Newsletter

Tworzenie jest myśleniem

Richard Sennett, 01.05.2013
Mądra redystrybucja i zmiany strukturalne są tańsze niż zerowa pomoc. Cała Europa musi się zmierzyć z faktem, że ma więcej siły roboczej niż rzeczywistych miejsc pracy

Aleksandra Kaniewska: Praca to życie – pisał Pan wielokrotnie. A w Europie i za Oceanem mamy ogromny kryzys – ponad milion młodych bezrobotnych w Wielkiej Brytanii, cztery miliony w Ameryce. Na całym świecie bez pracy jest 81 milionów młodych ludzi. Czyja to wina? Szukających pracy, pracodawców, rządów?

Prof. Richard Sennett: Zanim odpowiem, najpierw należałoby się cofnąć o kilka lat. Jeszcze zanim zaczął się globalny kryzys, rynek pracy nie funkcjonował tak, jak powinien. Nawet w czasach ekonomicznego boomu. Zna Pani moje zdanie: winny jest kapitalizm. Czy, jak ja go nazywam, tzw. elastyczny kapitalizm, który najlepiej działa w mocno neoliberalnych systemach – w Australii, Wielkiej Brytanii czy Ameryce.

A czym się przejawiał ten kryzys pracy w czasach prosperity?

Sytuacja pracowników od lat jest bardzo niepewna. Konkretnym tego przejawem jest wzrost zatrudnienia sezonowego i niepełnoetatowego. W Wielkiej Brytanii problemy zaczęły się około 2002 roku. Dla coraz większej liczby Brytyjczyków alternatywą dla bezrobocia stało się zatrudnienie krótkoterminowe, np. na kilkumiesięcznych kontraktach albo praca po 15-20 godzin tygodniowo. To typowy przypadek tzw. underemployment, czyli niepełnego wykorzystania siły roboczej.

A potem przyszedł kryzys…

I praca stała się jeszcze bardziej niepewna i trudna do utrzymania. Do niepełnego zatrudnienia doszło bezrobocie. Z rynku znikły więc także rzadkie oferty stałej pracy. Rzeszę pracowników sezonowych zasilili nowi bezrobotni. Wtedy zrobiło się naprawdę tłoczno. I to głównie w sektorach zatrudniających pracowników średniego i niskiego szczebla.

Kiedyś doradzał Pan premierowi Tony’emu Blairowi, jak radzić sobie z antyspołecznymi zachowaniami. Ma Pan jakieś rady na poprawę nastrojów społecznych dla Davida Camerona?

Jeśli ktoś myśli, że można naprawić finanse publiczne i sytuacja na rynku pracy się poprawi, błądzi we mgle. Nowe miejsca pracy nie powstaną w ten sposób. W pierwszej kolejności rząd powinien więc usprawnić system wsparcia pracy. A to wymaga dostrzeżenia, że problem leży w strukturze rynku pracy, a nie w cykliczności systemu. Jeśli pracodawca zatrudnia kogoś na 15 godzin tygodniowo, rząd powinien umożliwić tej osobie pracę na kolejne 15 godzin lub zaproponować ekwiwalent wynagrodzenia, którego nie zarabia. W dyskusji o bezrobociu zapomina się o tych, którzy pracują, ale nie są w stanie się utrzymać. Nie ma dla nich strukturalnej pomocy. To niestety jedna z funkcji kapitalizmu – system nie potrzebuje zbyt wielu zamożnych.

Wydatki na zasiłki socjalne, podczas gdy budżety finansowe ledwo się dopinają? Wielka Brytania ma już prawie bilion funtów długu. To chyba nie jest rozsądny postulat?

Ależ musimy zmienić podejście do relacji między państwem a gospodarką! Obecny system nie pomaga ludziom wrócić do pracy. Nie inwestuje też w pomoc dla tych, którzy pracują na krótkoterminowych umowach czy po kilkanaście godzin tygodniowo. Efekt? Ludzie popadają w długi i wymagają dalszej pomocy od państwa, wpadając w sieć totalnej zależności od „socjalu”. A wsparcie dla bezrobotnych absolwentów i tych, którzy pracują w niepełnym wymiarze godzin, to przecież oszczędność dla całego systemu opieki. Mądra redystrybucja i zmiany strukturalne są tańsze niż zerowa pomoc! Cała Europa musi się zmierzyć z faktem, że ma więcej siły roboczej niż rzeczywistych miejsc pracy.

Co jeszcze powinno się zmienić? Bo samego kapitalizmu chyba nie da się obalić.

Dużym problemem, zwłaszcza dla pracowników niższego szczebla, jest słabe połączenie między systemem edukacji a rynkiem pracy. Na przykład, 15 lat temu w Wielkiej Brytanii zaczęło brakować kadry pielęgniarskiej. Rząd wyłożył więc masę pieniędzy na programy edukacyjne, które szkoliły młode pielęgniarki i pielęgniarzy. Ale w międzyczasie rynek sam poradził sobie z problemem. Wakaty w brytyjskich szpitalach i domach opieki wypełniły wykwalifikowane emigrantki z Azji Południowo-Wschodniej. Kiedy więc na rynku pojawiła się kohorta młodych brytyjskich pielęgniarek, nie było dla nich pracy. Programy edukacyjne zostały wstrzymane i po kilku latach problem wrócił. Tylko wtedy nie było już filipińskich czy malezyjskich emigrantów do pomocy.

Ale przyjechali Polacy…

… i wypełnili inne luki na rynku pracy, zwłaszcza te opuszczone przez rozczarowanych pracowników manualnych. Ale problem wciąż istnieje. Szkoły produkują zawody, dla których nie ma zatrudnienia, bo system edukacji zbyt wolno reaguje na zmiany na rynku pracy. Jest jednak rozwiązanie. Przedsiębiorstwa i szkoły powinny szerzej współpracować, tak, żeby młodzi specjaliści uczyli się podczas pracy. To podejście warsztatowe. Nie chodzi więc oczywiście o uniwersytety, ale szkoły techniczne, medyczne, pielęgniarskie i inne.

A jak Pan wytłumaczy fakt, że polscy emigranci zawsze zdają się mieć pracę? Oni nie protestują pod katedrą Św. Pawła, nie twierdzą, że brytyjski system ich oszukał. Ciężko pracują i tyle.

Muszę przyznać, że z kulturowej strony ogromnie podziwiam Polaków, którzy przyjechali na Wyspy. Nawet ci, wykonujący najprostsze prace manualne – są niesamowicie przedsiębiorczy. Brytyjczycy stracili tego ducha. Różnice między Polakami a Brytyjczykami widać gołym okiem. Angielski pracownik fizyczny, uczulony na kwestie wyzysku, pracuje z zegarkiem w ręku, na godzinę. Wybija piąta czy szósta i już go nie ma. Polacy pracują zadaniowo, jeśli trzeba, bardzo ciężko. To angielskie podejście jest winą długiej historii klasowej stagnacji. Ludzie są tu głęboko rozczarowani systemem pracy i polityką. Zresztą, nic dziwnego. Wielka Brytania była pierwszym krajem, który wprowadził kapitalizm. To dwustuletnie dziedzictwo, które teraz mocno wszystkich uwiera.

Przenieśmy się na chwilę za Ocean, do Ameryki. Dzieli Pan swoje życie między Nowy Jork i Londyn. Widzi Pan różnice w podejściu do pracy między Starym i Nowym Kontynentem?

Nowojorski rynek pracy jest bardzo specyficzny, a ta jego osobliwość łączy się mocno z amerykańską kulturą. W Ameryce nie ma już małych, rodzinnych przedsiębiorstw, wyginęły pod naporem wielkich korporacji. Oczywiście, działają też małe i średnie firmy, ale nie prowadzą ich rodziny, ale jednostki. Dla socjologa to ewidentny znak, że w amerykańskim społeczeństwie dzieje się coś dziwnego. Tu stawia się na indywidualizm, a nie współpracę. W przeciwieństwie do Chińczyków, którzy zarówno u siebie w kraju, jak i na emigracji, tworzą tzw. sticky web, czyli „lepką sieć kontaktów”, składającą się z bliskiej i dalekiej rodziny, i przyjaciół.

Dzisiejsi Amerykanie są jak atomy – małe rodziny, wąskie grono przyjaciół, rzadkie interakcje. Do tego dochodzi duża mobilność, która sprawia, że ludzie ciągle się przemieszczają. Nie mają stabilnych wspólnot, nie zapuszczają korzeni i nie inwestują w relacje międzyludzkie. To odbija się na ich szansach na dobre zatrudnienie. Bo jeśli osiedlają się w nowym miejscu, gdzie nikogo nie znają, jakie mają szanse na znalezienie pracy? Mamy więc pracownika bez zaplecza społecznego, bez sieci wsparcia. Tacy ludzie są bardzo zagubieni.

Pracy można przecież szukać zdalnie – przez internet albo specjalne agencje rekrutacyjne.

Dobrze, że Pani o tym mówi! Właśnie z grupą naukowców zakończyliśmy badanie, które przygląda się nowoczesnym metodom szukania pracy. Okazuje się, że internet to jedno z najgorszych narzędzi rekrutacyjnych. Wyobraźmy sobie taką sytuację: wysyłam tysiąc CV do różnych pracodawców. Każdy z nich prawdopodobnie dostanie w sumie tysiąc CV od innych kandydatów. Jaka jest szansa, że przeczyta je wszystkie? Zerowa. Jaka jest szansa, że wybierze właśnie mnie? Równie nikła. To dosyć depresyjna wizja ogromnego rynku pracy, na którym znajduje się wiele świetnie wykwalifikowanych osób bez szans na znalezienie stabilnego zatrudnienia. Jest jeden smutny fakt, który łączy Europę i Amerykę: w najgorszej sytuacji są ludzie młodzi. Jeśli dorosłe życie zaczyna się od bezrobocia, potem może być już tylko gorzej.

Ma Pan dosyć pesymistyczne spojrzenie na rynek pracy. Przypominam sobie jednak Pana książkę, „Etyka dobrej pracy”, w której zachwyca się Pan przyjemnością płynącą z pracy fizycznej i z dumy, jaką daje tworzenie czegoś wspaniałego. Jeśli mam być szczera, taka wizja profesjonalnego zaangażowania dużo bardziej mi odpowiada.

Muszę się przyznać, że napisałem „Etykę dobrej pracy” właśnie z tego powodu. Przez całe moje życie byłem krytykiem kapitalizmu, analizowałem nieszczęście i wyzysk pracowników. W końcu stwierdziłem, że przecież praca to także przyjemność. I że muszę napisać coś pozytywnego. Dlatego postanowiłem przyjrzeć się temu, co tworzy dobrą i wartościową pracę, i jak możemy to naśladować. Ta książka to podróż antropologa i socjologa, a nie podstawa do stworzenia polityki państwowej. Ale wcale nie jest utopijna, jak myślę.

W tej książce mówi Pan: „Making is a new thinking”, czyli „Tworzenie to jak myślenie”.

Oczywiście! Wystarczy spojrzeć na firmy i rzemieślników z Niemiec czy Norwegii, gdzie kunszt i perfekcja wykonywanej pracy to wartości wciąż żywe i praktykowane. Niestety, na jakość stawiają głównie małe i niszowe przedsiębiorstwa. Państwa powinny zrozumieć, że muszą walczyć o miejsce dla takich firm na rynku, a nie uprzywilejowywać korporacje. Chociaż w Japonii nawet duże firmy robią tzw. „dobrą robotę”. Zwiedzałem niedawno japońską fabrykę Toyoty. Nigdy wcześniej nie widziałem takiej perfekcji po stronie pracowników, piękna technologicznej i ludzkiej doskonałości.

Czyli, żeby przetrwać na współczesnym, trudnym rynku pracy, musimy być perfekcjonistami. A do tego mieć zapewne dużą dozę kreatywności, elastyczności i mobilności.

Och, tylko nie bądźmy elastyczni. Powiem tak: jeśli każdy będzie miał jakąś specjalizację, swoją działkę, którą będzie umiał dobrze obrobić, to zawsze znajdzie satysfakcjonujące zajęcie. Na rynku jest masa młodych ludzi, którzy nie mają żadnych umiejętności, tylko ambicję i marzenia o zarabianiu dużych pieniędzy. To był kiedyś przepis na konsultanta biznesowego. Ale na pewno nie jest to sposób na zdobycie dobrej i wartościowej pracy.

Bądźmy więc fachowcami?

Właśnie tak. Piękne jest życie specjalisty.

*Richard Sennett – profesor socjologii w London School of Economics oraz New York University, współzałożyciel New York Institute for Humanities. Autor wielu książek na temat rynku pracy, marginalizacji społecznej i klas, m.in. „Korozja charakteru” (1998, wyd. polskie 2006) oraz „Etyka dobrej pracy” (2008, wyd. polskie 2010). Jego najnowsza książka o współpracy „Together” ukaże się w 2012 r.

Tłumaczenie i redakcja: Aleksandra Kaniewska

Tekst ukazał się na stronie Instytutu Obywatelskiego w cyklu Lupa Instytutu: Co z tą pracą?