Newsletter

Człowiek zwierzakowi wilkiem

Anna Szybist, 10.07.2013
Kiedy po wprowadzeniu przez Trybunał Konstytucyjny zakazu uboju rytualnego w Polsce środowiska działające na rzecz zwierząt odetchnęły z ulgą, za głowę złapali się przedsiębiorcy – właściciele ubojni

Kiedy po wprowadzeniu przez Trybunał Konstytucyjny zakazu uboju rytualnego w Polsce środowiska działające na rzecz zwierząt odetchnęły z ulgą, za głowę złapali się przedsiębiorcy – właściciele ubojni. Broniąc prawa do zabijania zwierząt w ten okrutny sposób argumentują, że zakaz oznacza likwidację wielu miejsc pracy w zakładach, które w obecnej sytuacji prawnej nie tylko nie mogą dostarczać mięsa wyznawcom islamu i judaizmu w Polsce, ale przede wszystkim straciły możliwość eksportowania go za granicę.

Nie lekceważąc problemu miejsc pracy, który w czasie kryzysu ma szczególnie duże znaczenie, trzeba sobie jednak zadać pytanie: Gdzie przebiega granica między racjonalnym myśleniem o gospodarce a zyskiem za wszelką cenę?

Fora internetowe wrą od pytań o „koniec cywilizacji”, a organizacje pomagające zwierzętom jednoczą się, aby wspólnie protestować pod Sejmem przeciwko rządowemu projektowi ustawy o uboju rytualnym. Zarówno w internecie, jak i w czasie protestów można zobaczyć mnóstwo drastycznych zdjęć zabijanych rytualnie zwierząt.

Nie wiadomo, czy to te zdjęcia, protesty i pobudzona ludzka wrażliwość, czy też strach przed gniewem wyborców skłoniły ostatnio posłów do przesunięcia głosowania w sprawie uboju rytualnego na lipiec. Posłowie Platformy Obywatelskiej tłumaczyli to oczekiwaniem na opinię MSZ na temat poprawki PO. Wprowadza ona obowiązek uzyskania pozwolenia powiatowego lekarza weterynarii na dokonanie uboju rytualnego oraz określenia, według jakiego obrządku religijnego ubój zostanie dokonany.

Lecz chociaż MSZ wydało opinię pozytywną, część posłów PO i tak zamierza zagłosować przeciwko ustawie.

Ostatnio, gdy miało dojść do głosowania, pod Sejmem było gorąco. Protesty z godziny na godzinę przybierały na sile, a organizacje prozwierzęce specjalnymi autokarami przywoziły do Warszawy ludzi z całej Polski.

Niestety prawdopodobieństwo, że do głosowania dojdzie na najbliższym lipcowym posiedzeniu Sejmu, jest duże. Jeśli jednak ustawa zostanie uchwalona, przyjaciele zwierząt nigdy tego posłom nie zapomną. Ta sprawa może spowodować, że wielu wyborców, którym zależy na losie zwierząt, odsunie się od partii, które dotychczas popierali.

Na koniec ciekawostka z Krakowa. Radny jednej z dzielnic wpadł tam na pomysł wprowadzenia zakazu dokarmiania gołębi i kawek. Twierdzi, ptaki te tracą instynkt samozachowawczy i uzależniają się od ludzi, więc chce, by można je było dokarmiać tylko w wyznaczonych miejscach i tylko w czasie siarczystych mrozów. Jego koledzy z samorządu uważają ponadto, że pomysł jest tym bardziej sensowny, że gołębie niszczą zabytki i są źródłem wielu chorób. Sprawa trafiła już do rady miasta.

Nie czekając jednak na decyzję radnych, do jednego z ich argumentów odniósł się już szef powiatowego Sanepidu. Oznajmił mianowicie, że dotychczas nie zetknął się z ani jednym przypadkiem choroby przeniesionej przez gołębia.

Bardzo mnie ciekawi, jak radni dzielnicy zamierzają egzekwować zakaz dokarmiania gołębi. Czy będą gonić staruszki po parkach, odbierając im pieczywo? A jeśli taka przyłapana na gorącym uczynku babcia powie, że chciała podkarmić wróble, tylko gołębie wyjadły im okruszki? Może tak przecież powiedzieć, skoro przepis ma nie dotyczyć małych ptaków śpiewających.

Proponuję zatem, aby by zamiast staruszek, służby miejskie odganiały od pokarmu gołębie.