Newsletter

Jak Obama nie został JFK

Thomas Behrens, 03.07.2013
Choć podczas przemówienia Obamy Berlin tonął w słońcu, wizyta skryła się w cieniu historycznych odwołań i politycznych problemów amerykańskiego prezydenta

Strona 1

Choć podczas przemówienia Obamy Berlin tonął w słońcu, wizyta skryła się w cieniu historycznych odwołań i politycznych problemów amerykańskiego prezydenta. Obama nie powtórzył triumfu Johna Fitzgeralda Kennedy’ego sprzed 50 lat

Jako wolny człowiek z dumą mówię: jestem berlińczykiem! – wyznał w Berlinie Zachodnim 26 czerwca 1963 roku, w samym środku zimnej wojny, John F. Kennedy. 400 tys. ludzi przyjęło słowa amerykańskiego prezydenta z entuzjazmem.

Berlin był wówczas, jak stwierdził amerykański dyplomata John Kornblum, „strategicznym centrum polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych”. Amerykański prezydent i przywódca zachodniego świata utożsamił się z losem Niemieckiej Republiki Federalnej i jej podzielonej stolicy, stawiając czoła sowieckim przywódcom. Berlin, będący w samym centrum sowieckich wpływów, dzięki ochronnej tarczy Stanów Zjednoczonych na długi czas stał się przedsionkiem liberalnej demokracji.

Mity, symbole i wizje

Do dziś, choć minęło już 50 lat, wystąpienie Kennedy’ego jest wyidealizowaną ikoną stosunków niemiecko-amerykańskich oraz niemieckim dobrem narodowym. Po Kennedy’m przemawiało w Niemczech wielu amerykańskich prezydentów. Wystarczy przytoczyć choćby znaczące słowa Ronalda Reagana: „Panie Gorbaczow, niech Pan zburzy ten mur!” czy wyznanie Billa Clintona: „Ameryka stoi po waszej stronie, teraz i zawsze!”. Jednak każdy amerykański prezydent przyjeżdżający do Niemiec, szczególnie w Berlinie, musi zderzyć się z legendą przemówienia Kennedy’ego. Gdy dwa tygodnie temu Barack Obama odwiedził Niemcy, było pewne, że także dla niego znacząca będzie symbolika tamtej wizyty.

Napięcie towarzyszące wizycie było tym większe, że Obama nie spełnił oczekiwań, jakie miała niemiecka opinia publiczna wobec jego prezydentury. Owszem, amerykański prezydent nadal zachwyca naturalną charyzmą i siłą oddziaływania, jednak sporo jego politycznych decyzji jest przedmiotem krytyki. Ta zaś negatywnie wpływa na wizerunek prezydenta i każe Niemcom wątpić w jego wiarygodność.

Obama zelektryzował 200 tys. Niemców, kiedy w 2008 r., jeszcze jako kandydat na prezydenta, przemawiał pod berlińską Kolumną Zwycięstwa. Po latach prezydentury nielubianego G.W. Busha porwał ludzi swoją pełną nadziei przemową. Ten entuzjazm Niemców można wytłumaczyć tęsknotą za charyzmatycznymi politykami. Niemiecka scena polityczna, jak pisał zmarły niedawno niemiecki politolog prof. Gerd Langguth, jest bowiem raczej „technokratyczną inscenizacją niemieckiej demokracji konsensusu”. Jej charakter określa przede wszystkim bardzo trzeźwy i rzeczowy styl sprawowania władzy przez kanclerz Angelę Merkel. Nic dziwnego więc, że Niemcy tęsknią za wizjami, patosem i retoryką.

Rzeczywistość: Guantanamo, drony i szpiegostwo

Jednak czasy i nastawienie do amerykańskiego prezydenta zmieniły się. Podczas ostatniej kampanii wyborczej Obama cieszył się sporym poparciem Niemców. Opowiadało się wówczas za nim aż 86 proc. mieszkańców RFN. Dziś tych sympatyków jest 72 proc. I choć nadal poparcie dla Obamy jest w Niemczech większe niż w jego własnym kraju (wg CNN 45 proc.), rozczarowanie coraz częściej miesza się ze sceptycyzmem.

Osią krytyki polityki Obamy jest kwestia więzienia Guantanamo, używanie przez USA zdalnie sterowanych samolotów bezzałogowych, tzw. dronów, oraz systemu szpiegowskiego PRISM. Amerykańskiemu prezydentowi zarzuca się, że wbrew woli społeczeństwa, celowo
i niezgodnie z własną obietnicą nadal nie zamknął więzienia na Kubie. Na dodatek zdecydował się na „czystą wojnę” w Pakistanie za pomocą uzbrojonych dronów, co kosztowało życie niewinnych obywateli. Prezydent jest też odpowiedzialny za program PRISM, przy użyciu którego amerykańskie tajne służby NSA (Agencja Bezpieczeństwa Narodowego) przeglądały emaile, czaty i konta na portalach społecznościowych obywateli USA i innych krajów, w szczególności Niemiec.

Kwestia szpiegowania przez system PRISM bardzo poruszyła Niemców. Naruszanie sfery prywatnej obywateli ma w Niemczech, z uwagi na trwające kilkadziesiąt lat doświadczenia związane z życiem pod stałą kontrolą w przypadku obywateli byłej NRD, bardzo złe konotacje. Nie dziwi zatem, że od kanclerz Merkel przedstawiciele wszystkich opcji politycznych oczekiwali zdecydowanej reakcji.

Służbowa wizyta bez impetu

Spodziewano się także zajęcia konkretnego stanowiska w tej sprawie przez amerykańskiego prezydenta. Obama dał do zrozumienia, że jest świadom zaniepokojenia Niemców. Poświęcił więcej czasu, niż przewiduje protokół, na spotkanie z niemieckim prezydentem Joachimem Gauckiem, znanym z zaangażowania w walkę o prawa człowieka. Natomiast w rozmowach 
z kanclerz obiecał, że działania amerykańskiej Agencji Bezpieczeństwa Narodowego zostaną dokładnie sprawdzone pod względem zgodności z prawem. Wyraził dezaprobatę wobec samowolnego podsłuchiwania kogokolwiek, ale zapewnił przy tym, że dzięki działaniom systemów szpiegowskich udaremniono już 50 zamachów. Skorzystali więc także Niemcy. Amerykański prezydent zadeklarował także, że drony nie będą sterowane z Niemiec, a zamknięcie więzienia Guantanamo nadal jest jego celem.