Newsletter

Niemcy znowu podzielone

Weronika Przecherska, 13.05.2013
W dobie finansowej depresji i społecznego rozgoryczenia postulat niwelowania społecznych nierówności jest szczególnie nośny. Wszystko wskazuje jednak na to, że niemieckiej lewicy do zwycięstwa nie poniesie

„Rok wyborczy rozpoczął się, niezwykle cicho jest jednak o kwestiach decydujących dla naszej przyszłości. Zamiast tego media i społeczeństwo napawają się personalnymi turbulencjami w FDP lub  rzekomymi gafami kandydata SPD na kanclerza. Tuż obok istnieje poważny problem niemieckiej demokracji: rosnące społeczne nierówności” – pisał w styczniu na łamach „Die Zeit” niemiecki historyk Hans-Ulrich Wehler, autor opublikowanej ostatnio książki „Nowa redystrybucja. Społeczne nierówności w Niemczech”. I jakby na życzenie historyka, o społecznych dysproporcjach zrobiło się w Niemczech tuż na początku kampanii wyborczej wyjątkowo głośno.

Niemiec Niemcowi nie równy

Nie ma co ukrywać, że obiecywany przez ojca cudów gospodarczych Ludwiga Erharda „dobrobyt dla wszystkich” nie stał się udziałem naszych zachodnich sąsiadów. Dane są w tej kwestii bezlitosne – RFN to kraj coraz większych społecznych podziałów. W ciągu ostatnich dwudziestu lat nierówności nie pogłębiły się w prawie żadnym innym państwie grupy OECD tak bardzo jak w Niemczech – możemy przeczytać w raporcie niemieckiej Fundacji Bertelsmanna. Bogaci coraz bardziej się bogacą – wynika z kolei z najnowszego rządowego raportu poświęconego biedzie i bogactwu Niemców. Zagrożonych biedą systematycznie przybywa – alarmują prasowe tytuły. Niemiecka klasa średnia kurczy się, jest coraz bardziej niepewna przyszłości i poirytowana – diagnozują socjologowie. Oczywiście o rozwarstwieniu niemieckiego społeczeństwa i trudnościach klasy średniej mówi się w Niemczech nie od dziś. Jednak w obliczu rozpoczynającej się właśnie kampanii wyborczej diagnozy społecznych nierówności są dobitniejsze, a postulaty ich niwelowania dwa razy głośniejsze.

Tym bardziej że wydarzenia ostatnich tygodni co rusz prowokują do dyskusji o sprawiedliwości i nierównym podziale dóbr. Nie bez przyczyny tak wielką debatę w Niemczech wywołały przegłosowane przez Szwajcarów w referendum zmiany w zasadach premiowania szefów banków.

Wyznanie idola i wisienka na torcie

W programach telewizyjnych i na łamach najważniejszych tytułów nasi zachodni sąsiedzi bezskutecznie próbowali sobie odpowiedzieć na pytanie, czy praca pielęgniarki ratującej życie jest mniej warta od pracy zarządzającego sporym przedsiębiorstwem menadżera. W dyskusji o tym, kto ile zarabia i dlaczego, zabrała głos nawet Angela Merkel.

Nie mniej społeczną wyobraźnię poruszyły też finanse prezesa Bayernu Monachium, niezmiernie popularnego Uli Hoeneß’a. Prezes przyznał się do posiadania nieopodatkowanych oszczędności na szwajcarskich kontach, co jest w Niemczech nielegalne. Finansowe tarapaty Hoeneß’a jednak nie tylko naruszyły budowany przez wiele lat wizerunek uwielbianego przez Niemców i polityczne elity byłego piłkarza. Po raz kolejny przypomniały też przeciętnemu Niemcowi o oszczędnościach tych, którym powodzi się zdecydowanie lepiej.

Mianem wisienki na tym torcie można niewątpliwie określić aferę związaną z nepotyzmem w strukturach CSU, bawarskiej siostry CDU.  Według ostatnich medialnych doniesień, czołowi bawarscy politycy zatrudniali w biurach członków rodziny (czasem nawet nieletnich). Słowo „nepotyzm” nigdzie nie jest ładne. W polityce brzmi okropnie, a na kilka miesięcy przed wyborami – wręcz szpetnie. Zawsze jest też podszyte (i słusznie!) poczuciem społecznej niesprawiedliwości. Można się tylko domyślać, że nie inaczej było ostatnimi czasy nad Szprewą.

Wszyscy mówią: sprawiedliwość

Temat społecznych nierówności i dysproporcji znalazł oczywiście swoje ujście w partyjnych przedwyborczych debatach – szczególnie tych po lewej stronie sceny politycznej. Kandydat SPD na kanclerza Peer Steinbrück już w ubiegłym roku ogłosił, że to właśnie społeczna sprawiedliwość będzie głównym tematem kampanii socjaldemokratów. Ta zapowiedź wyraźnie odzwierciedla się także w ogłoszonym w kwietniu partyjnym programie SPD, którego osią jest m.in. wprowadzenie płacy minimalnej i podniesienie podatków dla najbogatszych. Również niemieccy Zieloni przyjęli w ostatnich tygodniach zdecydowanie bardziej lewicowy kurs i retorykę. Podczas ostatniego kongresu przegłosowali m.in. dość radykalne propozycje wprowadzenia podatku dla najlepiej zarabiających oraz podatku od majątku przekraczającego wartość miliona euro.

W odpowiedzi na wydarzenia ostatnich tygodni i prospołeczny kurs słupki poparcia dla opozycyjnych partii nieco drgnęły. Nie brakowało też jednak głosów krytycznych.  Biorąc pod uwagę mnogość negatywnych opinii, wiele wskazuje na to, że w tej kampanii wspomniany najnowszy kurs jeszcze nie raz będzie źródłem debat i wielu emocji. Niekoniecznie będących na rękę walczącej o władzę opozycji.

W przypadku SPD, paradoksalnie, to poczucie społecznej niesprawiedliwości jest od wielu miesięcy przyczyną niskiego poparcia dla prowadzącego partię do wyborów Peera Steinbrücka – a tym samym małych szans socjaldemokracji na wyrównaną walkę o kanclerski fotel. Tuż po przyznaniu partyjnej nominacji socjaldemokrata znalazł się na liście najlepiej zarabiających posłów, opublikowanej przez tygodnik „Der Spiegel”. Później zaś ocenił, że pensja kanclerza nie jest wystarczająco wysoka. Podzielił się także z Niemcami swoimi opiniami na temat cen wina, które pija (nie tańsze niż za 5 euro). Niemcy w odpowiedzi pokazali kandydatowi na kanclerza żółtą kartkę w przedwyborczych sondażach. Jak wskazują badania statista.de, Steinbrück może liczyć na 28 proc. poparcia. Gdy porównać te wyniki do 59-proc. poparcia samej kanclerz, wnioski nasuwają się same.

Kłopoty Zielonych

Nie najlepszą prasę mają też ostatnio Zieloni. Choć Niemcy przyklasnęli ich podatkowym pomysłom, eksperci byli zdecydowanie bardziej niż sceptyczni. Partii bardzo szybko została przypięta, mająca wyjątkowo ironiczne zabarwienie, łatka Robin Hooda. Za krytyką tą idą jednak bardzo konkretne liczby. Prezydent Niemieckiego Zrzeszenia Izb Przemysłowo-Handlowych Eric Schweitzer w wywiadzie dla tygodnika „Focus” plany wyborcze Zielonych podsumował dobitnym epitetem „Jobkiller”, co w tłumaczeniu z angielskiego oznacza „zabójcę pracy”. Według obliczeń DIKH, proponowane przez Zielonych rozwiązania mogą bowiem doprowadzić do zniknięcia 450 tys. miejsc pracy.

Schweitzer nie był w tych krytycznych opiniach odosobniony. Przegląd prasowych tytułów tuż po kongresie Zielonych nie pozostawiał żadnych wątpliwości, że ofiarą pomysłów tej partii padłaby najpewniej niemiecka klasa średnia. I że jeszcze nieraz koncepcje te staną się przyczyną krytyki i narzędziem ataku w rękach politycznych oponentów o liberalnych poglądach gospodarczych.

„Czy europejska lewica jest gotowa rządzić?  – pytał przed ostatnimi wyborami we Francji brytyjski lewicujący „The Guardian”. – Jeśli ma się rozpocząć nowa era socjaldemokracji, lewica musi znaleźć nowe odpowiedzi i strategie – albo ta szansa zostanie zaprzepaszczona” – diagnozował dziennik. Przed wyborami w Niemczech warto te diagnozy powtórzyć. Tym bardziej że przedwyborcze poczynania niemieckiej lewicy i jej nie do końca udane próby szukania nowego kursu wpisują się w kondycję lewicy europejskiej.

Lewica się miota

Porównania nasuwają się same. Wystarczy przyjrzeć się chociażby sąsiedniej Francji, gdzie podatkowe pomysły prezydenta Hollande’a zakończyły się spektakularnym fiaskiem. Flagowa koncepcja francuskiej socjaldemokracji wywołała we Francji burzę, której symbolem stał się exodus Gerarda Depardieu. Sam plan wprowadzenia podatków dla najbogatszych został jeszcze przed końcem ubiegłego roku unieważniony przez francuski Trybunał Konstytucyjny. I choć Hollande nie chce w pełni zrezygnować z pomysłu wysokich podatków, poparcie dla samego prezydenta, który miał być nową nadzieją europejskiej lewicy, pikuje w zastraszająco szybkim tempie. O powrocie Nicolasa Sarkozy’ego mówi się natomiast nad Sekwaną coraz głośniej. W Niemczech również nie brakuje głosów, że ostatnie pomysły podatkowe mogą być niezgodne z ustawą zasadniczą. Wśród krytycznych opinii pojawia się sporo pytań o koncepcje i idee dotyczące przyszłości partii tych, którzy mają serce po lewej stronie.

Poturbowani przez nie do końca udane ostatnie lata socjaldemokraci i szukający swej politycznej tożsamości Zieloni biorą w walce wyborczej na celownik największy oręż lewicy: „społeczne nierówności i sprawiedliwość”. Diagnozując problem, niewątpliwie mają rację. Jak podkreślał autor książki „Duch równości” prof. Richard G. Wilkinson, życie w bardziej sprawiedliwych społeczeństwach opłaca się nam wszystkim. W niwelujących  nierówności krajach mniejsza jest przestępczość i społeczne napięcia, wyższy zaś poziom zadowolenia i satysfakcji z osiąganych sukcesów. Mając w pamięci zamieszki w Londynie sprzed dwóch, lat nie sposób temu zaprzeczyć. Podobnie – obserwując wskaźniki społecznego zadowolenia w krajach skandynawskich.

Trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że lewica wybiera najprostsze i – jak pokazuje przykład Francji – nie do końca sprawdzone środki. I choć postulat społecznej sprawiedliwości jest szczególnie nośny w dobie finansowej depresji i rozgoryczenia, wszystko wskazuje na to, że niemieckiej lewicy do zwycięstwa nie poniesie.