Newsletter

Jak dobrze nazwać zło?

Adam Szejnfeld, 26.07.2013
Jak dobrze nazwać zło? Jak wyrazić ból, by do żywego dotknął także i innych?

Jak dobrze nazwać zło? Jak wyrazić ból, by do żywego dotknął także i innych? Czy określenie zbrodni w oczywisty sposób może zmienić jej wymiar lub przynieść nieznaczną choćby ulgę ofiarom? Czy głośniejsze wykrzyczenie prawdy o krzywdach wywoła wstyd i skruchę potomków oprawców? Jakich epitetów użyć wobec morderców, by przywrócić życie i honor bestialsko zabitym? Czy obecna postawa ma jątrzyć, czy raczej hamować krwawienie ran przeszłości? W końcu – czy słowa mają jednoczyć, czy dzielić?

Wydaje się, że nie o problemie, ale o randze określeń debatowaliśmy ostatnio przy okazji uchwały dotyczącej 70. rocznicy „krwawej niedzieli” na Wołyniu. W ten jeden zaledwie dzień z rąk Ukraińskiej Powstańczej Armii w okrutnych męczarniach na Kresach zginęły tysiące Polaków, w tym dzieci, kobiety, a nawet starcy. Podczas tej kaźni nic nie działo się przypadkiem – jedne oddziały otaczały wsie kordonem, a kolejne zajmowały miejscowości, gromadziły ofiary i bez litości dokonywały masakry. Wyłapywaniem niedobitków oraz grabieżą zajmowali się ukraińscy chłopi wspierający UPA. Jak podają źródła, sąsiedzi mordowali bestialsko sąsiadów. Polacy ginęli od kul, siekier, wideł, kos, pił, noży, młotków i innych narzędzi. Ofiary rozrywano końmi, wielu stosowanych tortur trudno byłoby szukać nawet w średniowieczu. Podczas całej rzezi wołyńskiej mogło zginąć nawet ponad 100 tysięcy Polaków.

Warto rocznice, zwłaszcza tak smutne, traktować jak okazje do przypomnienia ofiar, ale i potępiania ich oprawców. Warto wskrzeszać pamięć o wydarzeniach, ale i próbować pochylić się nad przyczynami, które pchnęły jednych ludzi do czynienia krzywdy drugim. Warto spojrzeć na odwieczny fenomen zła towarzyszący człowiekowi od zarania dziejów. Takie rocznice to jednak także okazja, by zadać sobie pytanie, jak złu zapobiegać oraz jak budować na zgliszczach wzajemnych tragedii nowe stosunki z sąsiednimi państwami. Tak mogło być i tym razem, przy okazji uchwały o tragedii wołyńskiej. Ale nie było.

Uchwała, zamiast być przyczynkiem do głębokiej refleksji i stać się próbą włączenia  Ukraińców w proces budowania pamięci, czci i niezgody na takie stany w przyszłości, stała się kolejnym polem bitwy w polsko-polskiej wojnie o to, kto jest większym patriotą, a kto już tylko zdrajcą. Część naszych polityków chciała, aby w ostrzejszych słowach nazwać tę zbrodnię. Tak, by bardziej dopiec Ukrainie, by wstrząsnąć Ukraińcami, by w końcu chyba pokazać naszą wyższość cywilizacyjną nad narodem, który dopiero buduje swoje suwerenne państwo.

W debacie padały propozycje, by wydać ostrą deklarację, która nie tyle skierowana byłyby na uczczenie ofiar wydarzeń, ale przede wszystkim uraziła godność naszych sąsiadów. Tych, którzy nie byli oprawcami, tych, którzy oprawców sami powinni potępić, tych, z którymi razem chcemy tworzyć w przyszłości wolną od bratniej krwi Europę. Słowo za ból, nazwa za krew, odwrócone plecy za śmierć. Wyznawcy wojny na słowa w swoim zaślepieniu nie zwrócili uwagi, że o to właśnie chodziło ukraińskim komunistom z utęsknieniem spoglądającym w stronę Moskwy. Od jakiegoś już czasu apelowali do polskiego parlamentu o uchwałę napisaną językiem wojny, a nie pojednania. Im bowiem pojednanie Polski i Ukrainy nie jest na rękę, im bowiem kierunek Ukrainy do Europy nie po drodze. Wiemy, jakie miałoby to skutki – zniechęcenie Ukrainy do Polski oraz spadek zaufania we wzajemnych relacjach. I to teraz, kiedy jest szansa na podpisanie umowy stowarzyszeniowej pomiędzy Ukrainą a Unią Europejską. Mogłoby to skutkować powrotem Kijowa w otwarte ramiona Rosji, upragnionego świata tamtejszych komunistów. Mieliśmy to ułatwić? Mieliśmy w tym pomóc? Mieliśmy tej prowokacji się poddać?

Na szczęście zwyciężył rozsądek, umiar i racja stanu. Język dyplomacji i tak powiedział to, co myślą nasze serca, nie zamknął jednak przed Ukraińcami drzwi pojednania, nie zniechęcił tych, którzy tak samo jak my chcą utrwalenia prawdy. Upamiętniliśmy ludobójstwo, przypomnieliśmy je światu, ale nie spaliliśmy mostów między Polską a Ukrainą, między Wschodem a Zachodem. Nieuleganie naciskom radykałów na rodzimej scenie politycznej to coś więcej niż próba znalezienia złotego środka. To inwestycja w długoterminowe relacje. I jak każda inwestycja, wymaga najpierw dania czegoś od siebie, a potem cierpliwości, by otrzymać coś w zamian.

Jeśli bowiem komuś naprawdę zależy na silnej i bezpiecznej Polsce, powinien zrozumieć politykę, która nie opiera się na poniżaniu sąsiadów, lecz budowaniu zrozumienia ponad dramatami i tragediami z przeszłości. To jest jak zwalczanie wendetty: ktoś musi przerwać krwawe żniwo pierwszy. Tym pierwszym musi być mądrzejszy.