Newsletter

Potrzebujemy przewodników, a nie przywódców

Tadeusz Sławek, 09.05.2013
Wciąż jest ogromne zapotrzebowanie na ludzi, którzy potrafią w sposób mądry, ale i wizjonerski zagospodarować strefy nie interesów, lecz potrzeb

Idea przywództwa przeżywa poważny kryzys. Dzieje się tak za sprawą kilku okoliczności. Po pierwsze, jako społeczeństwo znaleźliśmy się w fazie szczególnego indywidualizmu, polegającego już nie tylko na rozproszeniu wspólnot na poszczególne jednostki, ale nadaniu tymże jednostkom wyraźnie konkurencyjnego ukierunkowania. Nie tylko zabiegamy o swoje, ale chcemy być w tym lepsi niż inni, również zabiegający o swoje. Szukamy swojego miejsca nie tyle „z” innymi, co „przeciwko” innym.

Razem tylko na wroga

W tej sytuacji przywództwo, wymagające podporządkowania się, natrafia na naturalny opór. Chyba że będziemy mieli do czynienia z przywódcą o charakterze „negatywnym”, to znaczy takim, który poprowadzi nas do uwieńczonego powodzeniem starcia z konkurentami. Wówczas będziemy w stanie chwilowo zawiesić własną niezawisłość, lecz tylko na tak długo, jak długo będzie trwała krucha, prowizoryczna wspólnota interesów, będąca w istocie wspólnotą wobec „przeciwnika”.

Po drugie, życie publiczne skompromitowało doszczętnie ideę przywództwa poprzez zgodę na prowadzenie polityki na warunkach interesów partyjnych. „Przywódcą” jest dzisiaj partyjny działacz, który zdołał zapewnić sobie poparcie większości członków danej partii. Ponieważ mechanizm polityki najczęściej prowadzi do tego, iż lider zwycięskiej partii przejmuje władzę, mamy do czynienia z sytuacją przywództwa niejako „wymuszonego”, „narzuconego” znaczącej części społeczeństwa.

Wizje dziś nie w cenie

Jest to element gry demokratycznych reguł, ale nie mniej znacząco wpływa na sposób wypełniania funkcji „przywódczych”. To trzeci powód trudności, jakie przysparza nam kwestia przywództwa: od kogoś pretendującego do tej roli oczekujemy pewnej „wizji świata”, obrazu przyszłości nadającego kierunek obecnym działaniom.

Tymczasem funkcjonariusze partyjni obsadzeni w roli „przywódców” postępują dokładnie odwrotnie: ich zadaniem jest starannie wystrzegać się wszelkich odważnych, dalekosiężnych planów, bowiem ich działanie podlega głównie logice partyjnej i parlamentarnej arytmetyki. Chodzi jedynie o utrzymanie władzy drogą skrupulatnego ważenia i liczenia głosów. Znamienne, że w niedawno udzielonym wywiadzie prezydent Bronisław Komorowski doradzał osobom mającym „wizje” wizyty u lekarza, a premier Donald Tusk w innej rozmowie oznajmił, iż nie zamierza zbyt uważnie dyskutować projektów swych politycznych zamierzeń z obywatelami, bowiem groziłoby to przekształceniem społeczeństwa w „agorę”.

Jeżeli śmiałość politycznych zamierzeń oraz miejsce wyznaczające początek europejskiej demokracji polegającej na powszechnej wymianie poglądów na temat kształtu naszego wspólnego przyszłego życia jawią się politycznym przywódcom jako zagrożenie i choroba, wiele to mówi o tym, co się stało z ideą przywództwa. Przeszła znamienną metamorfozę i z przywództwa pełnionego w oparciu o rację etyczno-intelektualno-polityczną stała się działaniem obrachunkowo-administracyjnym.

Casus Hammerskjölda

Po czwarte, efektem tego stanu rzeczy jest miałkość współczesnego życia publicznego i stale obniżająca się jakość ludzi pełniących w nim role przywódcze. Jeśli nawet pominąć przywódców państw, beznadziejnie uwikłanych w partyjne obliczenia i zamkniętych w wąskim horyzoncie następnych wyborów, to można by oczekiwać, że organizacje międzynarodowe o teoretycznie przynajmniej dużym prestiżu prowadzone będą przez ludzi o nachyleniu etyczno-intelektualno-politycznym, a nie obrachunkowo-administracyjnym.

Tymczasem kto z nas potrafi wymienić jakąkolwiek znaczącą inicjatywę sekretarza generalnego ONZ czy NATO? Czy zapamiętaliśmy jakiekolwiek wystąpienie, w którym zaproponowaliby oni swoją wizję jeśli nie rozwiązania, to przynajmniej poważnego intelektualnego scharakteryzowania dylematów dzisiejszej rzeczywistości (by wspomnieć choćby krwawy konflikt w Syrii czy kwestię drastycznych i wciąż rosnących nierówności gospodarczych i ekonomicznych)? Czy aby ostatnim przywódcą ONZ o takich walorach nie był zmarły w katastrofie lotniczej w 1961 Dag Hammerskjöld?

Stracona idea

Polityka przestała być przestrzenią, w której poważna refleksja intelektualna odgrywa jakąkolwiek rolę, i zadowoliła się pełnieniem funkcji doraźnego administrowania problemami świata. Dlatego „przywódcy” stali się nie więcej niż „księgowymi” partyjnych kantorów lub też gwiazdami telewizyjnych i prasowych salonów. W dobie szalejącego PR (jak dowodnie wykazał to przypadek Silvia Berlusconiego) scena medialna w znacznej mierze odpowiada za kreowanie „przywódców”, ale także za ich często rozpaczliwy poziom.

Czy zatem idea przywództwa jest całkowicie stracona? W skali „dużej” polityki obawiam się, że tak, i to na długie lata. Miarę postępowania wytycza tam partyjny konformizm i programowy brak chęci do poważnej analizy problemów świata, sprzyjający podtrzymaniu status quo. Tymczasem w prawdziwym, rzetelnym przywództwie chodzi o zmienianie świata.

Owsiak i inni

Pewną nadzieję pozostawia zatem sfera polityki obywatelskiej, skutecznie zresztą lekceważona przez polityków. Wciąż jest ogromne zapotrzebowanie na ludzi, którzy potrafią w sposób mądry, ale i „wizjonerski” (z pełną premedytacją używam tego słowa, znienawidzonego przez tzw. „mężów stanu”) zagospodarować strefy nie interesów (te pozostaną zawsze głównym przedmiotem zainteresowania „dużej”, „zawodowej” polityki), lecz potrzeb.

Wspomnijmy choćby Jerzego Owsiaka z jego bezcenną inicjatywą Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy czy działające na mniejszą, ale wcale nie mniej ważną, skalę cieszyńskie Stowarzyszenie Być Razem, prowadzone przez Mariusza Andrukiewicza, przedsiębiorcę obdarzonego wielkim wyczuciem społecznych potrzeb, uhonorowanego ostatnio Nagrodą im. Jana Wejcherta. Dotykamy tutaj istotnej różnicy: przywódcy, których nam trzeba, ustawiają swe działania wedle priorytetu „najpierw rozpoznanie potrzeb, potem wspierający zaspokajanie tych potrzeb interes”. Tymczasem hierarchia działań przywódców politycznych, tych, których określamy mianem obrachunkowo-administracyjnych, jest odwrotna: najpierw obliczamy interes (ten nie musi być finansowy, najczęściej jest interesem utrzymania się przy władzy), a następnie, w stosunku do siły i wytrzymałości owego splotu interesów, ewentualnie podejmujemy kwestię potrzeb.

Czas na lokalnych liderów

Stąd też brakuje odwagi do pełnego rozpoznawania potrzeb. Tą odwagą znacznie częściej wykazują się owi wizjonerscy „przywódcy” obywatelscy, których moglibyśmy określić w najlepszym tego słowa znaczeniu „lokalnymi”. Są „lokalni”, bowiem, po pierwsze, dokładnie widzą miejsce, w którym przyszło im żyć i pracować (właśnie „żyć”, a nie jedynie „robić kariery”), i potrafią określić jego potrzeby, oraz, po drugie, znajdują język (słów i czynów), który dociera bezpośrednio do mieszkających w danym miejscu ludzi. Od dziesiątek lat nie słyszałem polityka, z którego wystąpienia odniósłbym wrażenie, iż mówił „do mnie”. Wszystko kryje gładka retoryka.

Wielokrotnie natomiast wychodziłem z takim poczuciem ze spotkania z liderem „lokalnym”, zajmującym się sprawami miejscowych społecznych potrzeb. Może zatem trafniej będzie powiedzieć, iż potrzebujemy „przewodników” raczej niż „przywódców”. „Przewodnik” jest tym, który zna każdy kamień miejsca, w którym podejmuje swoją pracę. „Przywódca” zaś coraz częściej jest w danym miejscu ignorantem (przypomnijmy choćby układanie list wyborczych, niemające wiele wspólnego ze znajomością przez kandydata miejsca, w którym zabiega o głosy) dbającym jedynie o bezpieczne kontynuowanie kariery.

*Prof. Tadeusz Sławek – filozof, literaturoznawca

Tekst opublikowany w maju 2013 roku