Newsletter

Nowy wymiar ekonomii

Jan Gmurczyk, 06.06.2013
Dzielenie się powoli zmienia gospodarkę. Ale czy jest w stanie wyprzeć z naszego życia posiadanie, skoro prawo własności to fundament gospodarki rynkowej i wartość ceniona równie powszechnie?

Dzielenie się powoli zmienia gospodarkę. Ale czy jest w stanie wyprzeć z naszego życia posiadanie, skoro prawo własności to fundament gospodarki rynkowej i wartość ceniona równie powszechnie?

Dzielenie się towarzyszy ludzkości od zarania dziejów. Różnymi zasobami, takimi jak dobra materialne, pieniądze, czas i informacje, wiele osób dzieli się z innymi na co dzień. Dzielenie się to istotna wartość społeczna. Wiele osób po prostu lubi się dzielić, a różne systemy religijne i filozoficzne kładą na tę kwestię duży nacisk. Kto się dzielić nie chce, naraża się na krytykę i nierzadko uchodzi za egoistę lub skąpca.

A jak na ten temat spogląda ekonomia?

Optyka ekonomii

Przypomnijmy, że ekonomia to nauka dążąca do zapewnienia człowiekowi jak największego zaspokojenia potrzeb w warunkach ograniczonych zasobów – surowców, kapitału, czasu itd. Dla ekonomistów oznacza to potrzebę badania i promowania najlepszych metod zwiększania produkcji w gospodarce, najczęściej mierzonej wskaźnikiem PKB.

Z drugiej strony ekonomiści dociekają, jak najlepiej podzielić wytworzoną przez społeczeństwo pulę produkcji. Czy to sprawiedliwe, by jedni mieli mało, a inni dużo? Do jakiego stopnia należy wyrównywać dochody? Czy odgórne narzucanie komuś obowiązku dzielenia się z innymi w imię sprawiedliwości samo w sobie uznać można za sprawiedliwe?

Problem dzielenia się dzieli samych ekonomistów, gdyż w dyskusji na ten temat pojawiają się poglądy subiektywne, a także spory o redystrybucyjną rolę państwa. Te podziały widoczne są m.in. w gałęzi ekonomii zwanej ekonomią dobrobytu. Jednak i ona nie potrafi udzielić jednoznacznych odpowiedzi na zadane powyżej pytania.

Z perspektywy ekonomii dzielenie się ma jednak co najmniej jeszcze jeden istotny wymiar – odpłatnego użyczania, którego najlepszym przykładem jest działalność banków. Kredyt to jeden z kluczowych wynalazków cywilizacji. Dzięki tej formie dzielenia się osoby z nadwyżką pieniędzy nie chowają ich po szufladach, lecz udostępniają ludziom, którzy często mają pomysł na ich zyskowne i pożyteczne wykorzystanie, np. inwestując w firmy świadczące wartościowe społecznie usługi. Pożyczkobiorca dostaje szansę na realizację swego pomysłu, a pożyczkodawca inkasuje odsetki od użyczonego kapitału, co wydaje się uczciwym rozwiązaniem.

Dlatego dzieleniem się, które nie wpływa na podnoszenie produkcji i osiąganie zysków, ekonomia interesuje się rzadziej. Praktyki o charakterze non-profit czy obdarowywanie innych wykraczają poza kanon tradycyjnej ekonomii, która wielbi wzrost PKB i którą stworzono dla homo economicus – człowieka racjonalnego i wyrachowanego, zainteresowanego przede wszystkim osiąganiem korzyści materialnych.

Granice tradycyjnej ekonomii

Jednak kwestię dzielenia się można rozwinąć. Na przykład jeśli mamy ograniczoną ilość zasobów, to naturalnym rozwiązaniem jest dzielenie się nimi, także dobrowolnie i nieodpłatnie. To racjonalne zarówno w okresach niedoboru, jak i obfitości.

Takie rozwiązanie wpisuje się w przytoczoną na początku definicję ekonomii, choć nie jest do końca „ekonomiczne” z punktu widzenia ekonomii tradycyjnej, opartej na kategoriach homo economicus i PKB.

Dlaczego? Bo dzielenie się może hamować produkcję i osłabiać bodźce do pracy. Jeżeli np. kilka osób korzysta z jednego samochodu, to sprzedaż i produkcja aut na tym cierpią. U tych ludzi spada też motywacja do zarabiania i podnoszenia wydajności pracy – skoro mają już dostęp do cudzego samochodu, może przejść im ochota na dorabianie się własnego. PKB i zyski w branży motoryzacyjnej są wtedy mniejsze, niż byłyby, gdyby wszyscy chcieli mieć własne samochody.

Dlatego z punktu widzenia tradycyjnej ekonomii czasem lepiej, by ludzie się nie dzielili. Jeśli każdy chce jak najwięcej posiadać, popyt na wiele dóbr rośnie, ludzie pracują w pocie czoła, gospodarka prze do przodu pełną parą, a PKB rośnie jak na drożdżach. To idealne środowisko dla homo economicus – egoistycznego hedonisty, u którego „mieć” przyćmiewa „być”, zaś konsumpcja to wartość nadrzędna.

Jednak przykład wielu osób dowodzi, że do szczęśliwego życia, w którym ważne potrzeby są zaspokojone, kupowanie i posiadanie na własność wszystkiego nie jest niezbędne. Z pożytkiem dla siebie i innych potrafią zachować umiar i dzielić się, chroniąc przy okazji środowisko i oszczędzając surowce. To szczególnie ważne dla przyszłych pokoleń. I to kolejna forma dzielenia się, która wymyka się tradycyjnej ekonomii – dzielenia się pokoleń ograniczonymi zasobami.

Ekonomia dzielenia się

Oczywiście, wielu ludzi lubi mieć mnóstwo rzeczy na własność, zwłaszcza gdy pozwala im na to sytuacja finansowa. Nie każdy też gotów jest udostępnić innym swe zasoby, więc osobom skłonnym do dzielenia się może być trudno znaleźć parterów do współpracy. To przejaw zjawiska znanego na gruncie ekonomii instytucjonalnej jako asymetria informacji. Ludzie z reguły nie dysponują pełnym rozeznaniem w otaczającej ich rzeczywistości. W naszym przypadku powiedzielibyśmy, że nie wiedzą, kto spoza kręgu ich znajomych jest gotów się dzielić i na jakich zasadach.

Dziś jednak rozwój technologii informatycznej i wzrost popularności internetu sprawiają, że ludziom łatwiej niż kiedykolwiek komunikować się i łączyć w grupy. Stąd asymetrię informacji znacznie prościej przełamać niż kiedyś, co ułatwia także dzielenie się – zarówno odpłatne, jak i niezorientowane na korzyści pieniężne.
Z kolei kryzys gospodarczy wywołuje u wielu ludzi nacisk na racjonalizację wydatków. Dzielenie się to niekiedy przymusowa, ale i rozsądna forma gospodarowania w warunkach bezrobocia i niepewności.

Z tych dwóch powodów nie powinno dziwić, że w ostatnich latach obserwujemy rozkwit zjawiska zwanego shareconomy (na język polski to pojęcie można przetłumaczyć jako „ekonomia dzielenia się”). Centralnym ogniwem jest tu właśnie internet, w którym funkcjonują portale i serwisy ułatwiające ludziom dzielenie się niemal wszystkim – począwszy od muzyki, zdjęć i wspomnień z wakacji, na mieszkaniach i samochodach kończąc.

Nowa treść gospodarki?

Bardzo ważną i dynamicznie rozwijającą się w ostatnich latach formą shareconomy jest udostępnianie dóbr intelektualnych za pomocą technologii informatycznych. Coraz więcej mówi się zwłaszcza o usługach czy zasobach w tzw. chmurze. Przykładowo, jeśli ktoś chce napisać artykuł o gospodarce, nie musi już kupować i instalować edytora tekstu w swoim komputerze. Wystarczy, że połączy się z siecią i skorzysta z edytora dostępnego w jej zasobach. Kupowanie kopii produktu i jej posiadanie w obrębie czterech ścian biura lub domu jest wypierane przez korzystanie z wirtualnej usługi.

Za sprawą chmury różnym użytkownikom łatwiej też dzielić się danymi. A stąd już prosta droga do podniesienia zyskowności licznych przedsiębiorstw dzięki niższym kosztom działalności, sprawniejszemu przepływowi informacji czy efektom synergii.

Oczywiście, shareconomy może być także szansą na usprawnienie administracji publicznej. Zwróciło na to już uwagę choćby Ministerstwo Gospodarki, dostrzegając w nowej tendencji możliwość zwiększenia dostępności nowoczesnego oprogramowania dla urzędów. Jednocześnie znaczenie shareconomy podkreślano w marcu, podczas prestiżowych targów informatycznych CeBIT w Niemczech, których oficjalnym parterem była Polska.

Wszystko to prowadzi do wniosku, że znane od wieków zjawisko dzielenia się zyskuje nową jakość, zmieniając powoli gospodarkę. Tak naprawdę otwartym pytaniem jednak pozostaje, na ile dzielenie się jest w stanie wyprzeć z naszego życia posiadanie. Pamiętajmy, że prawo własności to fundament gospodarki rynkowej, a zarazem wartość ceniona nie mniej powszechnie.

*Jan Gmurczyk – ekonomista, analityk Instytutu Obywatelskiego