Newsletter

Nie bawmy się w „klikokrację”

Ruth Fox, 25.06.2013
Nie możemy zapominać, że internet jest głównie mechanizmem

„Nie możemy zapominać, że internet jest głównie mechanizmem. Kiedy politycy ekscytują się mediami społecznościowym, próbuję im tłumaczyć, że w tej nazwie słowo „media” to tylko narzędzie, a nie wolno zapominać o tym drugim, czyli „społeczeństwie” – z brytyjską politolożką i dyrektor Hansard Society dr Ruth Fox rozmawia Aleksandra Kaniewska

Aleksandra Kaniewska: Ponad połowa Brytyjczyków nie wierzy, że ich rząd wyprowadzi Wielką Brytanię z kryzysu, uznając, że politycy są oderwani od rzeczywistości. Zaufanie do polityki zawsze było tak niskie?

Ruth Fox: Od ostatnich lat rzeczywiście wyraźna jest tendencja spadkowa. Ale ogromnie trudno jest zbadać, co sprawia, że ludzie wierzą i ufają politykom. Dla nas, ludzi pracujących nad polepszeniem stanu demokracji, ewidentne jest, że obecny brak zaufania się zwiększa. W tworzeniu dobrej relacji między rządzącymi a obywatelami ważna jest efektywność działań. Jeśli politycy nie wywiązują się ze swoich zobowiązań, nieważne, co później zrobią, wskaźniki politycznego zaangażowania będą spadać.

Można to zmienić?

Można. Oczywiście należy zacząć od podniesienia morale działania polityków. Ale także zwiększyć stan wiedzy o świecie politycznym wśród obywateli. Familiarność buduje łaskawość. Im więcej wiemy o danym zjawisku, tym bardziej wyrozumiale oceniamy jego wielowymiarowość i najróżniejsze niuanse. I jesteśmy bardziej skłonni wybaczać błędy.

Dlatego w polityce tak ważna jest transparentność.

Jest ważna, ale też nie może ona polegać wyłącznie na zarzuceniu przestrzeni publicznej stosem danych, do których przeciętny obywatel nawet nie może dotrzeć, a co dopiero je przetworzyć – czyli zrozumieć!

Koalicja konserwatystów i liberałów obiecywała, że poprawi relacje ludzi z politykami. Czy teraz, po trzech latach ich rządów, można powiedzieć, że Wielka Brytania stała się prawdziwym, solidarnym Wielkim Społeczeństwem?

Porównywaliśmy niedawno nastawienie ludzi do spraw lokalnych i ogólnokrajowych, ich chęć do pracy w wolontariacie, a także poziom świadomości, jak działa administracja lokalna i krajowa. Chcieliśmy zmierzyć, jak mocno zaangażowani są w społeczność lokalną i jak bardzo im się chce zmieniać świat dokoła. Co się okazało? Średnio tylko jedna na dziesięć osób przyznawała, że zaangażowałaby się charytatywnie.

O czym to świadczy?

O naturalnym rozdwojeniu – między świadomością i przekonaniami a aktywnością. Od wielu lat zauważamy, że ludzie czują, iż angażowanie się, bycie aktywnym obywatelem – to wszystko są dobre rzeczy. Cenią demokrację i solidarność społeczną. Ale kiedy przychodzi do działalności – społecznej, charytatywnej, politycznej – tylko mały procent się angażuje. Taka jest ludzka natura. Mamy świadomość, co powinniśmy robić, ale niekoniecznie jesteśmy skłonni wcielać ją w życie.

Czy można obywateli aktywizować, na przykład do głosowania czy pomagania innym?

Nie ma jednego rodzaju propozycji czy rozwiązania, które działa na wszystkich. To bardziej kombinacja kilku czynników. Na przykład edukacja obywatelska. Najczęściej ludzie uważają, że nie mogą zaangażować się w życie lokalnej społeczności z braku czasu. Ale jest też bariera w postaci poczucia, że cokolwiek zrobią, nie ma to większego znaczenia. Że nie mają wpływu na tak zwany big picture. Próbujemy to zmienić. Na Wyspach pojawił się ostatnio taki nowy-stary pomysł, żeby do deliberacji wykorzystywać ławy przysięgłych składające się z obywateli. Zebrane podczas takich konsultacji dane służyłyby do tworzenia rozwiązań politycznych.

Jak miałoby to działać? Dostaję list, że mój dyżur podczas obywatelskich konsultacji wypada następnego dnia?

To nie działa tak jak powołanie do ławy przysięgłych w sądach. Tutaj rekrutuje się ludzi do wielkiej bazy danych i w zależności od profilu badania czy konsultacji wybiera się odpowiedni demograficznie zestaw osób, które odpowiadają na pytania.

A jeśli nikt nie przyjdzie?

Tak jak w komercyjnych badaniach, uczestnikom obywatelskich ław przysięgłych się płaci. W innym wypadku słaba frekwencja rzeczywiście zabiłaby powodzenie konsultacji. A w działaniach deliberatywnych ważne jest kontinuum czasowe. Dobre konsultacje powinny zajmować minimum cały weekend, a później być powtórzone.

Na jakie tematy ławy obywatelskie mogłyby dyskutować? Bardzo lokalne, na przykład, gdzie postawić nowy przystanek autobusowy? Czy może chodziłoby o sprawy większej wagi?

Absolutnie wszystko można poddać pod dyskusję obywateli. Zależy tylko, jak to się zrobi. Niedawno BBC razem z firmą konsultingową PwC zorganizowała grupę fokusową, podczas której pytano ludzi, jakie cięcia w wydatkach państwa najbardziej by ich dotknęły. I przy tworzeniu planu cięć budżetowych wzięto pod uwagę opinie Brytyjczyków.

Twierdzi pani, że edukacja obywatelska to podstawa tworzenia zaangażowanych społeczeństw. Jak to się robi na Wyspach?

Jest wiele programów i jeszcze więcej instytucji takich jak nasza, które dbają o to, żeby instytucje demokratyczne były blisko ludzi. W Hansard Society od kilku lat mamy program edukacyjny dla szkół w całym kraju. Za pomocą elektronicznych lekcji i narzędzi cyfrowych uczymy dzieci, na czym polega głosowanie, na co mają wpływ, ale też dlaczego warto samemu angażować się w politykę i jak to robić. Większość nauki odbywa się przez internet, ale wysyłamy też do szkół lokalnych polityków. To nie tylko narzędzie edukacji, lecz także wyrównywania szans. Bo wciąż, na przykład, bardzo mało dziewczynek marzy o karierze w polityce. A my im pokazujemy, że mogą i że warto. W ciągu ostatnich kilku lat w takich lekcjach wzięło udział ponad 2 miliony dzieci z całej Wielkiej Brytanii.

I tu pojawia się bardzo ciekawy wątek, o którym ostatnio wiele rozmawiamy w Polsce: e-demokracja i e-partycypacja. W jakim stopniu narzędzia internetowe mogą zmienić to, jak rozmawiamy z rządzącymi, jak głosujemy czy jak wpływamy na rzeczywistość?

Około dziesięciu lat temu byliśmy pierwszą organizacją na Wyspach, która zaczęła się przyglądać demokracji cyfrowej. Teraz mamy masę naśladowców, którzy robią to lepiej, zwłaszcza od strony technicznej. Internet jest oczywiście bardzo ważnym narzędziem, także dla demokracji, ale nie zawsze jest wykorzystywany we właściwy sposób.

Na przykład?

W Wielkiej Brytanii w ramach ulepszania demokracji deliberatywnej dwa lata temu wprowadzono system e-petycji. W założeniu to świetne narzędzie – każdy może na specjalnej stronie złożyć petycję na dowolny temat i kiedy uzbiera sto tysięcy podpisów (autor może promować ją przy pomocy Twittera, Facebooka i maili), petycja trafia do rąk przewodniczącego Izby Gmin. Ten ma obowiązek przekazać ją do specjalnej komisji, której członkowie w drodze wewnętrznego głosowania decydują, czy sprawa wchodzi na wokandę, czy nie. Później mogą się nią zająć posłowie.

Jakieś przykłady obywatelskich ustaw?

Do tej pory nie więcej niż dziesięć spraw dotarło do ostatniego etapu. Był to między innymi wniosek o ujawnienie dokumentów sądowych dotyczących tragedii piłkarskiej na Hillsborough w 1989 roku albo propozycja odebrania zasiłków wandalom z sierpniowych zamieszek w Londynie w 2011 roku.

Idea jest świetna.

Zgadzam się, to ważny mechanizm usprawniający. Ale sam fakt, że istnieje i ludzie z niego korzystają, nie znaczy, że to musi być dla nich satysfakcjonujące doświadczenie. Christopher Carman ze szkockiego University of Strathclyde twierdzi, że dla uczestnictwa bardzo ważne jest poczucie sprawiedliwości systemu. Czyli: jeśli bierzesz udział w jakimś procesie, na przykład konsultacji, i nie czujesz, że sposób prowadzenia działań jest fair, nawet jeśli dostaniesz w końcu to, o co walczyłeś, satysfakcja nie będzie duża. Z kolei jeśli wierzysz i ufasz, że dany system jest sprawiedliwy, przegrana również może dać poczucie satysfakcji – bo wiesz, że zrobiłeś, co w twojej mocy.

E-petycje nie dają takiej gwarancji?

Przede wszystkim nie ma tu żadnego systemu informacji zwrotnych dla uczestników, zwłaszcza dla tych propozycji, które nie osiągają wymaganego pułapu głosów. Żeby stworzyć prawdziwą deliberację, potrzeba zaangażowania dwóch stron, nie tylko jednej. W internetowych konsultacjach publicznych czy jakiejkolwiek formie e-demokracji widzę jeden problem: często nie są efektywne. Rządzący uważają, że jeśli informacja pojawia się online, ludzie się zaangażują. Ale „klikokracja” nie jest rozwiązaniem. Nie łączy ludzi. Sama nie wyciągnie wniosków.

Mówił to już świetny polski socjolog Zygmunt Bauman. Że trzeba namówić młodych do przejścia z online do offline.

I miał rację. Problemem świata wirtualnego jest to, że każdy uznaje go za rdzeń komunikacji, a także za najlepsze rozwiązanie wszystkich problemów polityki. Częściowo sieć tym właśnie jest, ale nie możemy zapominać, że internet jest głównie mechanizmem. Kiedy więc politycy ekscytują się mediami społecznościowymi (ang. social media), próbuję im tłumaczyć, że w tej nazwie słowo „media” to narzędzie, a ważniejszy jest człon, o którym często się zapomina, czyli „społeczeństwo”.

*Ruth Fox – doktor filozofii politycznej, dyrektorka sekcji parlamentarno-rządowej jednej z najstarszych brytyjskich fundacji politycznych, Hansard Society. W 2004 roku doradzała senatorowi Johnowi Kerry’emu w kampanii prezydenckiej demokratów na Florydzie.

Fragment tekstu pochodzi z drugiego numeru Instytutu Idei, kwartalnika Instytutu Obywatelskiego. Czasopismo jest w pełni dostępne na naszych stronach