Newsletter

Idzie tak jakby nowe

Tomasz Mincer, 30.06.2013
Piotr Duda i Jarosław Kaczyński stworzyli ciekawy, ale jeszcze nie do końca zgrany duet. Gdy bowiem pierwszy wyzywa premiera od tchórza i kłamcy, drugi opowiada się przeciwko „wulgarności” i „zwyczajnemu chamstwu”

Piotr Duda i Jarosław Kaczyński stworzyli ciekawy, ale jeszcze nie do końca zgrany duet. Gdy bowiem pierwszy wyzywa premiera od tchórza i kłamcy, drugi opowiada się przeciwko „wulgarności” i „zwyczajnemu chamstwu”

Wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego o „zakamuflowanej opcji niemieckiej” skierowanej pod adresem tych Ślązaków, którzy optują za narodowością śląską, zajęła poczesne miejsce w rankingu największych wpadek językowych polskich polityków.

Tak jakby Śląsk

Stąd być może PiS nie zdecydował się na organizację kongresu na terenie Śląska, ale w pobliskim Zagłębiu Dąbrowskim. A konkretnie w Sosnowcu.

Wpadek jednak nie uniknięto. Prominentna posłanka PiS, Beata Szydło, zadeklarowała, że w regionie powinno powstać Muzeum Powstań Śląskich. Sęk w tym, że niedługo takie nowoczesne muzeum powstanie. I to, rzecz jasna, właśnie na Górnym Śląsku, a konkretnie w Świętochłowicach, m.in. dzięki determinacji prezydenta miasta Dawida Kostempskiego. Co znamienne, prezydenta z ramienia Platformy Obywatelskiej…

Na odsiecz PiS przybył pochodzący ze Śląska Piotr Duda. Zgromadzonych w drugim dniu obrad uraczył przemówieniem dość radykalnym w tonie. Słowa szefa NSZZ „Solidarność” wygłoszone wśród delegatów tylko utwierdziły opinię publiczną w przekonaniu, jaki był rzeczywisty powód zerwania negocjacji w Komisji Trójstronnej przez stronę związkową zaledwie kilka dni wcześniej. Nagrania z posiedzenia komisji jednoznacznie wskazują, kto był inicjatorem szybkiego wyjścia z sali obrad, mających na celu wypracowanie porozumienia tak ważnego z punktu widzenia obecnego spowolnienia gospodarczego. Najzwyczajniej w świecie Piotr Duda szukał dogodnego pretekstu, by zawiązać sojusz z PiS-em w blasku fleszy i rzucić pod adresem rządu kilka ostrych słów.

Tak jakby Solidarność

Niestety w całej sprawie boli fakt, że jest to kolejna próba zawłaszczenia dziedzictwa „Solidarności” lat 80-tych przez Jarosława Kaczyńskiego. Piotr Duda służy tutaj wyłącznie za użyteczne narzędzie w ręku prezesa. Szkoda, bo dzisiejszy przewodniczący związku zaczynał ambitnie, trzymając dystans do partii PiS. Stronił od umizgów, do jakich zdolny był poprzedni przewodniczący związku, a dziś poseł w partii Kaczyńskiego, Janusz Śniadek. Nie minęło wiele czasu, a Duda wstąpił dziarsko na szlak wydeptany przez Śniadka.

Ale tandem Duda-Kaczyński musi się ciut bardziej zgrać. Gdy bowiem pierwszy wyzywa premiera od tchórza i kłamcy, drugi opowiada się przeciwko „wulgarności” i „zwyczajnemu chamstwu”. Na zakończenie przewodniczący parapolitycznego ugrupowania, bo trudno od dziś nazywać je związkiem zawodowym, solennie zapewnił, że z rządem Donalda Tuska rozmawiać już nie będzie i złożył hołd lenny prezesowi Kaczyńskiemu.

Przewodniczący Duda odmówił też, co znamienne, prawa do reprezentacji polskiego pracownika premierowi, gdyż wedle ustawy to strona związkowa reprezentuje pracowników. Pomijając absurdalność tego typu retoryki można by zapytać: a jakie prawo ma szef upolitycznionego związku zawodowego do posługiwania się nazwą Solidarność? Czy szef tego związku pamięta jeszcze słowa Jana Pawła II, gdy ten mówił: „nie może być walka silniejsza nad solidarność”? I że „Solidarność to znaczy: jeden i drugi, a skoro brzemię, to brzemię niesione razem, we wspólnocie. A więc nigdy: jeden przeciw drugiemu. Jedni – przeciw drugim”.

Jednak przewodniczący Duda nie tylko wybrał walkę polityczną jako środek uzyskiwania celów związkowych. Legitymizując konkretną partię polityczną, tym samym stracił moralny mandat do reprezentowania przynajmniej tych pracowników – członków związku – którzy na PiS nie głosują.

Ciasno się robi

Z ust prezesa Kaczyńskiego usłyszeliśmy niejeden szlagier sprzed lat. Dowiedzieliśmy się, że prokuratura ponownie musi wylądować pod rządową kuratelą. Zapachniało naciskami, a niektórym z pewnością przypomniała się sprawa Barbary Blidy, osoby wszak dla Śląska i Ślązaków ważnej.

Zastanawia też postulat „kształtowania silnej polskiej tożsamości” – rzecz jasna bez „ukrytej opcji niemieckiej”. Także: postulat dyscypliny jako „wspólnego przedsięwzięcia nauczycieli i uczniów”. Wypowiedzenie takich słów zaledwie kilka dni po wyjściu na jaw bulwersującej sprawy nauczycielki, która odsiedziawszy wyrok za zabójstwo dziecka nadal uczyła dzieci, prezentując przy tym osobliwy stosunek do dyscypliny jako metody wychowawczej, to co najmniej niefortunny zbieg okoliczności. Z punktu widzenia marketingu politycznego trzeba to uznać za poważny, choć zapewne niezamierzony błąd. Ale być może była to próba zawłaszczenia pomysłu Romana Giertycha o nazwie „zero tolerancji”, którą raz na jakiś czas znany mecenas publicznie powtarza.

Z kolei chęć stworzenia „Instytutu Wolności Obywatelskich” zakrawa na ponury żart. Okazuje się bowiem, że w przypadku negatywnej decyzji gremiów akademickich o przyznaniu stopnia naukowego Instytut ów miałby być „środkiem nacisku na tych, którzy chcą łamać zasady wolności”. Instytucje akademickie są z natury rzeczy autonomiczne. Prezes Kaczyński, ponoć państwowiec, podważa w ten sposób zaufanie do uznanych ośrodków życia publicznego. Tytuł naukowy profesora cieszy się w Polsce wciąż wielkim uznaniem. W kraju o wielkim deficycie zaufania społecznego szkoda niszczyć taki kapitał.

Jarosław Kaczyński czuje jednak oddech na plecach narodowców, dlatego musi ścigać się z nimi na radykalizmy. Dlatego też słowo „polski” odmienił przez wszystkie przypadki. Potępił euro, dowartościował złotówkę, postraszył repolonizacją banków, ziemię zarezerwował wyłącznie dla polskich rolników. Niepotrzebny Roman Giertych w polityce, Kaczyński wypełnia i tę lukę.

To właściwie nie dziwi. Prezes Kaczyński zawsze dużo prawi o suwerenności i niezależności w podejmowaniu decyzji przez władze naszego kraju. Jednak tym razem trafił kulą w płot. Prezes skrytykował pakiet klimatyczny. Zarzucił też polskim władzom uległość wobec innych rządów:

„[m]usimy zdecydowanie uniknąć tego wrażenia, które zostało w tej chwili stworzone, że jesteśmy państwem niezwykle wręcz łatwo ulegającym sugestiom – to jest łagodne określenie – naszego zachodniego sąsiada (…)”. W tym miejscu warto przypomnieć słowa prezydenta Lecha Kaczyńskiego sprzed lat: (…) zgodziłem się na przykład na politykę klimatyczną, z punktu widzenia Polski ryzykowną. To był mój gest w stosunku do pani kanclerz Angeli Merkel” (źródło: „Dziennik”, 1 lipca 2008 r.).

Stało się to w marcu 2007 r. podczas posiedzenia Rady Europejskiej w Brukseli. Rządowi Tuska zaś udało się w toku kolejnych negocjacji uzyskać okres przejściowy – do 2020 r. elektrownie otrzymują część pozwoleń emisyjnych za darmo. Przyniosło to oszczędności rzędu 60 mld zł.

Tak jakby demokracja

Jak przystało na w pełni demokratyczną partię, odbył się również plebiscyt poparcia przywódcy PiS. Nietrudno przewidzieć, jaki był jego rezultat. I choć prezes Kaczyński w swym wystąpieniu chwalił demokrację bezpośrednią, to jakoś nie kwapi się, by poprawić demokratyczne standardy w funkcjonowaniu własnego ugrupowania. W tym samym mniej więcej czasie konwencja Platformy Obywatelskiej umożliwiła dziesiątkom tysięcy swoich działaczy bezpośredni wybór przewodniczącego. Bezpośredni wybór szefa partii to znacząca zmiana w polskiej polityce. Może pozytywnie zainfekuje ona i inne ugrupowania. Pomijam już, że do walki o przywództwo w PO stanie dwóch kandydatów.

Z jednym wypada się wszak z prezesem Kaczyńskim zgodzić. „Polska powinna pozostać wyspą wolności”. Dużo wskazuje dziś na to, że zdecydujemy o tym przy urnie wyborczej.

*Tomasz Mincer – publicysta