwnego, że choć w zbliżających się wyborach do Bundestagu większą zagadką niż zwycięzcy i przegrani są powyborcze koalicje, to jednak partie polityczne wkładają sporo wysiłku w budowanie internetowych projektów.

Komentatorzy nie zawsze przychylnie oceniają działania niemieckich ugrupowań w sieci. Krytykują brak kreatywności i kopiowanie amerykańskich wzorców. Punktują za nieumiejętność budowania dialogu czy zaangażowania wyborców. Wreszcie, wypominają zbyt mały rozmach inicjatyw. Z niektórymi z tych zarzutów trudno się nie zgodzić. Tak samo jak z faktem, że dla politycznych przedsięwzięć w sieci nie ma we współczesnym świecie alternatywy.

Internet jest dziś dla Niemców głównym źródłem wiedzy o polityce. W 2009 roku tylko 45 proc. mieszkańców RFN czerpało wiadomości o najnowszych wydarzeniach z sieci. Przed tegorocznymi wyborami deklarowało to już 60 proc.

Nasi zachodni sąsiedzi nie tylko szukają w internecie informacji. Coraz częściej używają go także jako narzędzia politycznej mobilizacji. Jedna trzecia wyborców przyznaje, że bierze aktywny udział w kampanii (głównie komentując i dzieląc się politycznymi opiniami na profilach społecznościowych). Co ciekawe, 37 proc. Niemców uważa, że kampania w internecie ma wpływ na wyborczy wynik*. To potencjał, którego nie może zlekceważyć żadna partia.

Niemieccy stratedzy konstruują tegoroczną kampanię na sprawdzonych amerykańskich wzorcach. Chadecja stawia na projekt „teAM Deutschland”, budując w ten sposób grupę popierających kampanię Angeli Merkel i CDU. Zachęca także do akcji „Weź przyszłość Niemiec w swoje ręce”, prosząc internautów o przesłanie zdjęć pracujących dłoni. Z zebranych obrazków powstanie kolaż, który następnie zostanie zaprezentowany w centrum Berlina. To jeden z ciekawszych pomysłów przedstawionych przez chrześcijańskich demokratów. Jest nie tylko angażujący, lecz także dobrze wpisuje się w chadeckie ideały dążenia do dobrobytu systematyczną pracą.

Podobne pomysły na zaangażowanie wyborców ma SPD. Socjaldemokraci stawiają m.in. na włączenie swych zwolenników w kampanię „od drzwi do drzwi”. SPD ciekawie buduje także elementy odnoszące się do socjaldemokratycznych ideałów społecznej równości oraz tolerancji – szczególnie w społeczeństwie multikulturowym. Interesującym rozwiązaniem jest choćby zaprezentowanie różnych wersji językowych założeń programu socjaldemokratów. Na stronie można znaleźć tłumaczenie w języku tureckim, arabskim czy polskim. To oryginalny pomysł, nie tylko z punktu widzenia mniejszości, ale także zagranicznych komentatorów.

Na zaangażowanie wyborców stawiają jednak nie tylko najwięksi gracze niemieckiej sceny politycznej. Podobne rozwiązania widać także na stronach mniejszych partii, tj. Zielonych, liberałów czy Piratów. Ugrupowania starają się nie tylko zainteresować swoich wyborców, lecz również wywołać ich konkretne działania w internecie i poza nim. Budowane ze sporą pieczołowitością internetowe platformy mają informować, zachęcać do interakcji i mobilizować do aktywności. Chodzi więc o to, by nie tylko przeczytać prezentowane treści, lecz także skomentować, „polubić” i poinformować swoich znajomych; wydrukować wyborczy plakat, wspomóc kampanię finansowo czy wreszcie, zaangażować się jako wolontariusz.

Takie połączenie aktywizacji politycznej i działań w internecie już dziś określa się mianem politycznego dziedzictwa Baracka Obamy*. Skala i rozmach niemieckich projektów zdecydowanie odbiega od amerykańskich wzorców, nad czym oczywiście ubolewają komentatorzy. Gdy jednak przyjrzeć się źródłom sukcesu Obamy, specyfice niemieckiej sceny politycznej czy nawet różnicom w przepisach prawa wcale nie powinno to dziwić.

Przyczyną politycznego zwycięstwa Obamy było wykorzystanie opracowanej przez amerykańskiego socjologa Saula Alinsky’ego 100 lat temu umiejętności mobilizowania społeczności lokalnych. Alinsky działał na bardzo prostej zasadzie: definiował sprawę ważną dla społeczności, a następnie inspirował i zachęcał do działania. Obama nauczył się tej strategii w Chicago od uczniów Alinsky’ego. Wiele lat później, już w dobie internetu, wykorzystał ją w swojej kampanii.

Podobnie jak amerykański socjolog, Obama wystąpił przeciwko społecznej nierówności i niesprawiedliwości oraz zmotywował do działania i przysłowiowej już „zmiany” niezadowolonych z politycznego stanu rzeczy. Obecnie na niemieckiej scenie politycznej na próżno szukać jednak tak polaryzujących problemów oraz potrzeby rewolucyjnych przemian. Jak podkreślał w wywiadzie dla Instytutu Obywatelskiego niemiecki politolog prof. Ulrich Sarcinelli, polityka małych kroków kanclerz Merkel i społeczne poparcie dla jej rządów uniemożliwiają oponentom podgrzanie politycznej debaty. Samym chadekom, co naturalne przy tak wysokim poparciu, zależy zaś na utrzymaniu status quo. I choć wywołanie dużych emocji jest w tych warunkach mało prawdopodobne, polityczne strategie à la Alinsky i Obama to dziś najlepsza odpowiedź na zmiany zachodzące w niemieckim społeczeństwie.

Dziś coraz trudniej jest bowiem partiom politycznym dotrzeć do wyborców i na stałe zatrzymać ich przy sobie. Wyborcze decyzje są podyktowane nie tradycją czy pochodzeniem, lecz bieżącymi politycznymi wydarzeniami i podejmowane pod wpływem impulsu. Jak mówił w rozmowie z Instytutem Obywatelskim nieżyjący już prof. Gerd Langguth: „Kiedyś wyborcza arytmetyka była dużo prostsza. Pochodziłeś z obszarów rolniczych – głosowałeś na chadeków. Mieszkałeś w Zagłębiu Ruhry i byłeś ewangelikiem – w genotypie miałeś wdrukowane głosowanie na SPD“.

Obecnie różnorodność i zmienność poglądów definiują zasady politycznej gry. Jak podkreśla Ulrich Sarcinelli, partie zamiast kierować swój przekaz do określonej grupy wyborców, muszą postawić na budowanie tzw. efektu multiplikatorów. Internet zaś nadaje się do tego celu znakomicie. Zaangażowani w kampanię dzielą się przecież z przyjaciółmi oraz rodziną swoimi poglądami i przekonaniami politycznymi nie tylko na portalach społecznościowych, lecz również w tej niewirtualnej rzeczywistości. To taktyka, którą świat niemieckiej polityki może podpatrzeć w zagranicznych projektach kampanijnych oraz działaniach stricte komercyjnych (np. promocjach płyt gwiazd sceny muzycznej). Proces tworzenia takich strategii to jednak lata prób i błędów, których kampania wyborcza jest wyłącznie kumulacją.

*Opierałam się na danych z raportu „Demokratie 3.0 – Bedeutung des Internets für den Wahlkampf” opracowanego przez organizację BITKOM oraz publikacji „Władza komunikacji” Manuela Castellsa (Wydawnictwo Naukowe PWN, 2013).