Newsletter

Czy Europa się (o)broni?

Konrad Niklewicz, 19.04.2013
Czy europejska polityka obrony może wreszcie stać się bardziej faktem niż teorią? We Francji odżywa nadzieja, że tak

Czy europejska polityka obrony może wreszcie stać się bardziej faktem niż teorią? We Francji odżywa nadzieja, że tak

Pomysł stworzenia „europejskiej polityki obronnej” jest stary jak sama europejska wspólnota, a dużo starszy niż Unia Europejska. A jednak filarem europejskiego bezpieczeństwa – w sensie obrony przed wszelkim militarnym zagrożeniem – pozostaje stary, dobry Sojusz Północnoatlantycki.

Transatlantyckie NATO, któremu w tym roku stuknie 63. rok życia, pozostaje jedyną organizacją, która przychodzi na myśl przeciętnym Polakom, Niemcom czy Brytyjczykom, gdy myślą o tym, kto chroni Europę przed atakiem z zewnątrz. Albo kto będzie interweniował, gdy – tak jak w Libii w 2011 roku – interweniować zbrojnie będzie trzeba.

Wielu Europejczyków jednocześnie wierzy, że NATO nie musi być jedynym podmiotem gwarantującym bezpieczeństwo lub (przynajmniej) zdolność do przeprowadzanie wspólnych działań o charakterze militarnym. Wśród nich zdaje się być Hubert Vedrine, francuski historyk i polityk, były minister spraw zagranicznych.

Prezydent François Hollande zlecił mu przygotowanie raportu nt. politycznych konsekwencji powrotu Francji do zintegrowanego dowództwa NATO oraz perspektyw „Europy Obrony”. Raport był gotowy pod koniec ub.roku. Przed kilkoma dniami opracowany przez Vedrina dokument został oficjalnie – z udziałem samego autora – zaprezentowany w Polsce.

Tym bardziej warto się z nim zapoznać. Dawno bowiem w europejskiej debacie publicznej nie słychać było tak jasno sformułowanego głosu na rzecz reanimowania projektu Europy Obrony – koncepcji komplementarnej wobec Sojuszu Północnoatlantyckiego.

Komplementarnej. To słowo-klucz warto podkreślić. Nikt, a już na pewno nie Vedrine, nie apeluje o stworzenie alternatywy wobec NATO. Sojusz Północnoatlantycki był, jest i będzie filarem, głównym narzędziem odstraszania, jedynym forum, na którym państwa europejskie, Stany Zjednoczone i Kanada definiują wspólną strategię obrony na każdą ewentualność, nie wykluczając (bo niestety nie wolno tego wykluczyć) nuklearnego Armagedonu. Tylko NATO ma (i mieć będzie w przyszłości) możliwość odparcia ataku na terytorium jakiegokolwiek z państw sojuszniczych.

Europa Obrony jest koncepcją bardziej ograniczoną. Jak pisze Vedrine, trzeba zastrzec ten termin dla inicjatyw lub działań Unii Europejskiej w dziedzinie wojskowej i cywilno-wojskowej lub dla współpracy w dziedzinie przemysłu obronnego.

Dotychczasowe osiągnięcia Europy są co najwyżej skromne. Owszem, powstały „europejskie” zalążki jednostek wojskowych, np. francusko-niemiecki Eurokrpus, a następnie unijne Grupy Taktyczne, także z udziałem Polski. Udało się nawet przeprowadzić kilka wspólnych projektów przemysłowo-obronnych, z których budowa transportowca A400M jest zapewne przykładem najlepszym.

Owszem, w traktatach europejskich (ostatnio w Lizbońskim) pojawiły się zapisy ustanawiające Wspólną Politykę Bezpieczeństwa i Obrony, razem z zapisami zobowiązującymi państwa członkowskie do wzajemnej pomocy w razie agresji zbrojnej i klauzulą „solidarności” (pomocy militarnej w stosunku do państwa członkowskiego, które stałoby się przedmiotem ataku terrorystycznego, ofiarą klęski żywiołowej lub katastrofy spowodowanej przez człowieka).

Powstała też Europejska Agencja Obrony.

Ale to mało. Stworzone w 2007 r. Grupy Taktyczne nigdy nie zostały użyte. Jedyną, zakończoną umiarkowanym sukcesem operacją militarną UE była „Atalanta” – powstrzymywanie ataków pirackich u wybrzeży Somalii.

Z punktu widzenia potencjału obronnego (funkcji wydatków na obronności i możliwości przemysłowych), Europa w najlepszym razie stoi w miejscu, by nie powiedzieć, że się cofa. Tylko dwa państwa Unii, Francja i Wielka Brytania, wydają na obronność ponad 2 proc. PKB, czyli tyle, ile zobowiązali się wydawać wszyscy członkowie NATO. Polska jest tuż, tuż – budżet 1,95 proc. PKB daje nam trzecie miejsce w zestawieniu (choć nie w liczbach bezwzględnych). Naszych amerykańskich przyjaciół i sojuszników bardzo uwiera to, że USA pokrywają około 75 proc. wydatków NATO, podczas gdy w czasach zimnej wojny proporcja była bliższa 50:50.

Raport Vedrine stwierdza, że Europa musi i może zrobić więcej. Pod warunkiem wszakże, że zacznie stawiać sobie realne, choć niekiedy skromne, cele. A rządy europejskie ostatecznie wyjaśnią swoje intencje. Najważniejsza jest decyzja polityczna, podejmowana w każdym z państw członkowskich Unii. Pisze Vedrine: -  „Bez rozbudzenia silnej woli politycznej – by Europa stała się mocarstwem, zamiast stać się bezsilną, a przez to zależną – wszystkie mechanizmy Europy Obrony pozostaną na papierze, jako cząstkowe czy nieożywione”.

Interwencja w Mali była pierwszym testem, jak dalece państwa europejskie są gotowe zaangażować się w interwencję militarną poza ramami NATO. Ale takich testów może być wkrótce więcej. I Francja po cichu liczy na to, że wypadną one choć trochę lepiej.

Równolegle państwa europejskie powinny uzgodnić ze swoimi partnerami z NATO, jak podzielić się odpowiedzialnością. Tu znów warto zacytować doradcę prezydenta Francji, Huberta Vedrine: – „Nie nastąpi dodatkowy wysiłek Europejczyków w zakresie zdolności militarnych bez przebudzenia ducha obrony; a takie przebudzenie nie nastąpi, jeśli Stany Zjednoczone nie zwrócą się do Europejczyków o przyjęcie większej odpowiedzialności. W pewnym sensie Sojusz jest w Europie ofiarą zbyt dużego sukcesu: to on odstraszał i chronił, przez co doszło do uśpienia ducha obrony u podopiecznych”.

Przy czym w ramach tego dzielenia się obowiązkami podzielić trzeba także zadania produkcyjne, tak, by nie tylko USA były dostawcą nowego sprzętu wojskowego, wyprodukowanego na miarę i w zgodzie z filozofią „inteligentnej obrony” (smart defence). Innymi słowy, Europa musi móc produkować własne systemy satelitarne, radary, systemy antyrakietowe itp.

*Konrad Niklewicz – zastępca dyrektora Instytutu Obywatelskiego, były wiceminister rozwoju regionalnego