Newsletter

Nowy etap walki z kryzysem

Jan Gmurczyk, 20.05.2013
Europejska strategia walki z kryzysem zaczyna ewoluować

Strona 1

Europejska strategia walki z kryzysem zaczyna ewoluować. Zaufanie do strefy euro mniej więcej się ustabilizowało, a decydenci dostrzegli, że można już zacząć ostrożnie myśleć o poluzowaniu gorsetu oszczędności budżetowych i odważniejszej polityce prowzrostowej

W ostatnich miesiącach do Europy zawitał ostrożny optymizm. Działania podjęte na szczeblu unijnym w 2012 roku pozwoliły uciec strefie euro znad krawędzi rozpadu. Nakreśliły przy okazji kierunek reform, które pomogą zmniejszyć ryzyko powtórzenia się kryzysu. Niedługo potem pojawiły się doniesienia o stopniowej stabilizacji europejskiej gospodarki. Zmęczony złą koniunkturą kontynent złapał drugi oddech i zaczął odliczać czas do prognozowanego na drugą połowę 2013 roku ożywienia.

Na wiosnę tę pełną nadziei atmosferę zmąciły kłopoty Cypru. Śródziemnomorską wyspę udało się jednak objąć programem pomocowym, a do Nikozji trafiła już pierwsza transza gotówki. Wiele uwagi przykuły co prawda szczegóły programu ratunkowego, zwłaszcza pomysł zastosowania niecodziennego podatku od depozytów powyżej 100 tys. euro, ale widmo bankructwa Cypru zostało usunięte.

Równolegle w ostatnich dniach pojawiły się sygnały, że europejska strategia walki z kryzysem zaczyna ewoluować. José Manuel Barroso, przewodniczący Komisji Europejskiej, stwierdził pod koniec kwietnia, że polityka oszczędności osiągnęła swoje granice i nie ma już dostatecznego poparcia społecznego. Z kolei Pierre Moscovici, francuski minister finansów, ogłosił z początkiem maja koniec ery zaciskania pasa. Nawet strona niemiecka zaczyna pomału dopuszczać do myśli pewne elementy „elastyczności w cięciu deficytu”.

Najgorsze za nami?

Czy to wszystko oznacza, że w walce z kryzysem Europa wychodzi powoli na prostą i najgorsze już za nami? W pewnym sensie tak, choć europejska gospodarka z pewnością nie wpłynęła jeszcze na bezpieczne wody. Komisja Europejska niedawno obcięła prognozy wzrostu gospodarczego dla UE i strefy euro na bieżący i przyszły rok. Opublikowane 15 maja dane o wzroście gospodarczym za pierwszy kwartał 2013 roku okazały się stosunkowo słabe i potwierdziły, że recesja nie opuściła jeszcze unijnych progów.

W tym miejscu niejeden zwolennik państwowej stymulacji gospodarki zakrzyknie triumfalnie, że drogą do wyjścia z kryzysu nie jest zaciskanie pasa, lecz jego luzowanie, co unijni politycy nareszcie zaczęli rozumieć. Wydaje mi się przy tym, że wielu komentatorów nie dostrzega celu, w jakim „surowa” polityka dyscypliny fiskalnej w Europie została wprowadzona.

Przede wszystkim nieporozumieniem jest opinia, jakoby polityka ta zmierzała do pobudzenia wzrostu. Cięcia budżetowe nie służą koniunkturze i jest to elementarne twierdzenie, które można wyczytać z podręczników ekonomii już od co najmniej kilku pokoleń. Nie, Unia Europejska nie zdecydowała się na zaciskanie pasa dla poprawy bieżących wskaźników PKB i bezrobocia.

Pewnie niektórym ekspertom nie mieści się w głowie, że może być jeszcze jakiś wyższy priorytet polityki gospodarczej niż otoczony w zachodniej kulturze niemal nabożną świętością wzrost gospodarczy. A jednak perypetie strefy euro dowodzą, że taki priorytet istnieje. To walka o przetrwanie.

Przez lata wiele państw europejskich zakumulowało tak duży stos długów, że w kryzysie nie było już miejsca na stymulację koniunktury. (Nawiasem mówiąc, jeśli ktoś poważnie traktuje politykę pobudzania koniunktury deficytem budżetowym w latach kryzysu, powinien z równym zapałem zalecać także solidne nadwyżki w okresach boomu). Mało tego, niektóre kraje stanęły na bardzo kruchej krawędzi bankructwa. Krach finansów publicznych rozpętałby kryzys przez duże „K”, więc zaciskanie pasa i odzyskanie wiarygodności w oczach rynków finansowych urosło w europejskich stolicach do rangi najpilniejszego zadania – nawet za cenę spowolnienia dynamiki PKB i wzrostu bezrobocia.