Newsletter

Emigracyjny gorący ziemniak

Aleksandra Kaniewska, 15.05.2013
Uderzyć w migrantów, żeby zdobyć poparcie Brytyjczyków i wygrać wybory? Torysi, nie tędy droga

Uderzyć w migrantów, żeby zdobyć poparcie Brytyjczyków i wygrać wybory? Torysi, nie tędy droga

Studio bułgarskiej telewizji publicznej. Na jednej sofie siedzi lider skrajnej prawicy (i zarazem triumfator ostatnich wyborów samorządowych na Wyspach), Nigel Farage. Na drugiej znana w Bułgarii dziennikarka, Lora Krumova. Zaczyna ostro: „Czy to prawda, że Wielka Brytania historycznie zdobyła swoją pozycję grabiąc bogactwo innych? Kolonizując i używając taniej siły roboczej?”. Zdziwiony Farage nie zdąża odpowiedzieć, a Krumova dociska dalej: „Może Pan nam powiedzieć, jakie jest pochodzenie Pana nazwiska: Farage?”. Lider UKiP odpowiada uśmiechnięty, że jego przodkowie byli uciskanymi protestantami z Francji, którzy znaleźli schronienie w liberalnej religijnie Anglii. „Widzi Pan, imigranci!” – komentuje z zadowoleniem dziennikarka. Po czym zadaje Farage’owi ostatni cios sugerując, że kobiety na Wyspach dawno już miałyby wąsy, gdyby nie imigranci razem ze swoim genetycznym zróżnicowaniem. „W innym wypadku musielibyście żenić się z własnymi kuzynami!”. Wygadany zazwyczaj polityk otwiera tylko usta ze zdziwienia.

Płacić mało, dostać małpę

W wojnie retorycznej, jaka ostatnimi czasy przetacza się przez targaną kryzysowymi rozterkami Wielką Brytanię, słowo „emigracja” odmieniane jest przez wiele przypadków. Najczęściej debatach prym wiodą politycy skrajnych ugrupowań: nacjonalistycznej BNP (Brytyjska Partia Narodowa) oraz antyeuropejskiego UKiP (United Kingdom Independence Party, Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa). Obie partie oskarżają imigrantów o zajmowanie miejsc pracy i obciążanie brytyjskiego systemu opiekuńczego. Świeży skandal wzbudziła niedawna kampania samorządowa BNP w hrabstwie Kumbria, w której wykorzystano  ulotki porównujące Polaków do małp. Kontekst? Nacjonalistyczni politycy stwierdzili, że przed wyborami laburzyści do dystrybucji swoich ulotek wykorzystali polskich emigrantów, którzy zgodzili się pracować za głodowe stawki. Jedna z lokalnych radnych zaniosła ulotki na policję. Jak tłumaczą się politycy tej partii? Simon Darby, rzecznik BNP, stwierdził w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”, że graficzna oprawa kampanii jest tylko odwołaniem do starego angielskiego przysłowia: „Płacisz grosze, zatrudniasz małpy” („You pay peanuts, you get monkeys”).

Polski Dywizjon 303

Przypomniało mi się od razu, jak w 2009 roku ten sam Darby tłumaczył mi się z wykorzystania przez BNP w antypolskiej kampanii symbolu polskiego samolotu z Dywizjonu 303, który bronił Londynu przed Luftwaffe. Na moją sugestię, że Polacy na Wyspach ciężko pracują i płacą podatki, postanowił mnie ostrzec: – „Sami uważajcie na Murzynów i Chińczyków. Oni też kiedyś zaczną zabierać wam pracę, tak jak wy ją nam zabieracie”. Wydawało się wtedy, że głosowanie na BNP czy UKiP to obciach. Tym większe było zdziwienie mediów i polityków największych partii, kiedy w lipcu 2009 r. dwóch posłów z ramienia BNP – jej lider Nick Griffin oraz Andrew Brons – dostało się do Parlamentu Europejskiego. –„To smutny dzień dla brytyjskiej polityki“ – komentowali zarówno laburzyści jak i torysi.

Rok 2009 wydaje się dziś odległy. Nic bardziej mylnego. Wprawdzie cztery lata temu w politycznych opałach znajdowała się Partia Pracy na czele z premierem Gordonem Brownem, ale w mediach rządziła ta sama retoryka co dzisiaj: kryzys, recesja, kurcząca się gospodarka, rosnące bezrobocie, brak pomysłów rządu na wyjście z impasu (wymieszane z doniesieniami o śmierci celebrytki Jane Goody czy pandemii świńskiej grypy). Jednak to także we wrześniu 2009 r. największy prawicowy tabloid na Wyspach, „The Sun”, ogłosił, że po latach wspierania laburzystów ma dosyć i przekazuje swoje poparcie w przyszłorocznych wyborach dla torysów. Tym samych, którym dzisiaj i opinia publiczna, i eksperci, wieszczą na 2015 r. porażkę przy urnach.

Dziadek z Węgier

„Cameron w kleszczach” – tak można więc podsumować obecną pozycję brytyjskiego premiera. Z jednej strony ciśnie wiodąca w sondażach, choć też mocno „zmęczona”, a na pewno mało inspirująca (głównie dzięki niespecjalnie charyzmatycznemu przywódcy, Edowi Milibandowi) Partia Pracy. Z drugiej strony premiera podgryza najbardziej konserwatywne skrzydło wewnątrz własnej partii. A także, oczywiście, ekscentryczny Nigel Farage. Jego UKiP w ostatnich wyborach samorządowych na samym tylko straszeniu Brytyjczyków immigrantami z Rumunii i Bułgarii ugrał trzecie miejsce – zdobywając 23 proc. głosów w skali całego kraju i aż 144 mandatów radnych hrabstw (cztery lata wcześniej UKiPmiał zaledwie 9 miejsc!). Niektórzy z kandydatów tej partii nie prowadzili nawet kampanii wyborczej, ani nie pojawili się przy urnach w dniu wyborów!

Jak więc premier ma umocnić pozycję lidera własnej partii i przekonać opinię publiczną, że partia rządząca jest na właściwym kursie? Przepis brytyjskich spindoktorów zdaje się być prosty: ekonomia i imigracja. Pierwszy wątek nie jest niestety pochodną polityki życzeniowej ministra finansów George Osborne’a, ale wypadkową sytuacji w całej Europie, a nawet na świecie. Dlatego doradcy Camerona uznali, że powinien postawić na drugą kwestię, czyli zaostrzenie retoryki migracyjnej. Nic dziwnego. Obudzony w środku nocy, prawie każdy Brytyjczyk przyzna, że to problem. W sondażu z ubiegłego miesiąca, przygotowanym na zlecenie byłego skarbnika konserwatystów Lorda Ashcrofta, aż 54 proc. badanych stwierdziło, że imigracja nie przysporzyła Brytanii żadnych korzyści. A prawie wszyscy przyznali, że jej skala jest zbyt wysoka. Według Ashcrofta, liczba migrantów to najczęściej poruszany przez wyborców problem. Jeden z polityków lokalnych opowiadał nawet o spotkaniu z urodzonym na Wyspach mężczyzną, który twierdził uparcie, że jego pochodzącego z Węgier dziadka powinno się było już dawno odesłać do ojczyzny.

Gorący ziemniak wyborczy

To dlatego przemówienie królowej Elżbiety II na otwarcie sesji parlamentu zawierało w tym roku założenia nowej, twardej polityki dotyczącej przyjezdnych z innych krajów. Według nich krótkoterminowi migranci nie będą mieć dostępu do darmowej opieki medycznej i zasiłków, trudniej będzie im wynająć mieszkanie czy uzyskać brytyjskie prawo jazdy. Nowe prawo umożliwi też łatwiejszą deportację zagranicznych przestępców. „Wielka Brytania ma przyciągać ludzi, którzy wspierają jej rozwój, a nie tych, którzy nic nie robią” – powiedziała królowa.

Wiadomo jednak, że premier David Cameron nie może pozwolić sobie na śpiewanie unisono z Farage’m i Griffinem. Wciąż jeszcze jest u władzy razem z proeuropejskimi Liberalnymi Demokratami. Dodatkowo, co podkreślają eksperci „The Economist”, emigranci to słabe mięso armatnie, a na retorycznej walce z nimi nie wygra się wyborów – ani europejskich w 2014, ani tych najważniejszych dla przyszłości Camerona i jego partii – wyborów parlamentarnych w 2015 roku. Tym bardziej, że migranci, w większości drugie pokolenie postkolonialnych uchodźców, prawie nigdy nie głosują na torysów. Zdaje się więc, że temat imigracji będzie powracał w brytyjskich debatach medialnych, skeczach komików oraz podczas bezsennych nocy polityków prawicy. Jak przysłowiowy „hot potato”. Ciekawe tylko, kto tym emigracyjnym ziemniakiem sparzy się najbardziej?

*Aleksandra Kaniewska – analityk polityczny ds. Wielkiej Brytanii w Instytucie Obywatelskim, publicystka