Newsletter

Zeman – Orbán lewicy

Aleksander Kaczorowski, 05.08.2013
Czesi zmarnowali ostatnie siedem lat, jak żaden inny naród Europy Środkowej. Być może nie powinno to dziwić w kraju, w którym euroentuzjasta to "eurohujer"

Czesi zmarnowali ostatnie siedem lat, jak żaden inny naród Europy Środkowej. Być może nie powinno to dziwić w kraju, w którym euroentuzjasta to eurohujer

Huj to po czesku fajnie, stąd odpowiednikiem przysłowia „Nie wszystko złoto, co się świeci” jest swojskie Navrch huj, vespod fuj. Kiedy w 2006 roku czeska prawica po ośmiu latach rządów socjaldemokratów wróciła do władzy, media obiegło dowcipne zdjęcie Alexandra Vondry, nowego wiceszefa dyplomacji, odpowiedzialnego za  sprawy europejskie. Vondra siedział zamknięty w klatce, w więziennym pasiaku, z klasyczną panoramą praskiego Zamku w tle. Zdjęcie uśmiechniętego od ucha do ucha polityka, dawnego dysydenta i bliskiego współpracownika Václava Havla, sugerowało zmianę na lepsze, jaką do czeskiego życia politycznego wniesie powrót dawnych dysydentów.

Kraj w stagnacji

Po siedmiu latach Vondra jest politycznym emerytem, zmuszonym do odejścia po spektakularnej aferze korupcyjnej związanej z przygotowaniami do czeskiej prezydencji w UE. Również jego koledzy partyjni, premierzy Mirek Topolánek i Petr Nečas, w aurze skandalu pożegnali się z polityką. A ich koalicyjni partnerzy, szef dyplomacji Karel Schwarzenberg oraz minister finansów Miroslav Kalousek, właśnie rozstali się z władzą.

Pod rządami centroprawicy Czechy pogrążyły się w bezprzykładnej stagnacji. O ile polski PKB wzrósł od 2007 roku o 20 proc., to czeski jest dziś praktycznie na tym samym poziomie, co przed sześciu laty. Od 2007 roku urosła gospodarka Niemiec i Austrii, jak również Słowacji, a nawet Węgier. Wszyscy sąsiedzi Czech rozwijają się lepiej niż lider kapitalistycznych przemian w regionie z początku lat 90. ubiegłego wieku.

Dlaczego tak się stało? Być może właśnie dlatego, że Czesi naprawdę są liderem – w dziedzinie oligarchizacji gospodarki. Koncentracja bogactwa w rękach elit finansowych doprowadziła do swoistej feudalizacji tego kraju, zawłaszczenia instytucji państwowych przez zwalczające się grupy kapitałowe. W ciągu ostatnich siedmiu lat przewagę zyskał kapitał spekulacyjny, wspierany przez rządzącą centroprawicę, która zawierzyła polityce cięć budżetowych, niczym biblijny Abraham przymierzu z Panem. Ale rodzimym elitom przemysłowym nie przypadła do gustu rola Izaaka. Nie jest tajemnicą, że to właśnie one sfinansowały kampanię wyborczą byłego socjaldemokratycznego premiera Miloša Zemana.

Porządki Zemana

Czescy komentatorzy spierają się, czy wydarzenia ostatnich miesięcy w ich kraju nazywać putinizacją, czy może raczej pełzającym zamachem stanu. Faktem jest, że prezydent Zeman cieszy się poparciem większości wyborców, spragnionych rządów silnej ręki i „zaprowadzenia porządku”. Według najnowszych sondaży ponad 30 proc. Czechów dziś zagłosowałoby  na socjaldemokratów, a 18 proc. na komunistów. Trzy partie centroprawicowe (konserwatyści, liberałowie i ludowcy) razem mogą liczyć na głosy jednej trzeciej wyborców.

Miloš Zeman, w przeciwieństwie do Václava Havla i Václava Klausa, został wybrany w wyborach powszechnych. Nie chce być malowanym królem. Nie zamierza spędzić reszty życia na zachodnich uniwersytetach, wygłaszając peany na cześć globalizacji, jak jego poprzednicy. Interesuje go wyłącznie własne podwórko i to na nim chce „zaprowadzić porządek”. I jest w tym niezwykle skuteczny.

To właśnie Zeman w ciągu zaledwie kilku miesięcy odsunął od władzy zarówno rządzącą prawicę, jak i opozycyjnych socjaldemokratów. Wyznaczył rząd złożony z jego osobistych stronników i przedstawicieli rodzimego kompleksu przemysłowego, energetycznego i wojskowego. Nawet jeśli gabinet Jiříego Rusnoka 7 sierpnia nie uzyska wotum zaufania w parlamencie, drużyna Zemana prawdopodobnie i tak pozostanie u władzy aż do wyborów w maju 2014 roku. Chyba że posłowie zdołają doprowadzić do samorozwiązania parlamentu lub utworzenia koalicyjnej większości. Ale nie zanosi się ani na jedno, ani na drugie.

Kuracja atomem

Wydarzenia w Czechach nabierają tempa. Wicepremier i minister finansów Jan Fischer (tak, ten sam Jan Fischer, który przed drugą turą wyborów prezydenckich w styczniu 2013 wezwał swoich zwolenników, by oddali głosy na Miloša Zemana) zapowiedział, że w ciągu najbliższych dwóch tygodni usunie reprezentantów partii politycznych z zarządów strategicznych spółek skarbu państwa, m.in. związanych z sektorem paliwowym, energetycznym i lotniczym.

Niedawno przedstawiciele państwowego giganta energetycznego ČEZ nieopatrznie zasugerowali przesunięcie rozstrzygnięcia przetargu na rozbudowę elektrowni jądrowej w Temelínie o całe półtora roku. O „kontrakt stulecia”, wyceniany na równowartość 50 miliardów złotych, zabiegają dwa konsorcja: amerykańsko-japońskie i czesko-rosyjskie. Ma on dać czeskiej gospodarce takiego kopa, jakim dla polskiej były w ostatnich latach zastrzyki finansowe z UE.

Koszty kuracji pokryją podatnicy: Czesi mają średnio dwa razy większe oszczędności niż Polacy, wyższą wydajność pracy i  wyższe zarobki (80 proc. średniej europejskiej, w Polsce to 61 proc.). Gdyby zaś zabrakło kilku halerzy, premier Dmitrij Miedwiediew już zapowiedział, że Rosjanie w zamian za pozytywne rozstrzygnięcie przetargu są gotowi zainwestować w Czechach równowartość 25 miliardów złotych.

W stronę izolacji

Podsumowując: obserwujemy właśnie początek kolejnego, po węgierskim, środkowoeuropejskiego eksperymentu z demokracją liberalną. Zeman wyrasta na „Orbána lewicy”; taka już bowiem jest specyfika Czech, że polityka narodowa ma tam socjalne oblicze. Zeman ma sporo szczęścia, bo zastąpił na praskim Zamku otwarcie wrogiego Unii Europejskiej Václava Klausa (na tle tego guru eurosceptyków każdy wygląda na eurohujera). Wystarczyło, że wciągnął flagę Unii na maszt i nie wykluczył członkostwa Czech w strefie euro, a już Komisja Europejska zapiała z zachwytu.

W najbliższym czasie należy jednak spodziewać się na Wełtawą przewlekłego konfliktu politycznego, którego skutkiem będzie wzmożenie tendencji izolacjonistycznych w tym kraju. Na prawdziwego eurohujera, jakim był Václav Havel, Czechom przyjdzie jeszcze poczekać.

*Aleksander Kaczorowski – tłumacz literatury czeskiej i znawca Europy Środkowej, red. nacz. „Aspen Review Central Europe”