Newsletter

Partia – chłopiec do bicia

Tomasz Mincer, 22.05.2013
Zamiast narzekać na partie polityczne, lepiej wspierać ich profesjonalizację i demokratyzację

Strona 1

Zamiast narzekać na partie polityczne, lepiej wspierać ich profesjonalizację i demokratyzację

„[P]olskie partie polityczne nie są wewnętrznie demokratyczne” – powiedział Ryszard Kalisz. Gdy tak stanowcze słowa padają z ust wytrawnego polityka lewicy, warto pochylić się nad tą diagnozą.

Były poseł SLD ma bogate doświadczenie partyjne. Był członkiem PZPR i SdRP. Należał do założycieli SLD, został także wybrany do zarządu krajowego tej partii. Podsumowując, Ryszard Kalisz to współtwórca jednej z ważniejszych polskich partii politycznych odrodzonej Rzeczypospolitej. Obecnie kieruje nowo powołanym stowarzyszeniem, zachowuje mandat posła i nie skrywa ambicji politycznych. Mówi się o jego kandydowaniu w wyborach na prezydenta Warszawy. Etykietka bezpartyjnego może być więc dla niego użyteczna.

Gwarancja demokracji

Wypowiedzi Ryszarda Kalisza dezawuujące partie nie dziwią, choć szkoda, że w pewnym sensie podważa nimi swój niewątpliwie bogaty parlamentarny dorobek. Wystarczy jednak przywołać regularnie publikowane badania opinii publicznej dotyczące oceny pracy parlamentarzystów przez rodaków, by zrozumieć, dlaczego wyrzucony niedawno z SLD poseł gra na populistyczną nutę.

Choć w ciągu ostatniego miesiąca wzrósł odsetek badanych, którzy pozytywnie oceniają prace polskiego parlamentu, Polki i Polacy w przeważającej części za posłami i senatorami raczej nie przepadają. Mówiąc wprost, 71 proc. badanych źle ocenia pracę izby niższej, zaś 55 proc. – Senatu (CBOS).

Czy jednak Kalisza krytyka życia partyjnego jest przez to trafniejsza, czy raczej płynie z prądem społecznych nastrojów? Szkoda, że Ryszard Kalisz, który obecnie tak zdecydowanie wyraża chęć walki o zmianę systemu politycznego, nie uwzględnia w swej ocenie ostatniego pomysłu partii rządzącej. A pomysł ten mógłby w cywilizowany sposób „ubogacić” nasze partyjne życie i przenieść je do świata polityki w wersji 2.0.

Chodzi oczywiście o dyskutowany postulat wyboru przewodniczącego PO. Ale elekcja miałaby się dokonać w wyborach powszechnych, obejmujących wszystkich czynnych członków partii. Mielibyśmy więc ambitną powtórkę z prawyborów na kandydata na prezydenta z 2010 roku, kiedy naprzeciwko siebie stanęli Radosław Sikorski i Bronisław Komorowski. Byłoby to istotne novum, które nie mogłoby przejść bez echa w pozostałych ugrupowaniach politycznych. A być może przyczyniłoby się do ich większej demokratyzacji. Oczywiście, gdyby tylko ich liderzy postanowili pójść za ciosem i skorzystać z doświadczeń PO…

Jeśli zatem Ryszard Kalisz w swej krytyce chce być konsekwentny, powinien raczej tępić wodzowskie tendencje tam, gdzie te faktycznie występują. Kilka przykładów: w największej partii opozycyjnej kandydat na przewodniczącego jest z reguły jeden i ten sam od lat. Najwyższa władza w partii, zgodnie ze statutem PiS, należy do jej prezesa. Dyskusyjny jest art. 39 statutu PiS dotyczący wykluczenia z partii jej członka.

Najgorsze jednak jest to, że Kalisz – bez wątpienia demokrata z przekonania – zdaje się zapominać, skąd partie, niechby jako zło konieczne, czerpią rację bytu. Otóż był taki czas w naszej historii, gdy polskie państwo odzyskawszy niepodległość zmagało się z wadami demokratycznego ustroju. Niedostatki silnej, sprawnej władzy w trudnej sytuacji międzynarodowej i wewnętrznej po 123 latach zaborów oraz parlamentarne przepychanki podważały autorytet Sejmu.

Co było potem, wszyscy wiemy. Jak pisał Stanisław „Cat” Mackiewicz o konsekwencjach zamachu majowego, „(…) silna władza została stworzona w ten sposób, że zostały rozbite wszystkie partie, że autorytet partii, czyli istotnej sprężyny rządów w parlamentarno-republikańskim ustroju (…) został rzucony w błoto” (Stanisław Mackiewicz, „Kropki nad i. Dziś i jutro.”, Universitas, Kraków 2012, s. 214).

I choć ten znakomity publicysta konserwatywny swe tezy głosił nie bez sympatii dla sprawnych rządów silnej ręki, blisko 10 lat po napisaniu tychże słów sam wylądował w Berezie Kartuskiej. Oczywiście za opozycyjny wobec sanacji stosunek, którą wcześniej wspierał, będąc posłem z ramienia prorządowego BBWR.