Newsletter

Czy szejk nadziei spełni nadzieje?

Paulina Biernacka, 20.06.2013
Zachód cieszy się ze zwycięstwa najbardziej umiarkowanego kandydata w wyborach prezydenckich w Iranie. Ale eksperci ostrzegają: w kwestii bomby atomowej Hassan Rowhani nie różni się od swego poprzednika

Zachód cieszy się ze zwycięstwa najbardziej umiarkowanego kandydata w wyborach prezydenckich w Iranie. Ale eksperci ostrzegają: w kwestii bomby atomowej Hassan Rowhani nie różni się od swego poprzednika

14 czerwca w Islamskiej Republice Iranu odbyły się wybory prezydenckie, które mogą poważnie wpłynąć na przyszłość tego państwa i całego regionu. Ich rezultat ma szczególne znaczenie w kontekście prac Iranu nad bombą atomową oraz gróźb płynących z Izraela oraz ze Stanów Zjednoczonych, które nie chcą dopuścić do zdobycia przez Iran tej broni.

Wynik wyborów był dużym zaskoczeniem dla dziennikarzy i ekspertów zajmujących się problematyką irańską. Następcą Mahmuda Ahmadineżada na stanowisku prezydenta Islamskiej Republiki Iranu został Hassan Rowhani, 65-letni islamski duchowny z tytułem doktora nauk prawnych, człowiek o najbardziej umiarkowanych poglądach wśród wszystkich ubiegających się o urząd. W kampanii wyborczej postulował poszerzenie swobód obywatelskich oraz powrót do bardziej koncyliacyjnej postawy Iranu wobec świata. Nie był typowany na zwycięzcę.

Wybrany przez pomyłkę?

Po sfałszowanych wyborach w 2009 roku, dzięki którym doszło do reelekcji Mahmuda Ahmadineżada, Irańczycy nie mieli złudzeń, że ich głosy zostaną uczciwie policzone. Z tego też powodu wielu z nich nie chciało uczestniczyć w tych wyborach. Ci, którzy zdecydowali się zagłosować, do urn ruszyli tłumnie dopiero po południu, zmuszając państwową komisję wyborczą do przedłużenia głosowania o cztery godziny. Kiedy minister spraw wewnętrznych Mustafa Mohammad Madżar podał nazwisko zwycięzcy, na ulicach Teheranu zaczęto – początkowo z lekkim niedowierzaniem – świętować. Zwycięstwo Rowhaniego było niekwestionowane, gdyż wygrał już w pierwszej turze, zdobywając ponad 50-procentowe poparcie. To kolejna niespodzianka w tych wyborach.

Niektórzy analitycy uważają, że stało się tak dlatego, że duchowy przywódca kraju ajatollah Ali Chamenei przeliczył się i nie przewidział, że taki może być rezultat elekcji. Inni twierdzą, iż specjalnie pozwolił na zwycięstwo Rowhaniego, uznając, że uspokoi tym obywateli oraz zmniejszy napięcie w kontaktach ze społecznością międzynarodową.

Ale Chamenei mógł też obawiać się, że Irańczycy nie zniosą kolejnego wyborczego fałszerstwa i znów wyjdą na ulice, co mogłoby doprowadzić do rewolucji w kraju. Dlatego uznanie woli obywateli mogło służyć ajatollahowi jako narzędzie przedłużenia istnienia republiki islamskiej.

Umiarkowanie umiarkowany

Wkrótce po ogłoszeniu wyniku ze stolic świata popłynęły wypowiedzi pełne nadziei na nowe otwarcie w relacjach Iranu z Zachodem oraz przełamanie impasu w negocjacjach dotyczących programu nuklearnego Teheranu. Premier Izraela Benjamin Netanjahu uznał je jednak za pobożne życzenia. Skądinąd słusznie, bo gdyby przekonania Rowhaniego znacząco różniły się od światopoglądu ajatollahów, już dawno zostałby zdyskwalifikowany.

Eksperci izraelscy przestrzegają zachodnich polityków, by nie ulegali złudzeniu, że poprzez wybór człowieka o umiarkowanych poglądach Iran natychmiast zamieni się w stabilny i przewidywalny kraj. Prof. Barry Rubin z GLORIA Center w Herzlii przypomina rządy prezydenta Mohammeda Chatamiego, również uznawanego za reformatora, który nie przeprowadził żadnej reformy systemu, choć rządził osiem lat.

Co z tą bombą?

Poglądy Rowhaniego można uznać za umiarkowane, jeśli porówna się je do idei głoszonych przez jego poprzednika Mahmuda Ahmadineżada, otwarcie zapowiadającego wymazanie Izraela z mapy świata. Rowhani zasłynął ostrą krytyką retoryki Ahmadinażada, który doprowadził kraj do izolacji międzynarodowej i na skraj bankructwa. Jednak w kwestii programu nuklearnego poglądy Rowhaniego i Ahmadineżada nie różnią się znacząco. Co prawda, w 2004 r. Rowhani, wówczas negocjator w rozmowach na ten temat, zgodził się na wstrzymanie wzbogacania uranu, ale twierdzi, że ugodowa polityka wobec Europejczyków, z którymi wówczas negocjował, pozwoliła Iranowi ukończyć budowę kolejnych instalacji atomowych w mieście Esfahan.

Rowhani od wielu lat wspiera rozwój programu nuklearnego Iranu i uważa, że należy wytłumaczyć społeczności międzynarodowej potrzebę jego ukończenia. Twierdzi, że świat powinien przestać postrzegać ten „pokojowy” program jako zagrożenie dla bezpieczeństwa międzynarodowego. Popiera także reżim syryjski, uważając Syrię pod rządami Baszara Assada za „jedyne państwo w regionie, które przeciwstawia się izraelskiej polityce ekspansjonistycznej”. Na jego wsparcie mogą liczyć również Palestyńczycy.

Lepszy od Ahmadineżada

Irańskie gazety nazywają nowego prezydenta „Szejkiem nadziei”. Dla społeczeństwa irańskiego Rowhani wydaje się być najlepszym z możliwych wyborów, gdyż będzie dążył do poprawy sytuacji gospodarczej kraju. Poparcie wyborców duchowny uzyskał jednak dzięki takim hasłom jak np. „Skończmy z ekstremizmem”. Rowhani ostro sprzeciwiał się działaniom policji, która aresztuje kobiety za nieodpowiednie nakrycia głowy. Wezwał również do zniesienia cenzury internetu oraz zapowiedział uwolnienie więźniów politycznych.

Przez większą część kampanii traktowano jego wypowiedzi z przymrużeniem oka, gdyż nie cieszył się poparciem najwyższych władz w kraju, które mogły go w każdej chwili wykluczyć z grona kandydatów. Dopiero wsparcie, jakie uzyskał od byłych prezydentów Chatamiego oraz Rafsandżaniego pozwoliło mu uzyskać głosy milionów Irańczyków, niezadowolonych z obecnych rządów.

Ephraim Kan z izraelskiego Instytutu Studiów nad Bezpieczeństwem Narodowym (INSS) uważa, że wybór Rowhaniego stanowi próbę zaspokojenia dwóch potrzeb społeczeństwa: radykalnej zmiany na stanowisku lidera po nielubianym Ahmadineżadzie oraz złagodzenia zagranicznego kursu Iranu, dzięki czemu mogłyby zostać zniesione uciążliwe sankcje ekonomiczne.

Kto rozdaje karty w Iranie

Powyborcza układanka w Iranie przynosi jednak więcej pytań niż odpowiedzi. Nie wiadomo, czy ajatollah Chamenei, najważniejszy człowiek w Iranie, zaakceptuje jakiekolwiek zmiany w państwie. Sam prezydent bez poparcia najwyższego przywódcy nie będzie mógł wiele zrobić, gdyż mnóstwo decyzji politycznych, zwłaszcza dotyczących polityki zagranicznej czy programu nuklearnego, musi konsultować z ajatollahem. Prezydent mianuje ministrów oraz zarządza gospodarką – i to na tym polu Rowhani może się wykazać.

Nie wiadomo również, czy bardziej pragmatyczne poglądy nowego prezydenta Iranu wpłyną na działania zachodnich państw. Świat może zechcieć nagrodzić Teheran za mądry wybór, zmniejszając sankcje – tyle że prawdopodobnie jedynie przyspieszyłoby to realizację programu nuklearnego.

Z kolei zmiana wizerunkowa Iranu może bardzo utrudniać Izraelowi przekonanie świata o konieczności i słuszności zbombardowania instalacji nuklearnych tego państwa. Paradoksalnie, okazuje się, że nieokrzesany i groteskowy Ahmadineżad bardzo pomagał sprawie izraelskiej, legitymizując swoimi groźbami i skandalicznymi nierzadko poglądami (np. negowaniem Holokaustu) ewentualny atak Izraela i USA na obiekty jądrowe.

Zachować czujność, zwiększyć presję

Dlatego społeczność międzynarodowa powinna jeszcze zwiększyć presję na Iran w celu zatrzymania prac nad programem atomowym. Polityka sankcji przyniosła już bowiem pierwszy rezultat – Irańczycy wybrali najlepszego z możliwych kandydatów, który będzie chciał polepszyć relacje ich kraju ze światem zachodnim.

Pokojowa postawa Rowhaniego nie może jednak uśpić czujności polityków i pozwolić im zapomnieć, że mają do czynienia z państwem, którego nie da się zastraszyć. Wybory nie zmieniły bowiem kluczowej sprawy: Iranem w dalszym ciągu rządzą islamscy fundamentaliści. Wśród nich wielu zaś wierzy w nadejście imama, który po wyniszczającej wojnie da im panowanie nad światem.

*Paulina Biernacka –  doktorantka Instytutu Studiów Politycznych PAN, wykłada w Collegium Civitas.