Newsletter

Symbioza

Adam Szejnfeld, 10.05.2013
W tym roku po raz kolejny zauważyłem, że przed niektórymi domami i mieszkaniami pojawiły się nie tylko flagi Polski, ale także zjednoczonej Europy – Unii Europejskiej

Niedawno obchodziliśmy święto flagi państwowej, które co roku celebrujemy wywieszając na balkonach i przed domami biało-czerwoną. W tym roku po raz kolejny zauważyłem, że przed niektórymi domami i mieszkaniami pojawiły się nie tylko flagi Polski, ale także zjednoczonej Europy – Unii Europejskiej. Czy czujemy się więc już Europejczykami? I czy ta świadomość współgra z naszym poczuciem polskości?

9 maja obchodzimy Dzień Europy. To święto państw Unii Europejskiej, ustanowione na pamiątkę przedstawienia planu Schumana, czyli utworzenia Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali. W swoim przemówieniu wygłoszonym w Paryżu 9 maja 1950 r. francuski minister spraw zagranicznych Robert Schuman zaproponował nową formę współpracy politycznej w Europie, która uniemożliwiłaby wybuch kolejnej wojny. To właśnie plan Schumana uważa się za zalążek dzisiejszej Unii Europejskiej.

Droga, która została przebyta od idei utworzenia ponadnarodowej instytucji europejskiej, sprawującej zarząd nad całą produkcją węgla i stali, do jednego z trzech najpotężniejszych organizmów gospodarczych świata, wytwarzającego 30 proc. światowego PKB – była długa i wyboista. Dowodzi jednak, że w czasach globalizacji i ekspansji gospodarczej USA i Chin także Europa jest w stanie odgrywać ważną rolę i budować dobrobyt swoich mieszkańców. Pod jednym wszakże warunkiem: o ile potrafi w kluczowych kwestiach wzbić się ponad narodowe egoizmy.

Zasadnicze wyzwanie twórców Unii Europejskiej sprowadzało się zawsze do prostego problemu: jak przekonać państwa członkowskie do inwestowania w Unię? Jak uzmysłowić im, że członkostwo to nie tylko wyższy wzrost gospodarczy czy fundusze, ale również zobowiązania? Jak uzyskać akceptację dla zasady, że aby zyskać, trzeba najpierw zainwestować? To dylematy wciąż Polsce obce, bo na razie z unijnej kasy dużo więcej otrzymujemy, niż do niej wpłacamy. Ale przyjdzie dzień, że i my będziemy musieli zainwestować w europejski projekt.

Dzień Europy to dobry moment na podsumowanie bilansu dotychczasowego członkostwa w UE. W końcu za rok minie już dziesięć lat od pamiętnego „big bangu”, czyli rozszerzenia Wspólnoty o dziesięć nowych krajów członkowskich, w tym Polskę. Plusy są chyba powszechnie znane, ale warto wskazać choćby przykładowe.

Przede wszystkim dzięki wsparciu finansowemu otrzymywanemu z Unii (np. pod postacią funduszy strukturalnych), a także przypływowi inwestycji z zagranicy, przyspieszeniu uległ rozwój społeczno-gospodarczy. Każdy, kto pamięta Polskę sprzed 10 lat, wie, jak wiele się zmieniło. W zasadzie trudno wymienić jakąś znaczącą dziedzinę, która nie została zmodernizowania, unowocześniona, przekształcona.

Nie ulega wątpliwości, że bardzo dużo zyskała polska wieś, która przed 2004 r. była bastionem sceptycyzmu wobec polskiego członkostwa w Unii. Dziś trudno znaleźć przeciwników UE wśród rolników – zwłaszcza tych, którzy posiadają większe gospodarstwa, najobficiej czerpiące ze środków europejskich. Na dodatek po wejściu do Wspólnoty zdrowa i ekologiczna żywność z naszego kraju stała się szybko sztandarowym towarem eksportowym. Zyskały również przedsiębiorstwa eksportujące na rynek europejski, a nasz kraj zalała fala nowoczesnych technologii.

Dla zwykłego Kowalskiego członkostwo w Unii Europejskiej oznacza przede wszystkim wiele kilometrów nowych dróg, nowe mosty, koleje, nowe obiekty użyteczności publicznej, szkoły, hale sportowe, boiska, szpitale, teatry czy ośrodki kultury. Zdrowsze środowisko naturalne, dzięki inwestycjom np. w nowoczesne oczyszczalnie ścieków czy wysypiska, to już norma. UE to także możliwość podróżowania po Europie z dowodem w kieszeni, bez paszportu, wiz i męczących odpraw w punktach kontroli granicznej. Wreszcie – to możliwość swobodnego dostępu do zachodnioeuropejskiego rynku pracy.

To oczywiście nie koniec listy zalet integracji. Ale czy są też jakieś minusy? Być może największym jest rozwarstwienie społeczeństwa, charakterystyczne dla każdego kraju będącego na ścieżce dynamicznego wzrostu gospodarczego. To problem szerszy, z którym będziemy musieli się mierzyć przez następne lata i którego żadnej ekipie rządowej nie wolno lekceważyć. Podział na kilka procent sytych, dostatnio żyjących i resztę trudno wiążących koniec z końcem jest czarnym scenariuszem, któremu staramy się aktywnie przeciwdziałać.

Wydaje się jednak, że to zagrożenie rozumie nie tylko Polska, ale cała Wspólnota, która swoje wysiłki coraz częściej kieruje w stronę zasypywania podziałów. Dlatego w naszym kraju to rozwarstwienie nie jest tak duże jak w innych. Nasze działania na rzecz wzrostu klasy średniej, motoru napędowego każdego społeczeństwa, powinny dać efekt w postaci istnienia jedynie wąskich grup ludzi nieprzyzwoicie bogatych oraz skandalicznie biednych – przy jednoczesnym tworzeniu się szerokiej rzeszy dobrze prosperujących ludzi, pracujących na dobrobyt swój i całego kraju.

Czy dzisiaj, dziewięć lat po wstąpieniu do Unii, czujemy się już Europejczykami? Sądzę, że młode pokolenie nie będzie miało problemów z identyfikowaniem się jako Polacy i Europejczycy równocześnie. Te pojęcia nie będą ze sobą kolidowały, staną się równoległe.

A starsze pokolenia? Czy potrafią odnaleźć się w nowej tożsamości? Badania pokazują, że jest z tym różnie. W jednych kwestiach czujemy się już Europejczykami, w innych mniej lub wcale. Wydaje się jednak, że poza gronem dozgonnych eurosceptyków większość polskiego społeczeństwa rozumie, że Polska bez Unii Europejskiej nie miałaby szans na szybki rozwój. Jednak także Unia Europejska bez Polski byłaby niekompletna. Jesteśmy więc częścią zjednoczonej Europy i wspólnie budujemy jej dobrobyt. Bo silna Europa to dostatnia i rozwinięta Polska.

Ten układ można przyrównać do symbiozy, zjawiska znanego z biologii, charakteryzującego się ścisłym współżyciem przynajmniej dwóch gatunków organizmów, które przynosi korzyść każdej ze stron. Członkostwo w Unii Europejskiej to układ, w którym każda ze stron zyskuje. I dlatego pomimo wszystkich wyzwań, jak chociażby związanych z obecnym kryzysem w strefie euro, ten wielki projekt będzie dalej rozwijany.

Wiemy już, że bycie Europejczykiem nie wyklucza bycia Polakiem. Z resztą Europy nie łączy nas ani język, ani w przypadku większości unijnych krajów nawet religia. Ba, nawet historia układała nam się odmiennie. Wspólne mamy za to poczucie racjonalności, przywiązanie do demokracji i praw człowieka, sprawiedliwości, godności, solidarności i równości. Łączy nas również dziedzictwo europejskie, a więc osiągnięcia kulturowe i intelektualne. Przede wszystkim łączą nas obecnie jednak… interesy.

Tak więc nasza europejskość, po pierwsze, nie jest niczym nowym, a po drugie – nie jest też tylko czymś ze sfer czystej ideologii. Twardo stąpamy po ziemi i bacznie patrzymy, co nam się opłaca, a co nie. Tak czy inaczej, europejscy Polacy są i pozostaną już członkami europejskiej społeczności. A europejska Polska jest i pozostanie elementem europejskiej wspólnoty państw.

Teraz powinniśmy garściami czerpać z doświadczenia starych państw i starać się przewodzić na drodze modernizacji nowym państwom. W przyszłości Polska będzie w ścisłej czołówce liderów przemian, rozwoju i wzmocnienia Wspólnoty. Wzmocnienia i w jej, i w naszym interesie. Wierzę w to.