Newsletter

Wyćwierkana rewolucja

Łukasz Maślanka, 05.06.2013
Gdy Turcją zatrzęsły społeczne protesty, władze zaczęły blokować dostęp do Twittera i Facebooka – i tylko pogorszyły swoje położenie. Bo dziś nie ma polityki bez mediów społecznościowych

Gdy Turcją zatrzęsły społeczne protesty, władze zaczęły blokować dostęp do Twittera i Facebooka – i tylko pogorszyły swoje położenie. Bo dziś nie ma polityki bez mediów społecznościowych

Revolution will not be televised. It will be tweeted – to hasło wypisano na murze jednego z protestujących miast Turcji, prawdopodobnie Stambułu. Opublikowane na Twitterze, lotem błyskawicy rozeszło się po świecie, także za sprawą Facebooka. Jest bardzo celne w swojej prostocie, bo mówi wiele nie tylko o tamtejszym proteście, ale o specyfice współczesnych przełomów społeczno–politycznych.

Iran, Tunezja, Egipt – każdy z tych krajów kilka lat temu także był areną gorących protestów. W Egipcie i Tunezji rządzący ugięli się pod ciężarem społecznego niezadowolenia i oddali władzę. Czy to była zmiana na lepsze, czy na gorsze – to temat na inną dyskusję. Ale pewne jest, że wszystkie te rewolty łączy fakt, że dostały solidny „doping” w postaci błyskawicznej, mającej milionowy zasięg i często dramatyczny przekaz komunikacji.

Turecki premier Recep Tayip Erdogan szybko zrozumiał, że nowoczesne technologie komunikowania i social media działają na niekorzyść jego obozu władzy i rządzącej Partii Postępu i Sprawiedliwości (AKP). A Twittera nazwał „przekleństwem”. Jego administracja – podobnie jak swego czasu rządzący w Egipcie, Tunezji czy Iranie – ograniczyła obywatelom dostęp do serwisów społecznościowych, bo za ich pośrednictwem protestujący organizowali się, wymieniali informacjami i, co jest dla władz Turcji najgorsze, pokazywali całemu światu brutalność policji. Międzynarodowe media, bazując na przekazach publikowanych w serwisach społecznościowych, mogły zaprezentować, często drastyczne, zdjęcia ludzi bitych, powalanych na ziemię i atakowanych gazem łzawiącym.

Te obrazy stoją w całkowitej sprzeczności z oficjalnym przekazem zarówno tureckiego rządu, jak i tamtejszych mainstreamowych mediów. Rządzący upierają się, że protestujący w Stambule to niebezpieczni ekstremiści. Demonstrujący oskarżają zaś media, że wysługują się władzy, a zamiast mówić o protestach, nadają programy kulinarne.
Słowem, atmosfera w redakcjach jest podobna do tej we Francji sprzed 1968 r. Wtedy tamtejsze gazety pisały: „Francja się nudzi”. Nudziła się tak bardzo, że aż wybuchła. I uruchomiła proces przemian społecznych oraz obyczajowych, które przeorały cały zachodni świat.

Kolejny już raz w ciągu ostatnich kilku lat media społecznościowe, zwłaszcza Twitter, okazują się być jak informacyjne pogotowie ratunkowe. Gdy media głównego nurtu lekceważą postulaty protestujących, sami buntownicy sprawiają, że ich głos dobrze słychać na całym świecie. Demokratyczny protest dostaje silny medialny zastrzyk, dzięki któremu każdą półprawdę lub podkoloryzowaną informację można szybko sprostować. Gdy władza mówi: „To ekstremiści”, protestujący mają narzędzia, by obwieścić światu: „To kłamstwo”.

A ponieważ współczesne media żywią się głównie obrazem, Twitter i Facebook sprawdzają się idealnie jako źródło sugestywnych, dramatycznych często ujęć. Ujęć niepozostawiających wątpliwości co do natury protestu i jego przebiegu, nakazujących społeczości międzynarodowej zwrócić uwagę na problem, a polityków zmuszających do zajęcia stanowiska. To zupełnie nowa jakość w polityce.

Intensywność, globalność, natychmiastowość, sugestywność – to atuty komunikacji w social media, które świetnie sprawdzają się podczas protestów społecznych. Aktualne wydarzenia w Turcji potwierdzają, że w dzisiejszych czasach nie ma polityki bez mediów społecznościowych. I to nie tylko tej lukrowanej, w której politycy – idąc za radami speców od PR – bywają na Facebooku, Twitterze czy YouTube, bo traktują je jak kolejny sposób kreowania wizerunku, a nie przestrzeń autentycznego dyskursu społecznego.
Nowe narzędzia komunikowania sprawdzają się świetnie zwłaszcza w polityce wiecowej, nagiej, żywej.

Gdy politycy oblewają egzamin z obywatelskiej odpowiedzialności, obywatele wychodzą na ulicę. Tak właśnie stało się w Turcji, gdzie pokojowy protest o park w Stambule przerodził się w obejmującą wiele tureckich miast falę gwałtownych protestów przeciw stylowi sprawowania władzy przez rząd Erdogana.

Niezależni obywatele są dziś uzbrojeni w smartfony i tablety z dostępem do mobilnego internetu. Ta broń pozwala punktować każdy przejaw brutalności władzy i nadać protestowi charakter na tyle dramatyczny, by był zdolny poruszyć cały świat. Skuteczność tego oręża widać także w Polsce, gdzie w wielu miastach zorganizowano – poprzez media społecznościowe, rzecz jasna – wiece poparcia dla protestujących Turków.

Rząd Erdogana od dawna był podejrzewany o autorytarne ciągoty. Komentatorzy, szczególnie ci o lewicowych poglądach, sugerowali, że poczynania władz Turcji stanowią potwierdzenie tezy, że urządzony według neoliberalnych recept rynek świetnie rozumie się z władzą o autorytarnym odcieniu. Ale wystarczyła iskra, by Turcy powiedzieli zdecydowane „nie”.

Gdyby te demonstracje odbyły się dziesięć lat temu, kiedy o mediach społecznościowych w dzisiejszej formie nie było mowy, pewnie przeszłyby bez większego echa. Dziś władza, która traci społeczny słuch, szybko może się okazać władzą uciekającą się do przemocy, ale pozbawioną legitymacji. I narażającą się na zdmuchnięcie przez obywateli, wspieranych siłą internetowych mediów społecznościowych. Tak jak obecnie Turcy – niesieni przez twitterowy hashtag #occupygazi – kruszą siłę potężnego do niedawna premiera Erdogana.

To przestroga dla polityków także w innych krajach. Receptą na problemy społeczne nie jest blokowanie internetu, lecz demokratyczna rozmowa i realny dialog ze społeczeństwem. Także, a może przede wszystkim, za pośrednictwem mediów społecznościowych. Bo rzeczywistość często potrafi dogonić i niemile zaskoczyć tego, kto stracił z nią kontakt.
Także rzeczywistość wirtualna.

*Łukasz Maślanka – specjalista ds. PR i komunikacji, pracownik ośrodka R&D (Research and Development) we Wrocławiu, bloger, miłośnik mediów społecznościowych i nowych technologii