Newsletter

Iran: demokracja w państwie Boga

Kjetil Selvik, 10.06.2013
Po wyborach prezydenckich, które wkrótce odbędą się w Iranie, protesty w obronie demokracji na wzór tych z 2009 r. nie wybuchną. Nie ma już takiej mobilizacji wśród ludzi

Strona 1

Po wyborach prezydenckich, które wkrótce odbędą się w Iranie, protesty w obronie demokracji na wzór tych z 2009 r. nie wybuchną. Nie ma już takiej mobilizacji wśród ludzi, a władza wygasiła zarzewie potencjalnego buntu, dopuszczając do startu tylko konserwatystów – mówi dr Kjetil Selvik w rozmowie z Grażyną Grochocką

Grażyna Grochocka: Z trzech najpoważniejsyzch kandydatów do prezydentury na placu boju pozostał tylko jeden. Jednak dyskwalifikacja Esfandiara Maszaiego, bliskiego współpracownika prezydenta Mahmuda Ahmadineżada, nie była zaskoczeniem…

Kjetil Selvik: Odrzucenie dwóch kandydatów, Maszaiego i Rasfandżaniego, pokazuje, jak zmniejsza się liczba polityków mających dostęp do wewnętrznego kręgu władzy. W polityce irańskiej zawsze najważniejszy był podział na „swoich” i „obcych”. Tych, którzy mieli dostęp do procesu politycznego, oraz tych, których tego dostępu pozbawiono. Podział ten początkowo dotyczył rewolucji islamskiej: udział w rządzeniu mieli tylko ci, którzy w 1979 r. poparli Chomeiniego. Była to bardzo duża grupa ludzi. Ludzi, którzy dziś zostali zdyskwalifikowani, zanim ich kampania jeszcze w ogóle się zaczęła.

Nie ma dzisiaj w Iranie polityka, który w 1979 r. nie poparł Chomeiniego. Wszyscy więc należeli kiedyś do kręgu władzy.

Byli przywódcy i uczestnicy rewolucji islamskiej zostali wyrzuceni poza elity polityczne. Uznawanych jest coraz mniej punktów widzenia, a w głównym nurcie polityki zostaje coraz mniej osób. Co więcej, z ośmiu kandydatów sześciu jest najbliższymi współpracownikami Chomeiniego.

Na Zachodzie od czasu protestów w 2009 r. często słyszymy o „reformistach” w Iranie. Słowo to wydaje się nietrafne, bo czym innym reformistyczne czy progresywne ruchy są na Zachodzie, a czym innym w Iranie. Kim więc są ci „reformiści” i co chcą zreformować?

Spór z reformistami dotyczy w istocie odpowiedzi na pytanie, kto jest ostatecznym suwerenem. Czy jest nim Bóg? Czy to Bóg ostateczne decyduje o działaniach w państwie? Oczywiście, w praktyce oznaczałoby to władzę Najwyższego Przywódcy, duchownego wybieranego przez innych duchownych na dożywotnią kadencję.
A może suwerenem są ludzie i to oni powinni mieć ostatnie słowo w podejmowaniu decyzji politycznych?

Słowo „reformiści” oznacza wiele różnych postaw. Haszemi Rasfandżani, zdyskwalifikowany „liberalny” kandydat, jako reformator jest znany od 25 lat. Gdy został prezydentem w 1989 r., oznaczało to reformy gospodarcze i odejście od retoryki poprzedniej dekady, retoryki lat wojny iracko-irańskiej. Pragnął bardziej otwartej i liberalnej polityki zagranicznej i gospodarczej.

Ruch reformatorski w dzisiejszym znaczeniu, znacznie bardziej radykalny niż były prezydent, pojawił się dopiero w 1997 r. Grupa ta uznała Rasfandżaniego za przeciwnika politycznego i popchnęła go w stronę radykalnych konserwatystów. W 2009 r. Rasfandżani nie potępił jednak Ruchu Zielonych [nazwano tak protestujących po wyborach w 2009 r. – red.], co znowu pozwoliło mu zbliżyć się do reformistów. Jego reakcje na wydarzenia po ostatnich wyborach prezydenckich pokazały, że jest otwarty na pomysły reformy systemu politycznego kraju. Uważa on, że rdzeniem republiki islamskiej są demokratyczne wybory. Odnosząc się do sporu konserwatystów z reformistami Rasfandżani sugerował, że bliższe jest mu stanowisko tych drugich.

W ostatnim czasie między irańskimi duchownymi a świeckimi politykami narastał konflikt. Zdaje się, że obserwujemy jego koniec – większość z kandydatów jest blisko związanych z ajatollahami i Najwyższym Przywódcą.

Wydaje mi się, że podział na świeckich i duchownych nie jest trafny. Nawet Ahmadineżad i Maszai są zwolennikami systemu teokratycznego. Lepiej jest spojrzeć na to, kto jest lojalny wobec Alego Chamenei, a kto nie. Ahmadineżad był kiedyś bardzo wierny Najwyższemu Przywódcy i działał zgodnie z jego oczekiwaniami, czego dowodzi m.in. twarde rozprawienie się z Ruchem Zielonych i umniejszanie roli reformatorów. Dopiero w czasie drugiej kadencji zaczął tworzyć bardziej niezależną politykę, krytyczną wobec Chameneiego. Wywołało to gniew w środowisku Najwyższego Przywódcy.  Rzeczywiście, na początku podział był dokładnie taki: bardziej świecka – bardziej religijna wizja Iranu. Jednak dzisiaj źródło konfliktu leży w osobistych animozjach i walce o władzę.

Rasfandżani został zdyskwalifikowany z powodu „wieku i słabego zdrowia”, zgodnie z komunikatem reżimu. Maszai, bliski współpracownik Ahmadineżada, został wykluczony bez podania oficjalnej przyczyny. Co Pana zdaniem stało za tą decyzją?

Maszai nigdy nie był ceniony przez konserwatystów skupionych wokół Najwyższego Przywódcy. Był oskarżany nie tylko o odejście od zasad rewolucji islamskiej, ale i bycie przywódcą całej grupy odszczepieńców. Według konserwatywnych grup to za jego namową Ahmadineżad odciął się od Chameneiego. Ponadto w opinii konserwatystów Maszaiemu brakuje „ortodoksji” niezbędnej do rządzenia Islamską Republiką Iranu. Konflikt na tyle się zaostrzył, że Chamenei wysłał Ahmadineżadowi list, zabraniając mu powołania Maszaiego na szefa prezydenckiej kancelarii. Tak więc dyskwalifikacja Maszaiego nie była dla nikogo zaskoczeniem, mimo że polityka irańska jest trudna do przewidzenia.

Wiele osób zapomina, że protesty Zielonych w 2009 r. początkowo nie dotyczyły reform politycznych czy społecznych. Nie chodziło o konkretne poglądy polityczne, tylko pokazanie, że ludzie głosowali inaczej, niż wynikało to z oficjalnych wyników. Czy wydaje się Panu, że nadchodzące wybory także zostaną sfałszowane? A jeśli tak, to czy możemy znów spodziewać się protestów?

Wszystkie działania dzisiejszego reżimu mają na celu niedopuszczenie do powtórki z 2009 r. W zbliżających się wyborach chodzi o zachowanie stabilności systemu, o zorganizowanie ich w taki sposób, by nie powtórzyły się bardzo trudne dla władzy powyborcze zamieszki. Po pierwsze, reżim upewnił się już, że żaden kandydat rzeczywiście reprezentujący odmienne poglądy nie zostanie dopuszczony do wyborów. Po drugie, władza za wszelką cenę starała się zmniejszyć związane z kampanią napięcie wśród wyborców. Moim zdaniem jest mało prawdopodobne, że znów wybuchną protesty. Nie widzę podobnej mobilizacji wśród ludzi, która przed czterema laty zaczęła się na całe tygodnie przed wyborami. Ich wynik sprowokował masowe protesty, ale rdzeniem oporu byli ludzie zorganizowani wcześniej. Tym razem tego nie ma.