Newsletter

Włochy na nowym kursie?

Giampiero Gramaglia, 16.05.2013
Włoski konserwatyzm nie odnosi się do jakichś wartości, lecz przywilejów

Włoski konserwatyzm nie odnosi się do jakichś wartości, lecz przywilejów. Największy z nich polega na tym, że wielu Włochów nie płaci podatków. Liczna grupa obywateli opowie się za każdym wariantem systemu społecznego, byle tylko ten przywilej nie zniknął – mówi Giampiero Gramaglia w rozmowie z Janem Gmurczykiem

Jan Gmurczyk: Sytuacja polityczna we Włoszech cieszy się dużym zainteresowaniem. W lutym odbyły się wybory, w wyniku których do parlamentu dostało się łącznie dziesięć ugrupowań, w tym wzbudzający wiele sensacji Ruch Pięciu Gwiazd komika Beppe Grillo. Żadna partia polityczna nie zyskała przy tym bezwzględnej większości, a wyłonienie rządu okazało się nie lada dylematem. Impas dobiegł kresu wraz z końcem kwietnia, gdy zaprzysiężony został nowy koalicyjny rząd włoski, na którego czele stanął premier Enrico Letta. Dokąd zmierzają dziś Włochy?

Giampiero Gramaglia: Nawet jeśli sukces Beppe Grillo przykuł wiele uwagi, to tak naprawdę za prawdziwego zwycięzcę ostatnich wyborów – a już w szczególności za zwycięzcę powyborczych negocjacji politycznych – należy uznać Silvio Berlusconiego oraz jego formację. Jeszcze pod koniec ubiegłego roku wydawało się, że ten gracz zniknął na dobre ze sceny politycznej, a tymczasem udało się mu wrócić i osiągnąć solidny wynik w wyborach. Zajął drugie miejsce zaraz po Partii Demokratycznej, po czym przypadł mu złoty udział we włoskim rządzie.

Jednocześnie warto zauważyć, że w społeczeństwie tli się mocny sprzeciw wobec tradycyjnych partii politycznych i ich liderów. Ten sprzeciw ma przy tym pozytywny wymiar wołania o zmianę i tu właśnie pojawia się inicjatywa Beppe Grillo.

Z drugiej strony istnieje także silny, konserwatywny głos na rzecz Berlusconiego. Konserwatyzm nie odnosi się jednak w tym przypadku do jakichś wartości, lecz przywilejów. Największy z nich polega na tym, że wielu Włochów nie płaci swoich podatków. Liczna grupa obywateli opowie się za każdym wariantem systemu społecznego, byle tylko ten przywilej nie zniknął.

A czy ostatnie wybory nie pokazały przypadkiem, że Włosi są rozczarowani Unią Europejską?

Poparcie dla integracji europejskiej jest faktycznie dużo mniejsze w porównaniu z minionymi latami. Taki stan rzeczy nie dziwi, jeśli zważyć niską skuteczność strategii antykryzysowej, jaką proponuje i stosuje UE. Ale to nie jest coś, co można uznać za fenomen typowo włoski. Rozczarowanie Unią widzimy przecież także w Hiszpanii, Grecji, Holandii, Belgii czy Niemczech – o Wielkiej Brytanii już nie wspominając. Wiele się może jednak zmienić w postrzeganiu Unii, jeśli z Brukseli wyjdzie silny, pozytywny impuls do działania.

Jeden z problemów sprowadza się przy tym do tego, że część włoskiej klasy politycznej działa na szkodę Europy, obwiniając ją o własne zaniechania. Traktowanie Unii Europejskiej jako kozła ofiarnego, którego można za wszystko winić, przyczynia się do braku poparcia dla integracji europejskiej.

Jak duży jest zasięg eurosceptycyzmu?

Są tacy, którzy nawołują do opuszczenia strefy euro, czy w ogóle UE. Ale gdy się spojrzy w sondaże, to mniej niż 10 proc. Włochów naprawdę chce porzucić wspólną walutę, a mniej niż 2-3 proc. opowiada się za wyjściem z Unii Europejskiej. To wszystko wąska mniejszość obywateli.

Włochy są czwartą pod względem wielkości gospodarką unijną i zarazem jednym z sześciu krajów, które w latach 50-tych XX wieku kładły podwaliny pod dzisiejszą Unię Europejską. Tymczasem dziś w kontekście walki z kryzysem i dyskusji o przyszłości Europy uwaga wszystkich pada przede wszystkim na Brukselę, Berlin i Paryż. Nikt nie mówi, że „potrzeba szukać koalicji z Włochami” albo że „ten projekt wyszedł z Rzymu”. Na europejskiej arenie Włochy są w dużej mierze nieobecne.

To prawda. Kto się przejmuje obecnie Włochami? Kto bierze je na poważnie? Zaznaczmy od razu, że jest to problem włoski, a nie zmartwienie dla innych państw. Jeśli – dajmy na to – polski rząd szuka poparcia w Radzie Europejskiej dla swoich pomysłów, to nie jedzie w pierwszej kolejności do Rzymu. Najpierw odwiedzi Berlin, Paryż i Madryt.

Dlaczego tak się dzieje?

W świadomości europejskich polityków nadal istnieje przekonanie, że jak pojawi się inicjatywa europejska, to Włosi ją poprą. Nie trzeba zabiegać o ich przychylność, bo na pewno powiedzą „tak”. Jeśli się nie mylę, w całej historii integracji tylko raz się zdarzyło, że Włochy sprzeciwiły się decyzji Rady. Co ciekawe, miało to miejsce niedawno, w odniesieniu do projektu europejskiego patentu. Przy czym Włosi – wraz z Hiszpanami – podnieśli protest z powodów językowych. Powiedziałbym zatem, że chodziło o sprawę natury kulturowej, a nie kwestie związane z gospodarką.

Przez lata Rzym był stroną uzgodnień podejmowanych przez innych. Niemniej, od listopada 2011 roku do listopada 2012 roku udało się wrócić do modelu, w którym Włochy wykuwały porozumienie wspólnie z Niemcami i Francją. Premier Mario Monti potrafił być częścią tej „trójstronnej lokomotywy Europy”, głównie dzięki cechom osobistym.

Enrico Letta przypomina trochę młodszego Montiego, ale jeszcze się okaże, czy potrafi nawiązywać relacje z innymi. Wiem, że próbuje. Chce odwiedzić Warszawę, zadbać o dobre stosunki z polskim rządem. Polska może być dobrym partnerem dla Włoch, Hiszpanii i Francji w kontekście udoskonalenia europejskiej strategii antykryzysowej, o ile kanclerz Angela Merkel po wyborach w Niemczech będzie na to bardziej otwarta niż teraz.

Zatrzymajmy się przy kryzysie. Włochy toną w problemach. Ich PKB skurczył się w ubiegłym roku o 2,4 proc., a recesja nadal trwa w najlepsze. Dług publiczny ciągle rośnie i zbliża się już do 130 proc. PKB. Powszechnie słychać, że włoska gospodarka jest niewydolna. Czy obecna sytuacja polityczna stwarza warunki do zreformowania kraju?

Raczej nie. Przede wszystkim Włosi nie są przekonani, że potrzebują reform. Częściowe zmiany wprowadził gabinet premiera Mario Montiego. Mimo że był to rząd techniczny i można się było spodziewać po nim dobrych wyników, popełniono pewne proste, trudne do zrozumienia i zaakceptowania błędy. W tych warunkach zaufanie do reform jeszcze spadło. Zmian wymaga przy tym nie sama idea obowiązującego systemu społecznego, lecz usunięcie jego niewydolności i toczącej go korupcji. Jeśli nie rozwiąże się w pierwszym rzędzie tych problemów, to reformy niewiele wniosą.

Skoro w takim razie na zmiany się nie zanosi, to czy Włochy podzielą los innych krajów południa i poproszą o pomoc zagraniczną?

Rzym o taką pomoc nigdy nie wnioskował. Wręcz przeciwnie, Włochy do tej pory współfinansowały każdy europejski program pożyczkowy dla gospodarek pogrążonych w kłopotach. Rząd Montiego był w tej sprawie jasny – Włochy nie potrzebują wsparcia. Enrico Letta na ten temat się jeszcze nie wypowiadał, ale myślę, że też nie będzie chciał prosić o pomoc.

*Giampiero Gramaglia – dyrektor portalu informacyjnego EurActiv Italia, doradca ds. komunikacji w Instytucie Spraw Międzynarodowych w Rzymie (Istituto Affari Internazionali).