Newsletter

Missisipi wciąż w ogniu

Grażyna Grochocka, 01.08.2013
Uniewinnienie Georga Zimmermana, który zastrzelił 17-letniego czarnoskórego Trayvona Martina, wzbudziło falę społecznych protestów. Przypomniało też Amerykanom, że rasizm w USA wcale nie jest martwym demonem

Uniewinnienie Georga Zimmermana, który zastrzelił 17-letniego czarnoskórego Trayvona Martina, wzbudziło falę społecznych protestów. Przypomniało też Amerykanom, że rasizm w USA wcale nie jest martwym demonem

Prawie siedemdziesiąt lat temu ukazała się autobiografia Richarda Wrighta pt. „Black Boy”, w której afroamerykański pisarz wspomina swoje dzieciństwo w Missisipi w latach 20. XX wieku. To opowieść o życiu w świecie usankcjonowanego prawnie rasizmu, biedy i uprzedzeń, w którym Biały bezkarnie mógł Czarnego upokarzać, bić, oszukiwać i okradać.

W 1945 r. nawet najbardziej postępowi biali Amerykanie nie byli jednak gotowi w pełni zaakceptować perspektywę, z której czarny chłopiec opisywał przedwojenną rzeczywistość USA.  Jedna z recenzentek próbowała nawet namówić Wrighta, aby na końcu książki wyraził swój podziw dla Ameryki – kraju, który pozwolił mu wynieść się ponad biedę i zacofanie. To Ameryka umożliwiła mu przecież zostanie pisarzem i intelektualistą, to tylko w tym kraju mógł się spełnić jego „amerykański sen”. Wright miał jednak inną wizję USA. Z dzieciństwa zapamiętał Stany jako państwo sankcjonujące segregację rasową, które robiło wiele, by Richard w biedzie i zacofaniu pozostał.

Dziś, choć w Ameryce rządzi czarnoskóry prezydent, rasowe uprzedzenia wcale nie należą do historii. 26 lutego 2012 r. George Zimmerman, Latynos, zastrzelił 17-letniego czarnoskórego Trayvona Martina, Afroamerykanina, który w deszczową noc, z paczką cukierków i butelką mrożonej herbaty w kieszeniach, wracał do domu. Wiadomo tylko tyle, że zanim padł strzał, obaj się o coś posprzeczali.

Zimmerman utrzymuje, że doszło do bójki i poczuł, że jego życie jest zagrożone. Skorzystał więc z prawa do obrony koniecznej. Jego stronnicy nazywają Tryvona „ambitnym chuliganem”, który zachowywał się w sposób co najmniej podejrzany i tak naprawdę sam był sobie winien. Obrońcy Trayvona podkreślają, że był nastolatkiem, nie miał broni i nie popełnił żadnego przestępstwa. Twierdzą, że jedynym powodem, dla którego Zimmerman, samozwańczy obrońca osiedla, zainteresował się chłopakiem, był kolor jego skóry.

Ta sprawa jest tylko kroplą, która przelała czarę. Dyskusja o miejscu mniejszości etnicznych w Ameryce, historycznych krzywdach i współczesnym rasizmie powinna była odbyć się już dawno. Wyrok uniewinniający Zimmermana był katalizatorem społecznych emocji, który zmusił publicystów, polityków i inne osoby publiczne do zajęcia jasnego stanowiska na temat problemu, który nabrzmiewał od lat.

Najważniejsze było przemówienie prezydenta Baracka Obamy,  który po raz pierwszy od wyborów w 2008 r. tak otwarcie zajął się kwestią rasizmu w USA. Mało co robi tak silne wrażenie, jak „przywódca wolnego świata” (tak skromnie Amerykanie mówią o swoim prezydencie) wspominający czasy, gdy pracownik sklepu chodził za nim krok w krok w obawie, że coś ukradnie. Obama sugestywnie opisał też scenę, gdy wchodząc do windy zauważył młodą białą kobietę. Wstrzymując oddech, nerwowo ściskała torebkę.
– Czekała tylko chwili, gdy będzie mogła uciec – wspominał prezydent USA.

Obama starał się unaocznić białej większości inną perspektywę – oczywistą dla młodych Afroamerykanów, ale niezrozumiałą dla osób nie spotykających się z rasistowskimi stereotypami. Samemu będąc najlepszym dowodem na ogromne zmiany, jakie zaszły w amerykańskim społeczeństwie, prosił, by nie zatrzymywać się w miejscu. Zdawał się apelować o to, by głos oddany na czarnego prezydenta nie zwalniał nikogo z krytycznego spojrzenia na własne zachowania. I przyjęcia czasem punktu widzenia człowieka o innym kolorze skóry.

Choć Barack Obama ma opinię człowieka unikającego konfrontacji i stawiania spraw na ostrzu noża, jego przemówienie było rzadkim aktem politycznej odwagi. W Stanach dziwnie pojmowana polityczna poprawność często prowadzi bowiem do myślenia w kategoriach: „im mniej o czymś mówisz, tym lepiej”. Promowana w ten sposób postawa „społecznego daltonizmu” doprowadziła do wrzucenia wielu problemów poza publiczny dyskurs. Tyle że chowanie głowy w piasek prowadzi w końcu do eksplozji.

I to właśnie uświadomiła Amerykanom tragedia Trayvona Martina.