Newsletter

Czy stać nas na euro?

Jan Gmurczyk, 03.06.2013
Czy euro wywołuje drożyznę? Nie, to mit. Najwyższy czas go rozwiać

Czy euro wywołuje drożyznę? Nie, to mit. Najwyższy czas go rozwiać

Większości Polaków niespieszno dziś do Eurolandu. Obawy związane ze wspólną walutą przyćmiewają oczekiwane z jej przyjęcia zyski. „Monitor opinii publicznej” Ministerstwa Finansów z grudnia 2012 roku podaje, że w kontekście zmiany waluty najbardziej boimy się wzrostu cen. Na drugim miejscu pojawia się lęk przed pogorszeniem naszej sytuacji finansowej, a na trzecim niepokój o zwiększenie biedy i nierówności społecznych. Te zmartwienia zapewne też łączą się z obawami o wyższe ceny. Wszak drożyzna to mniejszy dobrobyt zarówno indywidualny, jak i społeczny.

Na tym tle inne troski związane z euro schodzą na daleki plan. Znikome znaczenie ma teza eurosceptycznych polityków, że wspólna waluta zaszkodzi tożsamości narodowej. Jeszcze mniejszą wagę obywatele przywiązują  do obaw niektórych ekonomistów, że w eurolandzie utracimy kontrolę nad polityką gospodarczą.

Wniosek? Polacy na euro patrzą pragmatycznie, tj. przez pryzmat własnego portfela. Wielkie idee, retoryka odjeżdżającego pociągu czy zawiłe wywody ekspertów przemawiają do nich dużo słabiej. Zresztą, obawy o wzrost cen są silne w każdym kraju, który planuje przyjęcie euro. Większość ludzi nie lubi ryzyka. Jeśli coś może nas zubożyć, wolimy tego unikać. Wyznając tę ogólną zasadę, Polacy odrzucają wspólną walutę, zwłaszcza że dla wielu stała się ona ostatnimi laty synonimem kryzysu.

Czy jednak euro faktycznie wywołuje drożyznę? Nie, to mit i warto go rozwiać. Zapewne niejeden Polak martwi się, że po przyjęciu wspólnej waluty „płace byłyby jak na Wschodzie, a ceny jak na Zachodzie”. Odrzućmy tę obawę. Płace i ceny zostałyby przeliczone ze złotówek na euro po obowiązującym wtedy kursie. Odległość z Gdańska do Krakowa jest identyczna niezależnie od tego, czy podajemy ją w kilometrach, jardach czy milach. Podobnie jest z przeliczeniem waluty: to tylko zmiana pewnej umownej jednostki, w której wyrażamy płace i ceny.

W zasadzie jedyny czynnik, który może odbić się na cenach, to ich zaokrąglanie po przeliczeniu ze starej waluty na nową. Przykładowo, jeśli w Polsce kurs wymiany zostałby ustalony na poziomie 4 złotych za euro, to po zmianie waluty bochenek chleba w cenie 2,5 zł powinien kosztować 0,625 euro. Tyle że moneta o najmniejszym nominale w strefie euro to 1 eurocent, więc ze względów praktycznych i zgodnie z regułami matematyki nowa cena zostałaby zaokrąglona do 0,63 euro (63 eurocentów). Dodajmy przy tym, że wiele firm chętnie stosuje tzw. atrakcyjne końcówki cen: zero, pięć i dziewięć. Jeśli lubiłby je także sprzedawca chleba, to pewnie w tym przypadku zaokrągliłby nową cenę do 65 eurocentów.

Oczywiście, dla niejednego sklepu zmiana waluty mogłaby być pretekstem do zaokrąglania cen z nadmierną nawiązką. Nadużyciom można jednak skutecznie zapobiegać, ogłaszając nakaz podawania podwójnych cen, np. przez pół roku po wprowadzeniu euro. Dzięki temu byłoby wiadomo, ile kosztują towary zarówno w nowej walucie, jak i w starej. Zawęża to pole do oszustw i daje czas na oswojenie się ze zmianami. Ważne są też kontrole prawidłowości przeliczania cen, akcje informacyjne czy zachęcanie przedsiębiorców do stosowania kodeksów etycznych.

Wpływ zaokrągleń na ceny może być szczególnie widoczny w przypadku artykułów spożywczych, przy czym mowa tu, mimo wszystko, o niewielkich zmianach. Doświadczenia państw Eurolandu sugerują, że dla Polaka, który na żywność wydaje 500 zł miesięcznie, przyjęcie euro mogłoby oznaczać wzrost wydatków rzędu 2-3 zł. Z drugiej strony niewykluczone, że towary z innych grup nieco by staniały, niwelując ten – i tak dość drobny – ubytek w portfelu.

O tym, że w ostatecznym rozrachunku wpływ euro na ceny jest znikomy, najlepiej świadczą statystyki inflacji, czyli wskaźniki zmian cen. Łatwo dostępne w internecie dane Eurostatu dowodzą, że w krajach, które wprowadziły euro w 2002 roku, nie zaobserwowano eksplozji inflacji. W Eurolandzie w całym okresie lat 2000-2007 jej tempo było bardzo stabilne i nie przekraczało 2,5 proc. rocznie. Dla porównania, NBP stara się, aby inflacja nie przewyższała w Polsce pułapu 3,5 proc.

Pewnie zaraz ktoś spyta: Skoro euro nie podnosi cen, to dlaczego tak dużo się o tym mówi? Przede wszystkim obowiązek podawania podwójnych cen w 2002 roku wprowadził tylko co trzeci kraj nowo utworzonej strefy euro. Tam, gdzie tego nie zrobiono, sprzedawcom łatwiej było nieuczciwie zaokrąglać ceny. Państwa przyjmujące euro w późniejszych latach wyciągnęły wnioski z tej lekcji i wszystkie nakazywały już podawać ceny podwójnie.

Co więcej, w połowie 2000 roku szybko zaczęły drożeć żywność, alkohol i tytoń. Banknoty i monety euro weszły do obiegu akurat wtedy, gdy ludzie zaczęli odczuwać wzrost cen tych towarów. Tyle że nowa waluta nie miała z tym nic wspólnego, bo trend wzrostowy zaczął się na ponad rok przed jej wprowadzeniem. Mimo to wiele osób droższe zakupy odruchowo skojarzyło właśnie z euro.

Dodajmy, że w pamięć silniej zapadają zdarzenia przykre niż miłe. Czasem wystarczy, by w wyniku słabych zbiorów pszenicy zdrożały chleb i mąka, a już pojawia się wrażenie szalejącej w kraju drożyzny. I to nawet wtedy, gdy inne ceny są stałe lub wręcz spadają.

Opinie o „drogim euro” mogły przy tym być podsycane przeliczaniem w pamięci cen z nowej waluty na starą po przybliżonym, a nie oficjalnym, kursie. Takie obliczenia są wygodne, ale nie do końca dokładne. W momencie zmiany waluty mogą stwarzać wrażenie wzrostu cen o dobre kilka procent.

Wspomniane czynniki uformowały w świadomości mieszkańców Eurolandu przekonanie, że ceny rosły szybciej, niż to było naprawdę. W  ten sposób powstał mit o drożyźnie, który w statystykach objawił się zaskakująco dużą różnicą między inflacją postrzeganą (subiektywną) a inflacją rzeczywistą (obiektywną). Innymi słowy, odczucia ludzi na temat ewolucji cen po zmianie waluty nieraz daleko odbiegały od faktów. Samo przyjęcie euro nie wpływa na ceny, a jeśli już – to symbolicznie.

*Jan Gmurczyk – ekonomista, analityk Instytutu Obywatelskiego