Newsletter

Wojna na słowa, wojna na ma/eczety

Aleksandra Kaniewska, 23.05.2013
"Nie poddamy się terroryzmowi. Zachowamy w tej tragedii jedność” – przekonuje premier Cameron, werbalizując tym samym swoje największe obawy

„Nie poddamy się terroryzmowi. Zachowamy w tej tragedii jedność” – przekonuje premier Cameron, werbalizując tym samym swoje największe obawy

Podczas wybuchów wulkanów czy trzęsień ziemi najpierw mamy do czynienia z głównym uderzeniem, potem nastaje cisza, a następnie – nigdy nie wiadomo, jak szybko – seria kolejnych wybuchów lub wstrząsów wtórnych. Podobnie jest z atakami terrorystycznymi. Ostatnie rytualne zabójstwo brytyjskiego żołnierza w londyńskiej dzielnicy Woolwich jest więc jak katastrofa naturalna – wszyscy czekają na to, co jeszcze się wydarzy.

Zaczęło się zwyczajnie. „Zginął żołnierz” – doniosły media elektroniczne w środowe popołudnie. Ile razy brytyjska opinia publiczna słyszała tę frazę? Pewnie tysiące. Sierra Leone, Irak, Afganistan, Mali – Brytyjskie Siły Zbrojne były i są zaangażowane w operacje wojskowe na całym świecie.

Tym razem jednak słowa „Zginął żołnierz” szybko zyskały nowy kontekst: w biały dzień, o drugiej po południu, na spokojnej ulicy południowo-wschodniego Londynu, ubrany po cywilnemu żołnierz został najpierw potrącony samochodem a później rozpłatany żywcem przy pomocy maczety. Jego oprawcy – dwójka czarnoskórych mężczyzn – wznosiła przy tym okrzyki „Allahu akbar” („Bóg jest wielki”) i domagała się, żeby przechodnie uwieczniali ich czyny na zdjęciach. Straszliwe fotografie i zapisy wideo – pokazujące zabójców z nożami w zakrwawionych rękach – szybko obiegły cały świat.

Śmierć śmierci nierówna, jak się zdaje. To, co stało się w środę na londyńskiej ulicy wykracza poza relacje z pola walki, do jakich przywykliśmy. Od środy w Wielkiej Brytanii narasta bowiem napięcie – realizacja Huntingtonowskiego paradygmatu „zderzenia cywilizacji”. I o to właśnie chodzi współczesnym terrorystom, niezależnie od tego, jaki cel czy ideę wspierają. O zastraszenie i skłócenie społeczności, które do tej pory – ku ich niezadowoleniu – żyły we względnej symbiozie.

Tak jak to było w dzielnicy Woolwich, postindustrialnej i raczej ubogiej części Londynu, która jest jednym z bardziej zróżnicowanych etnicznie części miasta. Office for National Statistics opisuje ją jako „multikulturową” – tylko 60 proc. mieszkańców urodziło się w Wielkiej Brytanii, a największą społecznością są migranci z Afryki. Znajdziemy tu więcej szarych bloków komunalnych niż wiktoriańskich domków z ogródkami. Muzułmańskie meczety sąsiadują z anglikańskimi i katolickimi kościółkami.

I to właśnie tutaj – między warzywniakiem, sklepami z tanią odzieżą i mięsem halal, londyńską normalność zaatakowała dwójka terrorystów – samotnych wilków. „Oko za oko, ząb za ząb” – powtarzał jeden z atakujących. Drugi krzyczał (z londyńskim akcentem): „Nigdy nie będziecie bezpieczni. Obalcie swój rząd, nie zależy mu na was“. Obaj chętnie rozmawiali z przechodniami.

„Nie poddamy się terroryzmowi. Zachowamy w tej tragedii jedność” – odpowiadał im David Cameron podczas wystąpienia na Downing Street. Zwerbalizował tym samym obawy wielu Brytyjczyków – o to, że największą ofiarą tych bestialskich ataków będą oni sami: biali i kolorowi, urodzeni na Wyspach i emigranci, klasa robotnicza i klasa średnia, chrześcijanie, muzułmanie i hinduiści. Kiedy jeden z zakrwawionych oprawców mówił kobiecie, która próbowała z nim pertraktować, że „chce zacząć wojnę w Londynie”, wyjawił jej prawdziwy motyw terrorystów.

I ta wojna – na razie wojna na słowa, nie na maczety – już się zaczęła. Mimo że odpowiedź organizacji muzułmańskich była szybka i klarowna (Julie Siddiqi z Islamic Society of Britain komentowała, że ataki nie mają nic wspólnego z „islamskimi przekonaniami“, podobnie mówiło wielu muzułmańskich przywódców religijnych), puszka Pandory została otwarta. Niedługo po atakach 100-osobowa grupa przedstawicieli English Defence League, skrajnie prawicowej antyislamskiej organizacji ulicznej, zaczęła swoją akcję „zbrojną”. Jej ofiarą padło kilka lokalnych meczetów, które obrabowano. Na londyńskich wydarzeniach polityczną pieczeń upiec postanowił także lider nacjonalistycznej BNP (Brytyjskiej Partii Narodowej) Nick Griffin, który już nazwał wypadki w Woolwich skutkiem „masowej imigracji“.

W niedawnym wywiadzie dla Instytutu Obywatelskiego prof. Thomas Hylland Eriksen, norweski antropolog społeczny i badacz ekstremizmów, ostrzegał, że znajdujemy się coraz bliżej paranoicznej fazy globalizacji. Antropolog podkreślał: „Jeśli populiści, religijni lub polityczni przejmą władzę nad dyskursem publicznym, większość ludzi poczuje się zakładnikami ekstremistów. Być może zostaną zmuszeni do stanięcia po jednej lub drugiej stronie barykady. Uproszczone zostaną bardzo skomplikowane problemy. Tak się stało w Ameryce po 11 września. Powstało społeczeństwo mniej ufne, szpiegowane, a nawet cenzurowane przez swój własny rząd”.

To, co jest największym wtórnym wstrząsem po rytualnym zabójstwie w Woolwich, jest zaufanie społeczne. A bronią gorszą od maczety stał się strach rozsiewany przy pomocy słów – słów zarówno islamskich, jak i prawicowych ekstremistów. To z nimi będą się musieli teraz zmierzyć Brytyjczycy: politycy, media, a przede wszystkim społeczeństwo.

*Aleksandra Kaniewska – analityk ds. polityki zagranicznej w Instytucie Obywatelskim, absolwentka Modern Japanese Studies na Uniwersytecie Oksfordzkim, publicystka