Newsletter

Barbarzyńca w schronisku

Anna Szybist, 22.05.2013
14 maja Krakowem i całą Polską wstrząsnęła informacja o makabrycznym odkryciu przy ul. Pawiej, gdzie prezeska fundacji „Ludzie Zwierzętom w Potrzebie” przetrzymywała w ciasnych klatkach 31 psów

14 maja Krakowem i całą Polską wstrząsnęła informacja o makabrycznym odkryciu przy ul. Pawiej, gdzie prezeska fundacji „Ludzie Zwierzętom w Potrzebie” przetrzymywała w ciasnych klatkach 31 psów. Pracownicy Krakowskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami wraz z policją natrafili tam również na rozkładające się zwłoki kilku psów i kotów.

Kobieta została zatrzymana, jest podejrzana o znęcanie się nad zwierzętami. W przeszłości została już ukarana grzywną za zaniedbywanie psów w schronisku w Kłaju. Zanim schronisko zostało zlikwidowane, psy spędziły tam wiele koszmarnych miesięcy w ciemnościach, przywiązane do klatek i kojców, brodząc we własnych odchodach. Do dziś KTOZ szuka domów dla niektórych z nich.

Sąd nie zakazał jednak wtedy pani prezes zajmowania się zwierzętami. Przeciwnie – mogła je legalnie, za zgodą kilku gmin, zbierać z ulic.

Podobnie jak po tamtej akcji w Kłaju, po niedawnej interwencji przy ul. Pawiej kłopot znów spadł na Krakowskie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami oraz schronisko przy ul. Rybnej. Nikt, kto na co dzień nie pracuje wśród zwierząt, nie jest sobie w stanie wyobrazić, co oznacza przyjęcie naraz kilkudziesięciu skrajnie zaniedbanych psów. I nikt taki nie ma pojęcia, jak długo będzie trwało szukanie dla nich odpowiedzialnych opiekunów.

Niewiele mówi się też o tym, że skutkiem postępowania wspomnianej kobiety jest nie tylko cierpienie zwierząt, ale także pogorszenie wizerunku organizacji prozwierzęcych w Polsce. Na forach internetowych natychmiast po ujawnieniu sprawy pojawiły się wpisy w duchu: „odebrać pieniądze tym wszystkim oszustom”. Odbudowanie wizerunku, który naruszyła jedna osoba, trwa znacznie dłużej niż jego tworzenie przez tysiące ludzi.

Kilka dni po wydarzeniu przy Pawiej krakowianie zebrali się – jak co roku od wielkiej powodzi w 2010 – przy Bulwarze Czerwieńskim, aby przejść wraz ze swymi czworonogami przygarniętymi z azylu pod pomnik psa Dżoka. Ten „Marsz Azylanta” Krakowskie Schronisko dla Bezdomnych Zwierząt organizuje w podziękowaniu dla mieszkańców miasta, którzy w czasie powodzi zabrali do domów kilkaset zagrożonych przez wielką wodę zwierzaków. Do schroniska wróciło wtedy tylko 200 z 600 psów i kotów. Pozostałe trafiły do domów krakowian.

W czasie marszu można było zarejestrować i zachipować psa (dzięki uchwale miejskich radnych, za takie pieski nie trzeba płacić podatku). Na scenie wystąpiły przedszkolaki, które od najmłodszych lat uczą się szacunku do zwierząt. Odbyły się też wybory psiego króla i królowej marszu. Nie ma nic odkrywczego w stwierdzeniu, że taka edukacja jest najskuteczniejszym narzędziem w walce o dobro zwierząt.

Mnóstwo szczęśliwych psiaków, flagi, kilkaset uśmiechniętych osób, a wśród nich – pani Krystyna z suczką Agą. Opowiedziała mi, jak 3 lata temu przyszła na pierwszy „Marsz Azylanta” i zobaczyła psinę, która miała chustkę z napisem „Szukam domu”. To była miłość od pierwszego wejrzenia, a ówczesna tymczasowa opiekunka Agi i pani Krystyna utrzymują kontakt do dziś.

Takie historie pozwalają wierzyć, że promowanie adopcji bezdomnych zwierząt ma sens. I choć pewnie co jakiś czas będziemy dowiadywać się o kolejnych barbarzyńcach pokroju pani z ulicy Pawiej, ludzie nadal będą pomagali fundacjom i stowarzyszeniom ratującym życie i zdrowie czworonogów.