Newsletter

Oddajcie nam Powstanie

Aleksandra Kaniewska, 01.08.2013
Powstanie – jako symbol, idea, wydarzenie – zostaje stopniowo zawłaszczone przez politykę. I polityków. Dla jednych jest i zawsze będzie na świeczniku. Dla innych stało się polityczną tarczą, w którą należy celować

Było sobie miasto… Kiedyś dumne i piękne, nazywane nawet (trochę na wyrost i raczej lokalnie) „Paryżem Północy”. Później krwawiące, dymiące, na ulicach którego ginęły setki tysięcy Polaków – młodych, starych, dzieci.

Dzisiaj na zgliszczach dawnej Warszawy powoli rodzi się nowe miasto – kosmopolityczne, tętniące życiem, z coraz lepszą ofertą kulturalną, coraz to równiejszymi chodnikami, bardziej niezawodną infrastrukturą, wieczornym gwarem i knajpkami al fresco. Miasto, z którego jesteśmy dumni.

Od 1 sierpnia 1944 roku wiele się zmieniło. Tak jakby Warszawa upadła, żeby narodzić się na nowo.

Powstanie Warszawskie to bezsprzecznie jedno z najważniejszych i najbardziej brzemiennych w skutki wydarzeń w najnowszej historii Polski. Jak wiele innych już od momentu upadku poddawane było historycznej i militarnej ocenie i wiwisekcji. Tragedia narodowa, która obchodzona jest jak święto? Czy święto patriotyzmu, które tak naprawdę było zwykłą tragedią setek tysięcy cywilów?

Z roku na rok o ambicjonalnym zrywie młodych powstańców pisze się coraz więcej. Coraz więcej i coraz ostrzej. Mam też wrażenie, że Powstanie – jako symbol, idea, wydarzenie – zostaje stopniowo zawłaszczone przez politykę. I polityków.

Dla jednych jest i zawsze będzie na świeczniku. Dla innych stało się polityczną tarczą, w którą należy celować – im więcej burzących grozę i obrzydzenie epitetów, im ostrzejsze wnioski (dotyczące szans i możliwości, tak łatwych do sformułowania z pozycji wygodnego fotela i podłączonego do internetu komputera), tym lepiej. Powstanie Warszawskie jest jak całun turyński – albo weń wierzysz, albo nie.

A dla wielu młodych (ale być może też i starszych) osób Powstanie nie jest tak jednoznaczne. Na pytanie: „warto czy nie było warto”, odpowiedzieliby pewnie: „Nie wiem”. O Powstaniu i bohaterskiej 63-dniowej walce warszawian uczyli się w szkole, weryfikując swoją wiedzę z późniejszą lekturą książek, opowieściami rodzinnymi i wspomnieniami żyjących jeszcze powstańców-staruszków.

Tradycja może być apolityczna i uniwersalna. Przypominam sobie własne zdziwienie, kiedy podczas pierwszej jesieni na Wyspach Brytyjskich zobaczyłam noszone z dumą przez Brytyjczyków maki – papierowe kotyliony pamięci, po angielsku „poppies”. Wpinane w klapy marynarek, doklejane do kapeluszy, noszone przy płaszczach, sukienkach, ale też jako element biżuterii. Są symbolicznym hołdem, jaki mieszkańcy Wielkiej Brytanii oddają wszystkim ofiarom wojen.

Nosi się je od końca października do 11 listopada, czyli do tzw. Remembrance Day (Dnia Pamięci) – oficjalnego końca I Wojny Światowej. Sztuczne maki sprzedawane są na Wyspach przez Royal British Legion – organizację pomagającą kombatantom – a ich głównym mottem jest hasło: „Pamiętajmy zmarłych, nie zapominajmy o żywych” („Remember the dead, don’t forget the living“). Noszą je wszyscy – od weteranów wojennych, przez celebrytów i dziennikarzy. BBC co roku dokładnie ustanawia dzień, od którego prezenterzy wpinają w klapy czerwony kwiat. Noszą je także przedstawiciele rodziny królewskiej.

Kilka lat temu część Brytyjczyków mocno się oburzyła, kiedy FIFA zakazała angielskim piłkarzom przypinania maków do sportowych koszulek podczas meczu z Hiszpanią. Interweniował premier David Cameron, a także książę William, który w liście do władz FIFA napisał, że „maki nie są symbolem politycznym, ale mają upamiętniać tych, którzy zginęli”.

Wojny, powstania, przewroty i rewolucje organizowane przez garstki ludzi zawsze wpływają na życie mas. Ich rolę oceniają historycy, politolodzy, ale także my wszyscy – obserwatorzy życia publicznego. Dla każdego warszawiaka i nie-warszawiaka Powstanie Warszawskie ma inne znaczenie. Jedni stracili w nich członków rodzin. Innych, jak prof. Normana Davisa, wzruszać może poświęcenie młodych poetów, np. Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, a jeszcze inni pragną bardziej krytycznej oceny przywódców Powstania – Antoniego Chruściela, Leopolda Okulickiego czy Tadeusza „Bora” Komorowskiego.

Jedno jest pewne: większość warszawiaków chce pamiętać. Pokazuje to chociażby amatorski film Wojtka Jeżowskiego „There is a city”, który od lat podbija internetową przestrzeń. „Jest takie miasto, które co roku zastyga na minutę. Sprawdź, dlaczego to robimy” – mówią angielskie podpisy, bo inicjatywa ma na celu pokazanie kawałka polskiej historii także widzowi z zagranicy.

A Warszawa rzeczywiście staje. Mieszkańcy, nieprzymuszeni żadną dyrektywą czy ustawą, stają na chodnikach, zsiadają z rowerów, odrywają się na 60 sekund od sałatek i mrożonej latte. Słuchają wycia syren i zatrzymują na chwilę. Chociażby po to, żeby docenić to, co jest tu i teraz. Rzeczywistość warszawską, która choć wciąż daleka od tej z zachodnich stolic, daje im przecież tyle możliwości – a na pewno szansę na dobre, normalne życie. Życie, które dla powstańców było walutą tak cenną jak złoto i amunicja.

Politycy i krytycy historyczni, nie zabierajcie nam Powstania tak, jak próbujecie zawłaszczyć sobie polską flagę. Nie budujcie mu pomników i nie zrzucajcie go z piedestału. Dajcie nam możliwość przeżywania tej rocznicy tak jak chcemy – czy przy 60-sekundowej zadumie na jednej z ulic Warszawy, krótkim filmie na YouTube czy debacie na temat tego, czy warto było walczyć, czy nie warto.

Pamięć nie ocenia, ale pamięta.

Tekst ukazał się na stronie Instytutu Obywatelskiego 1 sierpnia 2012 r.

*Aleksandra Kaniewska – publicystka