Newsletter

Putinizacja Czech?

Aleksander Kaczorowski, 04.07.2013
W przyszłym tygodniu czescy socjaldemokraci spróbują doprowadzić do samorozwiązania parlamentu i przedterminowych wyborów

W przyszłym tygodniu czescy socjaldemokraci spróbują doprowadzić do samorozwiązania parlamentu i przedterminowych wyborów. Jeśli im się to nie uda, rząd Miloša Zemana, nazywany w mediach rządem Jiříego Rusnoka, będzie rządził Czechami może nawet przez najbliższe dwanaście miesięcy. Oznacza to, że jesienią ten „rząd fachowców”, złożony z polityków bliskich Zemanowi i jego zapleczu biznesowemu, podejmie kluczową dla czeskiej gospodarki i polityki decyzję w sprawie rozbudowy elektrowni jądrowej w Temelínie. O „kontrakt stulecia”, wyceniany na równowartość 50 miliardów złotych, ubiegają się amerykańsko-japońskie konsorcjum Westinghouse i czesko-rosyjskie konsorcjum Škoda JS, Atomstrojexport i Gidropress.

Wiele wskazuje na to, że przetarg wygrają Rosjanie. Sprzyja im większa część klasy politycznej, od lewa do prawa: zarówno prezydent Zeman i socjaldemokraci (nie wspominając o komunistach), jak i konserwatywna prawica z ODS. Zgodnie z zapowiedzią premiera Dmitrija Miedwiediewa, Rosjanie w zamian za pozytywne rozstrzygnięcie przetargu na rozbudowę Temelína są gotowi zainwestować w Czechach nawet równowartość 25 miliardów złotych. Amerykanie straszą międzynarodowym arbitrażem, ale zrobiliby lepsze wrażenie, gdyby przebili ofertę Kremla żywą gotówką, na co się nie zanosi. Upadek centroprawicowego rządu Petra Nečasa mógł mieć miał związek z rozgrywką o Temelín. Ten, kto podpisze kontrakt, zapewni godziwą emeryturę sobie, swoim dzieciom i wnukom. Bez względu na to, z kim go podpisze.

Konsekwencje geopolityczne przetargu będą znaczące. Rozwój energetyki jądrowej to jeden z niewielu magnesów, za pomocą których kraje Europy Środkowej mogą próbować podtrzymać słabnące zainteresowanie USA regionem. Zaangażowanie Amerykanów w Temelínie byłoby kosztowną namiastką elementów amerykańskiej tarczy antyrakietowej w Czechach i w Polsce. Może warto przy tej okazji przypomnieć, że jednym z nie najmniej istotnych powodów, dla których Czechosłowacja w 1948 roku ostatecznie znalazła się po wschodniej stronie żelaznej kurtyny było zainteresowanie Sowietów złożami rud uranu. W tamtym czasie na świecie istniały tylko trzy potwierdzone złoża tego surowca, niezbędnego do produkcji broni jądrowej; w Kongo, Kanadzie i zachodnich Czechach. Dwa pierwsze były poza zasięgiem Sowietów, dlatego już w maju 1945 Armia Czerwona przejęła kontrolę nad kopalnią w Jáchymowie, ku wielkiemu niezadowoleniu pewnego komunistycznego dygnitarza czechosłowackiego, który następnie zbyt natarczywie uskarżał się w Moskwie na bezprawne działania lokalnych dowódców wojsk sowieckich. Niestety, nikt mu nie doradził zawczasu (tak jak pewnemu politykowi polskiemu, który w czasie wojny wypytywał przywódcę Kraju Rad o zaginionych polskich oficerów), żeby się odpierdolił (otjebities’) od towarzysza Stalina. Ów zazdrosny o swoje wpływy dygnitarz nazywał się Rudolf Slánský i kilka lat później padł ofiarą słynnego procesu pokazowego, wraz z kilkunastoma członkami swojej „syjonistycznej kliki”.

Wracając do spraw bieżących: przodujący na razie w sondażach socjaldemokraci są skłóceni z Zemanem, który zrobi wszystko, by ta partia wygrała najbliższe wybory z jak najmniejszą przewagą głosów. Gdyby wybory odbyły się teraz, socjaldemokraci mogliby utworzyć rząd samodzielnie lub z ludowcami, którzy prawdopodobnie przekroczą 5-proc. próg wyborczy (w Czechach mawia się, że ludowcy to tacy socjaliści, którzy chodzą do kościoła). Jeśli jednak wybory odbędą się dopiero w czerwcu 2014 roku, czyli zgodnie z terminem, socjaldemokraci przez ten czas stracą sporo głosów na rzecz nowych, populistycznych ugrupowań, takich jak Partii Praw Obywateli Zemanowcy oraz ANO.

To pierwsze ugrupowanie może liczyć na poparcie prezydenta, który jest jego honorowym przewodniczącym, drugie zaś na praktycznie nieograniczone środki finansowe Andreja Babiša, jednego z najbogatszych Czechów (choć z pochodzenia Słowaka) i największego producenta żywności w kraju. Babiš chce być czeskim Berlusconim: kupił właśnie dwa największe ogólnokrajowe dzienniki: Lidové noviny i Mladá Fronta DNES, finansuje wpływowy internetowy portal opinii Česká pozice i jest właścicielem sieci prasy regionalnej. To jemu zarzuca się inspirowanie kampanii przeciw polskiej żywności, którą od roku prowadzą czeskie media. Zagadkę stanowi rzeczywisty potencjał wyborczy licznych inicjatyw faszystowskich, biorąc jednak pod uwagę, że w Czechach regularnie dochodzi do zorganizowanych aktów przemocy wobec Romów, takich jak ostatnio w Czeskich Budziejowicach, z reguły popieranych przez społeczności lokalne, wydaje się całkiem prawdopodobne, że za rok w parlamencie zasiądą także przedstawiciele ksenofobicznej, skrajnej prawicy. W takim rozproszkowanym sejmie znacznie trudniej będzie uzyskać stabilną większość, a Zeman chętnie podejmie się roli arbitra, konsekwentnie dążąc do faktycznej zmiany systemu parlamentarnego na prezydencki.

Jiří Rusnok, były minister finansów w rządzie Miloša Zemana (2001-2002), w ciągu miesiąca wystąpi o wotum zaufania dla swego rządu. Nie dostanie go, a wtedy zgodnie z konstytucją prezydent powinien powierzyć misję sformowania gabinetu kolejnemu premierowi. Dopiero gdy i ten nie otrzyma wotum zaufania od parlamentu, kandydata na premiera będzie mógł wyznaczyć przewodniczący parlamentu, którym obecnie jest niedoszła pani premier z ODS, Miroslava Němcová, ale do tego nie dojdzie. Konstytucja nie narzuca Zemanowi żadnych terminów, więc pozwoli rządzić gabinetowi Rusnoka bez jakiegokolwiek mandatu, jak długo będzie trzeba (w taki sposób, przez cztery miesiące, funkcjonował już pierwszy rząd Mirka Topolánka w 2006 roku). Chyba że w 200-osobowej izbie niższej parlamentu znajdzie się 120 posłów, którzy w przyszłym tygodniu zagłosują za samorozwiązaniem Sněmovny (sejmu).

Wiele teraz zależy od przywódców liberalnej partii TOP09, księcia Karla Schwarzenberga i ministra finansów Miroslava Kalouska. Jak na razie, ci dwaj politycy konsekwentnie sprzeciwiają się przedterminowym wyborom. Być może negocjują już warunki przyszłej „wielkiej koalicji” z socjaldemokratami i ostro licytują, trudno bowiem dać wiarę, by rzeczywiście spodziewali się, że prezydent Zeman pozwoli im jeszcze porządzić w tej kadencji parlamentu.

Przyspieszone wybory są w interesie socjaldemokratów i właśnie liberałów, którzy w najgorszym razie będą wiodącą siłą opozycji. Politycy tych dwóch partii stracili już jednak wiele cennego czasu i przedterminowe wybory są coraz mniej prawdopodobne. Skompromitowani konserwatyści z ODS mogą mieć problem z przekroczeniem progu wyborczego, więc nie śpieszno im pod wyborczy topór. Plankton i ugrupowania kanapowe także wolałyby grzać sejmowe ławy do wiosny. Nie wiadomo, jak zachowają się nieobliczalni komuniści: na razie deklarują poparcie dla wniosku o samorozwiązanie parlamentu, ale trudno powiedzieć, co naprawdę zrobią, gdy zaczną latać wióry. Wydaje się więc bardzo prawdopodobne, ze przez najbliższy rok kluczowe decyzje w Czechach będą podejmować ludzie pozbawieni mandatu demokratycznego, związani z wielkim biznesem i lojalni wobec prezydenta Miloša Zemana.

Czescy komentatorzy i politolodzy mówią już o groźbie putinizacji Czech.