Newsletter

Biblioteki są najważniejsze

Elżbieta Sawicka, 31.05.2013
„Książki są jak narkotyk, na szczęście nie istnieje tu niebezpieczeństwo przedawkowania. Jestem szczęśliwą ofiarą książek” — wyznaje znany projektant mody i bibliofil Karl Lagerfeld

„Książki są jak narkotyk, na szczęście nie istnieje tu niebezpieczeństwo przedawkowania. Jestem szczęśliwą ofiarą książek” — wyznaje znany projektant mody i bibliofil Karl Lagerfeld

Tegoroczne majowe Warszawskie Targi Książki, zorganizowane po raz pierwszy na Stadionie Narodowym, odwiedziło w ciągu czterech dni ponad 60 tysięcy osób – o 20 tysięcy więcej niż przed rokiem. Stawiło się 500 wystawców, 500 autorów podpisywało książki, przygotowano 680 wydarzeń towarzyszących. Imponujący wynik! Krzepiący. W przeciwieństwie do liczb zawartych w raporcie „Społeczny zasięg książki w Polsce w 2012 roku”.

Inteligent nie czyta?

Z badań przeprowadzonych przez Bibliotekę Narodową we współpracy z TNS Polska wynika, że 61 proc. Polaków w ciągu ostatniego roku nie miało kontaktu z żadną książką, włączając w to książki kucharskie, poradniki majsterkowicza, albumy, encyklopedie, słowniki oraz książki w formie elektronicznej. Do kontaktu z jakąkolwiek książką w ciągu ubiegłego roku przyznaje się tylko 39 proc. rodaków.

Jakby tej przykrości było mało, dowiadujemy się też o gwałtownym spadku zainteresowania książkami u osób z wyższym wykształceniem. Aż trudno uwierzyć: inteligencja przestaje czytać…

Zdaniem autorów raportu, nie powinniśmy jednak mówić o inteligencji: „Ludzie formalnie wysoko wykształceni w sensie kulturowym już niekoniecznie są inteligentami. 34 proc. Polaków z wykształceniem wyższym nie przeczytało w ciągu ostatniego roku żadnej książki, 20 proc. w ciągu ostatniego miesiąca nie przeczytało tekstu o objętości trzech stron lub dłuższego artykułu w prasie, 17 proc. nie przypomina sobie, żeby w ciągu ostatniego roku czytało jakąkolwiek prasę”.

W ciągu ostatnich 20 lat poziom wykształcenia Polaków wzrósł, a czytelnictwo spada. Ślad pozornego wykształcenia?

Jednak biblioteki

Jedyny nieco jaśniejszy punkt raportu dotyczy bibliotek. Pierwszy raz od wielu lat odnotowano wzrost wypożyczeń książek do domu. Niewielki (0,4 proc.), ale jednak. Tomasz Makowski, dyrektor Biblioteki Narodowej, nieustannie podkreśla, że biblioteki są najważniejsze. Odgrywają — obok domu rodzinnego — kluczową rolę w kształtowaniu nawyków czytelniczych, większą niż szkoły i wyższe uczelnie.

Makowski stara się propagować czytelnictwo w sposób atrakcyjny. Zamiast przymusu i pedagogicznego trucia proponuje „snobizm na czytanie”. Zachęca, aby spojrzeć na lekturę jak na jedną z życiowych przyjemności, porównywalnych z dobrym jedzeniem, alkoholem, wakacjami czy seksem.

Czytanie może stać się uzależnieniem. „Książki są jak narkotyk, na szczęście nie istnieje tu niebezpieczeństwo przedawkowania. Jestem szczęśliwą ofiarą książek” — wyznał znany projektant mody i bibliofil Karl Lagerfeld (wprowadził  na rynek m.in. perfumy o zapachu książek).

Jak spowodować uzależnienie, dilerzy świetnie wiedzą. Żeby wciągnąć w nałóg, pierwszą działkę oferują klientowi za darmo. „To biblioteka infekuje pierwszą, darmową działką literatury” — twierdzi dyrektor BN.

Pełna zgoda. Wiem po sobie.

Mekka moli książkowych

Kiedy w księgarniach pojawił się „Grochów”, odbyliśmy z Andrzejem Stasiukiem spacer sentymentalny. Grochów to nasza rodzinna dzielnica. Heimat w sensie ścisłym, jak powiedziałby Jerzy Pilch. Upłynęły nam tu — co prawda nie w tym samym czasie — dzieciństwo i młodość.

Przechadzaliśmy się (a za nami sunęła kamera) od placu Szembeka, przez Rondo Wiatraczna do Kobielskiej. Stamtąd nogi same poniosły nas w stronę Kickiego. Szliśmy równo, jak dwa automaty. Wyhamowaliśmy dopiero koło słynnego akademika, skąd roztacza się widok na ulicę Paca. Jest! Nie zlikwidowali.

Biblioteka na Paca. Mekka książkowych moli. Wylęgarnia grochowskich polonistów, dziennikarzy i literatów.

W moich szkolnych czasach wypożyczało się książki obłożone w papier pakowy. Każdy tom był tajemnicą, okładek nie było widać. Między półki wjeżdżało się na suknach. Pachniało pastą do podłóg, trochę też kurzem.

Należało wypełnić rewers, maczając pióro w kałamarzu. Należało zachować ciszę. Schludne panie bibliotekarki fachowo doradzały, podsuwając stosowne do wieku pozycje. Czasami marszczyły brew na nasze wybory („Agatha Christie? Joe Alex? No, nie wiem… ”). Lekko strofowały za przetrzymywanie książek. Ale nęciły do nałogu… Pierwszą działkę za darmo dostawało się właśnie tutaj.

Stasiuk ma podobne wspomnienia. Tyle że za jego czasów kolorowe obwoluty były już widoczne — książki okładano w przeźroczysty plastik. Rewersy wypełniał długopisem.

Harley czy hulajnoga

„Wysoki poziom czytelnictwa odnotowuje się tam, gdzie są silne i dobrze zaopatrzone biblioteki, czyli przede wszystkim w krajach skandynawskich i Holandii” — mówił Tomasz Makowski w wywiadzie udzielonym niedawno „Krytyce Politycznej”. W porównaniu z naszym krajem, dodajmy, rewelacyjnie wypadają także Niemcy, Francuzi i Czesi. My jesteśmy w tej samej słabej lidze co Grecja i Portugalia.

W Polsce sercem miasta jest zwykle urząd gminy, w Szwecji – biblioteka. „W Skandynawii wypożyczanie książek stanowi część codziennego życia. Niemal każdy Fin co kilka dni odwiedza bibliotekę. Idzie do sklepu, a po drodze wpada wymienić książki” — dodaje Makowski.

Ja też mam za sobą skandynawski epizod.

Pierwszą w życiu szwedzką bibliotekę zobaczyłam latem 1976 roku. W porównaniu z biblioteką na Paca wyglądała jak Harley przy hulajnodze.

Do Stadsbibliotek w Norrköping, dziesiątym co do wielkości mieście Szwecji, poszłam z rozpaczy — skończyły mi się książki przywiezione w plecaku z Polski.

W okazałym gmachu w centrum miasta zachwyt budziło wszystko. Architektura, wnętrza z jasnego drewna, dostępność kserokopiarek, personel, który nie przesłuchiwał na okoliczność stałego zameldowania.

Szwedzkiego nie znałam, ruszyłam więc między regały w poszukiwaniu angielskich powieści. Były. Wkrótce jednak dogoniła mnie bibliotekarka pytając, czy nie jestem czasem zainteresowana książkami polskimi. Bo mają jedną półkę, nieduży wybór, niestety. Najwyżej sto. Ale tu w plastikowej koszulce jest lista polskich tytułów, które można zamówić z biblioteki w Uppsali.

Gombrowicz w koszulce

Jakiś żart? Człowiekowi z PRL-u nie mieściło się to w głowie. Zajrzałam do spisu i oko mi błysnęło: książki „Kultury” paryskiej. Zamówiłam na próbę (choć raczej bez wiary) Gombrowicza. Po kilku dniach listonosz przyniósł mi do domu „Dziennik” i „Operetkę”.

Widywałam w Stadsbibliotek Polaków, rosyjskich marynarzy, rozpolitykowanych Greków, smutne dziewczęta z Chile generała Pinocheta… Było to miejsce otwarte dla wszystkich. Przyjazne, łatwo dostępne — za nic się nie płaciło. Ktoś pomyślał o imigrantach, ktoś szykował dla nich te półki z literaturą polską, rosyjską czy hiszpańską. Ktoś sprowadzał gazety w egzotycznych dla Szweda językach.

Z sentymentu zaglądam czasem na stronę internetową Stadsbibliotek. Oprócz książek, prasy, filmów, płyt z muzyką są tam dziesiątki komputerów do dyspozycji czytelników, spektakle teatralne, zajęcia plastyczne, spotkania integracyjne. 4 tysiące odwiedzających dziennie! Wśród nich czarnoskórzy chłopcy i kobiety w chustach. Prawdziwe centrum życia w Norrköping, mieście nazywanym niegdyś szwedzkim Manchesterem. W sumie jednak wielkości Nowego Sącza.

Inwestujmy w książki

Mamy w kraju 8300 bibliotek publicznych. Obowiązek dbania o nie należy głównie do samorządów, a z tym nie jest dobrze. Często brakuje świadomości, że biblioteki są w ogóle potrzebne. Przegrywają z aquaparkami, imprezami dożynkowymi czy innymi wesołymi festynami.

O atrakcyjności bibliotek decydują przede wszystkim nowości czytelnicze. Średnia europejska to 25 zakupionych woluminów rocznie na 100 mieszkańców. Rekordzistami są kraje skandynawskie: ponad 30 woluminów. U nas marne 7,2.

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego przeznacza w tym roku na zakup nowości dla bibliotek 20 mln zł, co oznacza, że każda biblioteka dostanie średnio 2400 zł. Nie jest to dużo. Potrzeby są znacznie większe i bez zmiany stosunku samorządowców do książnic publicznych, sytuacja się nie poprawi.

Spróbujmy jednak być optymistami: nadejdzie dzień, kiedy będziemy mieli te nasze nowoczesne i dobrze zaopatrzone biblioteki. Nieźle byłoby zawczasu pomyśleć o regałach — choćby skromnych — z książkami ukraińskimi, białoruskimi, rosyjskimi czy wietnamskimi. To też element modelu skandynawskiego.

*Elżbieta Sawicka – dziennikarka, była szefowa działu kultury w „Rzeczpospolitej” oraz redaktor dodatków „Plus Minus” i „Rzecz o Książkach”