Newsletter

Demokracja pod presją

Jan-Werner Müller, 11.07.2013
Europejski kryzys finansowy nauczył nas, że wszyscy płyniemy w tej samej łodzi, którą kraj nawet tak niewielki jak Grecja może zatopić

Europejski kryzys finansowy nauczył nas, że wszyscy płyniemy w tej samej łodzi, którą kraj nawet tak niewielki jak Grecja może zatopić – mówi prof. Jan-Werner Müller z Uniwersytetu Princeton w rozmowie z Weroniką Przecherską

Weronika Przecherska: Południe Europy pogrążone jest w finansowej depresji. Równie mocno niepokoją jednak także ostatnie niedemokratyczne zmiany na Węgrzech i w Rumunii. Które kraje będą sprawiały Europie w nadchodzących latach więcej problemów – te niestosujące się do reguł ekonomicznych czy te lekceważące zasady demokracji?

Prof. Jan-Werner Müller: Nie powinniśmy spekulować, które z państw będą źródłem kłopotów. Takie prognozy wzmacniają tylko istniejące uprzedzenia. Nie mówiąc już o tym, że mogą okazać się błędne. Czy jeszcze dziesięć lat temu mogliśmy się spodziewać dzisiejszych problemów na Węgrzech?

Ważne jest jednak, by z uwagą obserwować zmiany zachodzące w krajach członkowskich Unii. Europejski kryzys finansowy nauczył nas, że wszyscy płyniemy w tej samej łodzi. I nawet stosunkowo niewielka Grecja może tę łódź zatopić. Przykład węgierski pokazuje z kolei, że kraj może w znaczący sposób zboczyć ze ścieżki wyznaczanej przez literę prawa. I to postępowanie również będzie miało znaczące konsekwencje dla wszystkich obywateli Unii Europejskiej.

Jedynym sposobem wyjścia z tej sytuacji jest wzmocnienie ponadnarodowych instytucji, które z większą swobodą mogłyby nakładać sankcje na kraje łamiące zasady paneuropejskiego i demokratycznego konsensusu. Z politycznego punktu widzenia to oczywiście niełatwe zadanie. Nie możemy jednak zakładać, że kraje wspólnoty będą dobrowolnie stosowały się do narzuconych im reguł. Kryzys udowodnił nam, że tak nie będzie.

Jednak sam Pan Profesor przyznał ostatnio, że nie ma jednego wspólnie opracowanego modelu europejskiej liberalnej demokracji, do którego państwa mogłyby się stosować. Może europejscy politycy powinni stworzyć taki kodeks „dobrych praktyk”?

Moim zdaniem, byłoby to kontrproduktywne. Wystarczy przypomnieć sobie choćby wyjątkowo długie i kontrowersyjne negocjacje nad nieudanym w efekcie projektem konstytucji dla Europy. A przecież celem tej inicjatywy nie było nawet zbliżenie się do wspólnego modelu europejskiej demokracji!

W ramach Unii Europejskiej mamy dużą różnorodność demokratycznych doświadczeń. I ta różnorodność nie jest niczym złym. Jednak panuje także w tej powojennej Europie – o czym piszę w mojej książce „Contesting Democracy. Political Ideas in Twentieth-Century Europe” – trend tzw. „ograniczonej demokracji”. W skrócie: suwerenność powszechna czy nawet parlamentów jest ograniczana przez sądy konstytucyjne i Radę Europy. Kraje, które przyjęły ten model demokratycznego porządku i nagle z niego rezygnują, muszą wyjaśnić swoje postępowanie.

Co jednak z tymi krajami, gdzie demokracja działa na nieco innych zasad, jak np. w Wielkiej Brytanii? W podobnych przypadkach można dostrzec pewną słabość mechanizmów gwarantujących zachowanie równowagi politycznej. Istotą nie jest więc wybranie jednego modelu demokracji. Najważniejsze jest uważne śledzenie i ocena sytuacji w krajach członkowskich. Obserwacje te muszą być jednak wpisane w kontekst europejski i uwzględniać tło historyczne kraju. Trudno tu więc o rozstrzygnięcia w kategoriach czarne – białe. Nie sprawdzają się także mechaniczne porównania do jasno sprecyzowanych standardów. To w dużym stopniu kwestia interpretacji.

Kryzys dobitnie pokazał nam, jak bardzo różnią się od siebie poszczególne państwa członkowskie, a jednocześnie jak duży wpływ mają na siebie wzajemnie. Wymógł na nas jednak także szukanie nowego europejskiego modelu. Czy sądzi Pan Profesor, że rozwiązaniem europejskich problemów byłby federalizm?

Federalna Europa jest dość spójną i logiczną odpowiedzią na europejskie bolączki. Tym bardziej że rozmawiamy przecież o kryzysie politycznym, a nie ekonomicznym czy finansowym. Ta idea nie ma jednak zbyt wielu zwolenników. Rozwiązaniem mogą się też okazać dużo skromniejsze propozycje, dzięki którym państwa pozostają „strażnikami traktatów”. Można też wspomnieć jedną z możliwości, będącą teraz przedmiotem dyskusji: Komisję z dużym budżetem i wybranym w powszechnych wyborach prezydentem. Takie nowe rozwiązanie zostałoby wprowadzone za zgodą państw członkowskich i instytucjonalnie nie zmieniłoby Unii Europejskiej w strukturę federalną.

Jednak polityka to nie tylko instytucje, lecz także emocje. Decyzje wyborców są zaś najczęściej podyktowane właśnie nimi. Doskonale było to widać podczas wyborów we Włoszech kilka miesięcy temu. Włosi nie poparli racjonalnego Mario Montiego. Postawili na komika Beppe Grillo i po raz kolejny na medialnego magnata Silvio Berlusconiego. Czy w dobie kryzysu coraz częściej będziemy mieli do czynienia z takimi decyzjami wyborców?

Byłbym ostrożny z używaniem takich prostych opozycji jak „racjonalny – emocjonalny”. Europie brakuje dziś jasnych koncepcji i wyraźnie zarysowanych różnic. To jeden z głównych problemów, z którymi musimy się zmierzyć. Inaczej nie będziemy mogli zrozumieć inicjatyw takich jak Ruch Pięciu Gwiazdek Beppe Grillo. Nazywanie wszystkich nurtów, począwszy od hiszpańskich indignados po grecki ruch Złotego Świtu (skrajnie prawicowa partia i organizacja nacjonalistyczna – przyp. redakcji), populizmem jest uproszczeniem. I takie uproszczenie ma oczywiście kiepskie skutki.

Ci, którym niesprawiedliwie przypina się łatkę populistów, utwierdzają się w przekonaniu, że system polityczny nigdy nie będzie traktował ich obaw i pretensji poważnie. W konsekwencji zaś bardziej prawdopodobne jest, że odwrócą się od polityki. Musimy rozróżniać pomiędzy populistami a demagogami. Ci pierwsi są przekonani, że reprezentują prawdziwą wolę jednolitego i homogenicznego narodu. Demagodzy z kolei oferują uproszczone rozwiązania, nie negując jednocześnie innych politycznych propozycji.

Można jednak zaobserwować jeszcze trzecią grupę – określiłbym ją mianem aktywistów na rzecz społecznej inkluzji. Nie są przeciwnikami demokratycznego systemu. Nie uważają także pewnych grup obywateli (z reguły określanych mianem skorumpowanych elit lub mniejszości etnicznych) za niegodnych i zasługujących na wykluczenie. Aktywiści mogą być częścią nowego ładu społecznego w krajach borykających się z problemami państwowości i rynku – wystarczy pomyśleć o włoskim dualnym rynku pracy (tworzą go pracownicy na etatach i ci zatrudnieni na tzw. umowach śmieciowych – red.), gdzie jest tak wiele osób wykluczonych. Populiści, moim zdaniem, nie mogą być częścią takiego ładu.

Winston Churchill powiedział kiedyś, że demokracja nie jest ustrojem idealnym, ale najlepszym z tych, jakie dotychczas istniały. Czy ostatnie wydarzenia w Europie pokazują, że demokracja staje się coraz mniej doskonałym rozwiązaniem?

Demokracja jest bez wątpienia pod presją. W Europie istnieje obawa, że obywatele mają poczucie braku władzy. Bułgarski politolog Ivan Krastev nazwał ten stan „demokracją bez wyboru”: wyborcy mogą głosować i zmienić polityków, ale nie samą politykę. Bez wątpienia istnieje niebezpieczeństwo, że w niektórych krajach demokracja jest utożsamiana z koncepcją elit czy partii „porywających” kraj tylko dla własnych celów. Tym samym pojawiają się alternatywne koncepcje. Nie możemy jednak tracić szerszej perspektywy.

Niewielu ludzi uważa dziś, że kryzys europejski był spowodowany demokracją. Niewielu chce też innego porządku. A jeśli nawet, to co to miałoby być? Nie ma żadnego „chińskiego modelu” lub innego autorytarnego rozwiązania. Rzeczywistym zagrożeniem jest populizm. Jest antydemokratyczny, choć może ukrywać się za maską suwerenności i rozwoju instytucji tylko z pozoru demokratycznych. Przykładem mogą być tu niektóre niemieckie neoliberalne wyobrażenia europejskiej unii politycznej, gdzie wszystkie kroki ekonomiczne są ustalane raz na zawsze i kontrolowane przez Komisję Europejska. Tym samym nie pozostawiają żadnej przestrzeni dla prawdziwego, demokratycznie legitymowanego, procesu decyzyjnego.

*Prof. Jan-Werner Müller – profesor uniwersytetu Princeton, autor m.in. „Contesting Democracy. Political Ideas in Twentieth-Centrury Europe“ (2011), „Wo endet Europa. Ungarn, Brüssel und das Schicksal der liberalen Demokratie“ (2013). Prof. Jan-Werner Müller był gościem debaty „Lekcja Orbana: Czy Bruksela powinna być strażnikiem demokracji w państwach UE?“ zorganizowanej 27 maja br. przez Warszawskie Biuro Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych (ECFR) i Europejskie Centrum Solidarności.