Newsletter

Wojna z islamskim terroryzmem

Paulina Biernacka, 30.04.2013
Zamach terrorystyczny, do którego doszło 15 kwietnia w trakcie maratonu w Bostonie, dobitnie pokazuje, że do zwycięstwa nad terroryzmem długa droga

Strona 1

W 2010 roku, podczas prezentowania nowej strategii bezpieczeństwa państwa, prezydent Stanów Zjednoczonych Barack Obama ogłosił zakończenie wojny z terrorem. Zamach terrorystyczny, do którego doszło 15 kwietnia w trakcie maratonu w Bostonie, dobitnie pokazuje, że do zwycięstwa nad terroryzmem długa droga.

Niemniej prezydent Obama robi wszystko, aby słów: islamski terror, zamach terrorystyczny czy dżihad – używać jak najmniej lub wcale. Nazywanie rzeczy po imieniu okazuje się być dużym problemem dla tego przywódcy. Powodów można się doszukiwać w oficjalnej retoryce Obamy, który swego czasu wyrzucił Al Kaidę na śmietnik historii, natomiast jego polityka przeciwdziałania antyamerykanizmowi bywa opisywana jako wspieranie rządów islamistów w różnych krajach Bliskiego Wschodu, za co prezydent USA poddawany jest ostrej krytyce.

Dwa tygodnie po zamachach w Bostonie mamy wystarczającą liczbę dowodów oraz informacji na temat okoliczności zamachu i jego sprawców, aby stwierdzić, że podłożenie bomb przez braci Carnajewów było zamachem terrorystycznym dokonanym przez islamskich fanatyków. W wyniku eksplozji dwóch bomb zginęły trzy osoby, a ponad dwieście zostało rannych. To wydarzenie wydaje się być ponownym triumfem światowego terroryzmu. Jeśli głównym celem ataków terrorystycznych jest zaszczepienie w ludziach obawy oraz zastraszenie ich, wpłynięcie na działania rządów i przykucie uwagi światowych mediów do aktu terroru – zamachowcy z Bostonu odnieśli sukces, o jakim prawdopodobnie nawet nie śnili. Nigdy wcześniej bowiem nie zdarzyło się, aby życie tak wielu cywilów zostało brutalnie dotknięte przez działania tak niewielu terrorystów. Terrorystów – co warto podkreślić – amatorów.

Dlatego zamach w Bostonie jest ogromnym szokiem dla mieszkańców Stanów Zjednoczonych, którym różni politycy od dawna wmawiają, że Ameryka jest wolna od działań  terrorystycznych – tyle że czasami, niemalże przypadkowo, zdarza się coś złego. Po bostońskim maratonie 12-letnia przerwa w zamachach na Stany Zjednoczone dobiegła końca. Terror z Bostonu cofnął wielu Amerykanów pamięcią do wydarzeń z 11 września. I do traumy, którą wówczas przeżyli.

Wybitny ekspert do spraw terroryzmu, prof. Barry Rubin z izraelskiego uniwersytetu w Herzlii, obala mit rzekomo bezpiecznych Stanów Zjednoczonych, wymieniając 18 (sic!) udaremnionych prób dokonania zamachów terrorystycznych w Nowym Jorku od czasu zamachów z 11 września. Gdyby dodać pomniejsze incydenty w tym mieście oraz podobne nieudane próby w całym kraju, bardzo łatwo można dojść do wniosku, że – czy tego chcemy, czy nie – wojna z terrorem trwa w najlepsze. Warto dodać, że przesłuchiwany przez władze USA zamachowiec z Bostonu przyznał, że tuż po eksplozji na maratonie wraz z bratem planował udać się do Nowego Jorku, aby na Times Square wysadzić kolejne bomby.

W tej sytuacji zaskakują działania władz Stanów Zjednoczonych, które wydają się być nad wyraz ostrożne w formułowaniu oskarżeń wobec 26-letniego, zabitego w trakcie spektakularnego pościgu przez policjantów, Tamerlana Carnajewa, oraz jego 19-letniego brata Dżochara. Zastanawianie się nad motywami zbrodni oraz formułowanie zdań typu: „Nie mam pojęcia, dlaczego celem ataków braci Carnajewów stali się niewinni mężczyźni, kobiety i dzieci” przez prominentnych polityków (w tym przypadku przez gubernatora stanu Massachussetts Devala Patricka) wydaje się być niedorzeczne w sytuacji zagrożenia islamskim terrorem.