Newsletter

Iran wybierze lepsze zło

Paulina Biernacka, 23.05.2013
Wybór nowego prezydenta Iranu nie zmieni prawie nic, bo i tak w tej islamskiej republice ostatnie słowo ma ajatollah

Wybór nowego prezydenta Iranu nie zmieni prawie nic, bo i tak w tej islamskiej republice ostatnie słowo ma ajatollah

14 czerwca 2013 roku w Iranie odbędą się wybory prezydenckie. Państwo to jest islamską teokracją, w której elementy demokracji łączą się z religijną dyktaturą. Dlatego też, mimo że prezydent wybierany jest przez społeczeństwo w wyborach powszechnych, bezpośrednich i równych (przynajmniej teoretycznie), jego rola nie jest szczególnie znacząca. Ostateczny głos w kluczowych sprawach państwa ma najwyższy przywódca religijny, który rządzi państwem dożywotnio.
Czy w tej sytuacji wybory w Iranie mają więc dla świata jakiekolwiek znaczenie?

To pytanie wydaje się być tym bardziej na miejscu, gdy przypomnimy sobie, że poprzednie wybory prezydenckie zostały przez społeczeństwo mocno oprotestowane i uznane za sfałszowane. Irańczycy masowo wyszli wtedy na ulice, krzycząc: Gdzie jest mój głos!?

Zastanawiając się nad rolą prezydenta w irańskiej teokracji, Suzanne Maloney z Saban Center for Middle East Policy porównała rządy dwóch ostatnich prezydentów, Mohammeda Chatamiego oraz Mohammeda Ahmedineżada. Okazało się, że różniły się one diametralnie, a ich odmienne podejście do różnych kwestii miało wpływ na sytuację wewnętrzną kraju oraz jego politykę zagraniczną.

Osiem lat władzy Chatamiego zapisało się w historii Iranu jako okres poprawy wizerunku kraju na arenie międzynarodowej. Chatami przyciągnął wielu zagranicznych inwestorów, ustabilizował gospodarkę oraz usprawnił handel ropą.

Ahmedineżad zasłynął natomiast ze specyficznej retoryki, która nastawiła cały zachodni świat przeciwko Iranowi. Prezydent ten znany jest głównie z kwestionowania istnienia Holokaustu, nawoływania do wymazania Izraela z mapy Bliskiego Wschodu oraz lekceważenia rezolucji ONZ dotyczących programu nuklearnego Iranu. Za Ahmedineżada Iran doczekał się najostrzejszych międzynarodowych sankcji ekonomicznych w historii republiki islamskiej. Natomiast jego nuklearna polityka może doprowadzić do kolejnej wojny w regionie.

Nowy prezydent Iranu przejmie władzę w sierpniu. Trudno przewidzieć rezultat wyborów, gdyż ciągle nie znamy ostatecznej listy kandydatów. Łatwo za to wskazać oczekiwania zarówno obywateli Iranu, jak i społeczności międzynarodowej wobec tego państwa po wyborach. Ahmedineżad dał się we znaki nie tylko przywódcom politycznym zachodniego świata, ale także rodakom. Irańczycy uważają, że kontrowersyjne wypowiedzi tego polityka oraz jego wrogie nastawienie do świata nie przyniosły krajowi nic dobrego.

Temat kwestionowania przez Ahmedineżada Holokaustu pojawił się już w wielu dyskusjach innych potencjalnych kandydatów na prezydenta, ostro krytykujących antysemityzm tego polityka. Twierdzą, że wobec Iranu zastosowano ostracyzm właśnie z tego powodu, a nie w reakcji na budowanie przez Iran broni atomowej.

Dlatego w analizach dotyczących wyborów różni eksperci typują zwycięstwo bardziej umiarkowanego kandydata. Również przywódca duchowy państwa Ali Chamenei oczekuje wygranej człowieka, któremu uda się choć odrobinę zasypać przepaść dzielącą obywateli państwa oraz jego przywództwo po wydarzeniach z 2009 roku, kiedy to krwawo stłumiono protesty uliczne.

W odróżnieniu od atmosfery z poprzednich wyborów, dziś na ulicach miast panuje marazm. Festiwalowy entuzjazm oraz nadzieja na zmiany, które pojawiły się w 2009 roku, zniknęły bezpowrotnie. Arabska Wiosna do Iranu nie dotarła. Irańczycy wciąż przeżywają traumę po stłamszeniu ich protestu przeciwko sfałszowaniu poprzednich wyborów. Wydają się być pogodzeni z myślą, że i tym razem ich głosy nie zostaną uczciwie policzone. Jak sami mówią, w tych wyborach muszą wybrać lepsze zło – czyli najmniej radykalnego polityka spośród wszystkich, których dopuści do kandydowania centralna komisja wyborcza.

Dlatego należy wykluczyć sytuację, w której Irańczycy doprowadzają do rewolucji w kraju. To scenariusz, którego bardzo często naiwnie oczekują Europejczycy, lubiący porównywać europejską Wiosnę Ludów z lat 1989-1991 do niedawnych przewrotów w krajach muzułmańskich.

Poza tym nawet wybór umiarkowanego polityka na prezydenta Iranu nie oznaczałby, że powyborczy Iran obierze kurs, jakiego oczekują od niego najwięksi wrogowie: Izrael i Stany Zjednoczone. Niezależnie od tego, czy prezydentem zostanie zaufany ajatollaha Chamenei, czy mniej radykalny polityk – program nuklearny najprawdopodobniej nie zostanie wstrzymany. Irańczycy mogliby jednak złagodzić ton i spróbować powalczyć o zniesienie międzynarodowych sankcji rujnujących gospodarkę państwa.

Nastawienie nowego prezydenta do państw należących do grupy tzw. państw P5 plus 1 (USA, Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec, Rosji i Chin), które prowadzą negocjacje w sprawie programu atomowego Iranu, może być również kluczowe dla podjęcia przez Izrael i USA ostatecznej decyzji o ataku uprzedzającym na instalacje nuklearne. Póki co, prezydent Barack Obama wciąż uważa, że jest jeszcze czas na dyplomatyczne rozwiązanie sporu.

Dużą nadzieję na poprawę sytuacji Iranu, a zwłaszcza jego relacji z Izraelem, daje kandydatura Haszemiego Rafsandżaniego (prezydenta Iranu z lat 1989-1997). Rafsandżani powiedział ostatnio, że Iran nie jest w stanie wojny z Izraelem, ale przyłączy się do takowej, jeśli Arabowie przeciwko państwu żydowskiemu ją zorganizują. Tyle że kandydat ten jest do tego stopnia niewygodny dla Alego Chamenei oraz skupionej wokół niego elity władzy, że najprawdopodobniej zostanie zdyskwalifikowany przez komisję wyborczą jeszcze przed wyborami.

Niezależnie od tego, kto zostanie kolejnym prezydentem Iranu, pewne jest, iż negocjacje z państwami P5 plus 1 oraz sankcje zmuszają Teheran do rozstrzygnięcia dylematu: pójść na ustępstwa i zrezygnować z ambicji atomowych czy wybrać jeszcze bardziej konfrontacyjny kurs niż dotychczas. Jeśli władze Iranu – czyli przede wszystkim Ali Chamenei – zdecydują się na drugą opcję, nowy prezydent państwa zostanie zapamiętany jako ten, który musiał zmierzyć się z największym w historii konfliktem na linii Waszyngton – Jerozolima – Teheran.

*Paulina Biernacka – wykładowca Collegium Civitas, doktorantka Instytutu Studiów Politycznych PAN