Newsletter

Bliskowschodnia Korea

Grażyna Grochocka, 08.05.2013
Ostatnie informacje o ataku przeprowadzonym przez Izrael w Syrii nie są Stanom Zjednoczonym na rękę. Administracja Baracka Obamy nie chce wchodzić w kolejny konflikt na Bliskim Wschodzie

Barack Obama nie ma ostatnio szczęścia. Nie udało mu się ograniczyć dostępu Amerykanów do broni, a jego propozycja budżetu została zaatakowana tak przez lewicę, jak i prawicę. Tzw. sekwester, czyli automatyczne cięcia wydatków rządowych, będące skutkiem niedogadania się Obamy z republikanami, też jest uznawany za porażkę prezydenta. Wydarzenia w Syrii są kolejnym problemem, przed którym stanął.

Niewiele ponad rok temu prezydent Obama jasno postawił sprawę: Ameryka będzie zmuszona zaangażować się w syryjską wojnę domową, jeśli którakolwiek ze stron zacznie posługiwać się bronią chemiczną. – Naszą czerwoną linią jest przemieszczenie lub wykorzystanie broni chemicznej; to jest nasza granica i jej przekroczenie spotka się z ciężkimi konsekwencjami – ostrzegł.

Pod koniec kwietnia sekretarz obrony Chuck Hagel oficjalnie przyznał, że tego typu broń znajduje się na terenie Syrii. Co więcej, zgodnie z informacjami wywiadu, została użyta wobec rebeliantów. Jak się jednak okazało, administracja Baracka Obamy nie jest skłonna do zbyt szybkich działań.

Stanom Zjednoczonym nie jest na rękę wchodzić w kolejny konflikt na Bliskim Wschodzie. Klęski, którymi są akcja w Iraku i niekończąca się wojna w Afganistanie, zmęczyły Amerykanów, mających już dość wojen z muzułmanami. Tym bardziej że trudno dziś rozpoznać, kto jest przyjacielem, a kto wrogiem – wśród syryjskich powstańców jest wielu fanatyków i religijnych fundamentalistów. I wielu z nich równie mocno nienawidzi Assada i Obamę. USA nie chcą powtórzyć w Syrii błędu z Afganistanu, gdzie talibowie, wspierani przez Stany podczas wojny ze Związkiem Radzieckim, stali się później najgroźniejszymi przeciwnikami amerykańskich żołnierzy.

Amerykanie boją się, że wejście jakichkolwiek sił na teren Syrii skończy się kolejną wieloletnią kampanią. Tymczasem nie mają ani funduszy, ani serca do nowej wojny na Bliskim Wschodzie. Z drugiej strony łatwo zrozumieć, dlaczego opinia publiczna jest sceptycznie nastawiona do rewelacji na temat broni masowego rażenia: ten sam argument był wykorzystywany przed wejściem do Iraku. Amerykanie dokonali inwazji, ale ani tej broni, ani Bin Ladena w Iraku nie znaleziono. Dziesięcioletni konflikt kosztował życie niemal 4,5 tysiąca amerykańskich żołnierzy i niezliczonych rzesz Irakijczyków.

Jednak nie chodzi już tylko o dotrzymywanie słowa i dopilnowywanie, aby nie wysyłać w świat pustych pogróżek. Administracja Obamy zagrała w pokera licząc na to, że obie strony przestraszą się groźby ataku Ameryki i zrezygnują z działań mogących do niego doprowadzić. Jak się okazało, był to tylko blef i rząd Stanów Zjednoczonych nie wie teraz, co zrobić ze swoimi kartami.

Zachowanie Izraela pogłębia tylko kłopoty prezydenta Obamy. Atak przeprowadzony przez  Jerozolimę na terenie Syrii był – jak twierdzą Żydzi – skierowany przeciwko Hezbollahowi. Jednak zaangażowanie jednego z najważniejszych sojuszników stawia USA pod jeszcze większą presją. Chodzi tu już o coś znacznie więcej niż tylko zachowanie twarzy. Ameryka obawia się, że Syria może stać się drugą Koreą, wciągając do wojny domowej rywalizujące o wpływy mocarstwa. Jeśli więc sytuacja się zaostrzy, Ameryka nie będzie miała innej możliwości jak tylko działać, zanim dojdzie do jeszcze większego konfliktu.

Jedynym możliwym do zaakceptowania przez USA rozwiązaniem będzie przeprowadzenie akcji analogicznej do tej w Libii: atak z powietrza wspierający powstańców, ale bez choćby dotknięcia syryjskiej ziemi. Tego typu akcja pozwoliłaby USA dotrzymać słowa, a jednocześnie uniknąć wieloletniego zaangażowania w konflikt i śmierci własnych żołnierzy. Póki co jednak Obama będzie liczył na to, że premier Izraela Benjamin Netanjahu, z którym nie jest w najlepszych stosunkach, nie zmusi go do żadnych dalszych działań.