Newsletter

Przedwczesny zmierzch Obamy?

Kazimierz Bem, 29.05.2013
Ostatnich kilka tygodni było, delikatnie rzecz biorąc, nielekkie dla Obamy. Bardzo nielekkie. Jego wystąpienia w telewizji sprowadzały się głównie do tłumaczeń i odpowiadania na niewygodne pytania, a także zbierania cięgów od zazwyczaj życzliwych mu mediów

Marlborough, 28 maja 2013

Ostatnich kilka tygodni było, delikatnie rzecz biorąc, nielekkie dla Obamy. Bardzo nielekkie. Jego wystąpienia w telewizji sprowadzały się głównie do tłumaczeń i odpowiadania na niewygodne pytania, a także zbierania cięgów od zazwyczaj życzliwych mu mediów. Co się stało?

Sprawa Benghazi. Republikanie drążą ten temat niczym górnicy pokłady kopalni w Wieliczce. Mają nadzieję odkryć coś, co skompromituje nie tylko Obamę, ale i Hillary Clinton, która ma spore szanse zostać niekwestionowanym kandydatem demokratów na prezydenta za 3 lata. I wygrać wybory.

Znalezienie czegokolwiek byłoby dla republikanów darem niebios. Pozwoliłoby bowiem nie tylko na wyeliminowanie Clinton z gry, ale także na potwierdzenie czarnej legendy (zbieżność słów jest nieprzypadkowa) Obamy. I choć o Benghazi słuchaliśmy bez przerwy przez prawie dwa tygodnie, a prezydent musiał się tłumaczyć, to jednak góra urodziła mysz. Określenie Benghazi jako przypadkowego zabójstwa było błędem administracji Obamy, który naprawiała już trzy dni później. Jak trzeźwo zauważył publicysta Time’a – „Co za rząd tuszuje skandal tylko przez trzy dni?“

Po Benghazi przyszedł czas na skandal z IRS, czyli amerykańskim urzędem skarbowym. Jakimś sposobem do prasy wyciekł audyt, który wykazał, że w 2012 roku IRS dużo uważniej przyglądał się grupom i obywatelom związanym z „Partią Herbatkową“ (Tea Party) i płaconym przez nich podatkom. Republikanie byli żądni krwi, a działania IRS miały potwierdzać tezę, że zła administracja Obamy walczyła brudnymi metodami ze zwykłym amerykańskim obywatelem (w domyśle: białym Amerykaninem). W telewizji FOX News można było obejrzeć kalejdoskop postaci, które zapewniały, że chciały założyć grupę wsparcia dla Tea Party, ale zrezygnowały, gdy IRS zażądał od nich stosów dokumentów.

I tym razem góra urodziła mysz. Po pierwsze dlatego, że choć działania IRS są sprzeczne z prawem i skandaliczne (szef tej instytucji szybko podał się do dymisji), nie zmienia to faktu, że jeśli ktoś boi się wypełniania dokumentów IRS, nie powinien się brać za działalność publiczną. A w szczególności za finansowanie partii.

Po drugie, cała ta sytuacja pokazała absurdalność funkcjonowania IRS: fiskus zabrał się za płotki, podczas gdy milionerzy dawali dużo większe sumy na republikańskich kandydatów, często naginając prawo do granic.

Po trzecie, skandal obnażył bizantyjskość amerykańskiego systemu podatkowego. Jeden z komentatorów zauważył przytomnie: „Jak to się stało, że nasza ustawa podatkowa ma art. 501 ustęp (c) i podustęp (4)?“ Proste zeznanie podatkowe autora tego tekstu liczy 45 stron.

Ustawa mająca zreformować system imigracyjny w USA i zalegalizować ok. 10 milionów nielegalnych imigrantów wreszcie opuściła senacką komisję za porozumieniem wszystkich jej członków – demokratów i republikanów. Ci drudzy nie byliby sobą, gdyby nie zażądali zapisu, że ustawa nie będzie obejmowała par jednopłciowych. Demokraci musieli odpuścić, przerażeni, że i ten projekt spali na panewce.

Jeśli jednak republikanie myślą, że to odwróci potężny i zamożny elektorat GLBTQ (gejów, lesbijek, biseksualistów, transseksualistów i innych seksualnych mniejszości – red.) od demokratów, to zapomnieli widać o zasadzie, że w takiej sytuacji zawsze trzeba dać coś w zamian. A większość republikanów tkwi wciąż mentalnie w latach 70. XX wieku. Przykład: ich kandydat na gubernatora stanu Wirginia Ken Cuccinelli wsławił się ostatnio obroną idiotycznego prawa zakazującego stosunku analnego – które za niekonstytucyjne uznał i Sąd Najwyższy USA w 2003 roku, i lokalny Sąd Najwyższy Wirginii. Wydaje się, że za sprawą takich poglądów Wirginia, od lat 90. bastion republikanów, będzie się powoli stawać coraz bardziej demokratyczna.

Wszystko to nie zmienia jednak faktu, że Obama wyhamował. Tygodnik „The Economist“ zapytał nawet na swojej okładce z jego zdjęciem: „Jak uratować jego drugą kadencję?

Odpowiedź nie jest łatwa. Publicysta konserwatywnego „National Review“ napisał prawie wprost, że prezydent Obama nie może liczyć na wsparcie żadnego swojego projektu ze strony republikanów. I że każda kolejna porażka legislacyjna Obamy jest im na rękę.

Załamała się próba wprowadzenia, i tak bardzo łagodnych, restrykcji przy zakupie broni. Rozmowy na temat redukcji deficytu budżetowego i zakończenia tzw. „sekwestru“ stanęły w miejscu, podobnie jak potrzebna reforma systemu podatkowego. Nawet wspomniany wyżej projekt reformy prawa imigracyjnego jest zagrożony ze strony republikańskiej prawicy.

Wygląda na to, że republikanie w Kongresie chcą ukarać Amerykanów za wybranie Obamy w 2012 roku. Nawet świadomość tego, że Amerykanie mogą się im zrewanżować w 2014, niewiele Obamie pomaga.