Newsletter

Wuj Sam oswaja smoka

Daniel Schmuck, 08.04.2013
Konflikt między USA a Chinami jest mało prawdopodobny, bo nie opłacałby się żadnej ze stron

„XXI wiek będzie dla Ameryki stuleciem Pacyfiku” – stwierdziła była sekretarz stanu Hillary Clinton, przybliżając strategię geopolityczną Stanów Zjednoczonych w magazynie „Foreign Policy”. Ta widoczna od jakiegoś czasu zmiana w polityce zagranicznej USA stała się tematem eksperckich i medialnych debat oraz spekulacji. Zastanawiano się, czy ów zwrot mógłby być przyczyną sporu pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami.

Kluczem jest geografia

Czy taki scenariusz jest w ogóle możliwy? By odpowiedzieć na to pytanie, trzeba pamiętać, że kluczem do zrozumienia charakteru amerykańsko-chińskich relacji jest geografia. Zarówno dla Stanów Zjednoczonych, jak i dla Chin duże znaczenie geopolityczne mają oceany. Szczególnie dla Ameryki są one swoistym oknem na świat. Ocean Atlantycki to dla USA szlak do sojuszników w NATO, a Pacyfik –  droga handlowa do wschodnioazjatyckiego obszaru gospodarczego i Chin.

Chińska perspektywa wygląda podobnie. Chińska Republika Ludowa jest od północy odizolowana przez stepy i pustynie, na południu i południowym zachodzie okalają ją Himalaje, zaś na zachodzie i północnym zachodzie – inne wysokie masywy górskie. Dlatego tak ważna jest dla Chin kontrola połączeń morskich oraz tras nawigacyjnych na wschodzie. Spore znaczenie mają dla Chińczyków także wybrzeża, skupiające większość mieszkańców Państwa Środka.
Nic dziwnego, że ta geopolityczna sytuacja może być postrzegana jako źródło potencjalnego starcia.

Zbrojenia i teatr pogróżek

Zachodnie media i eksperci z niepokojem obserwują intensywne zbrojenie się Chin. Według Leona Panetty, byłego amerykańskiego sekretarza obrony, w roku 2020 ok. 60 procent amerykańskiej marynarki wojennej będzie rozmieszczone w regionie Azji-Pacyfiku. Prognozuje się, że w 2013 roku nakłady Chińczyków na sprzęt wojenny po raz pierwszy przekroczą 90 miliardów euro (to wzrost o 10,7 proc. w stosunku do 2012 r.). Jednak jak podaje Pentagon, suma ta w rzeczywistości może być wyższa nawet trzy- lub czterokrotnie! Opublikowane ostatnio przez Amerykanów zdjęcia satelitarne przedstawiają ogromne (dotychczas tajne) bazy dla chińskich okrętów podwodnych z napędem jądrowym na Morzu Południowochińskim.

Stabilności w tym rejonie świata zagraża nie tylko rywalizacja supermocarstw, ale także spory terytorialne: wciąż tlący się konflikt Chin z Tajwanem czy japońsko-chiński spór o bezludne wyspy Senkaku/Diaoyu. Obszar morski wokół tych wysp jest bogaty w ryby, ropę naftową i gaz ziemny. Nic więc dziwnego, że może być zalążkiem starcia między siłami chińskimi i japońskimi.

Na szczęście spór ten ograniczał się dotychczas do wzajemnych pogróżek, ostrzeliwania się z armatek wodnych i demonstracyjnego zwiększania liczby statków rybackich oraz jednostek straży przybrzeżnej przez obie strony.

Casus poradzieckiego lotniskowca

Jeśli chodzi o potencjalne starcie amerykańsko-chińskie, na razie jest ono, zdaniem większości analityków, niemożliwe. Choć armia chińska jest większa od amerykańskiej, nie dorównuje jej pod względem technicznym. I jak stwierdza amerykański ekspert George Friedman – w ciągu najbliższych 15-20 lat sytuacja ta nie ulegnie zmianie. Maszyny, którymi dysponują dziś Chińczycy, są przestarzałe lub kopiami modeli radzieckich. Chiny, mając świadomość tej słabości, nie rozpętają wojny ze Stanami Zjednoczonymi, największą potęgą wojskową świata.

Tym bardziej że nigdy nie były krajem, którego siła opierała się na flocie – a budowa nowoczesnych sił morskich kosztowałaby sporo czasu. Sytuację tę doskonale obrazuje historia pierwszego i jak dotąd jedynego chińskiego lotniskowca. Budowę okrętu rozpoczęto jeszcze w 1988 roku w Związku Radzieckim. Po jakimś czasie została wstrzymana, a to, co udało się zbudować, sprzedano Chinom. W rezultacie pierwszy chiński lotniskowiec został zwodowany dopiero w 2012.

Nowy pragmatyzm

Najważniejszą rolę w tej politycznej układance odgrywa jednak ekonomia. Amerykańska i chińska gospodarka są ze sobą mocno powiązane, a prognozuje się, że w przyszłości więzi te będą jeszcze silniejsze. Amerykańskie firmy produkują w Chinach, przyczyniając się do znacznego wzrostu gospodarczego Kraju Środka. Chiny eksportują swoje towary do USA. Dlatego Stany Zjednoczone to dziś dla Chin – lidera światowego eksportu, którego popyt krajowy nadal wzrasta – klucz do sukcesu. Poza tym Pekin posiada 1,2 biliona dolarów w amerykańskich obligacjach rządowych. Nic więc dziwnego, że w interesie Chińczyków leży stabilizacja dolara. Amerykańsko-chińskie starcie z pewnością wpłynęłoby więc na wartość waluty USA. Amerykanie zdają też sobie sprawę z tego, że także w przyszłości będą zdani na zaciąganie kredytów u Chińczyków.

Jednak choć konflikt między USA i Chinami jest dziś mało prawdopodobny, sytuacja w Azji i tak nie jest stabilna. Poza sporami chińsko-tajwańskimi i chińsko-japońskimi, komplikuje ją wzrost potęgi Indii oraz niepewna sytuacja na pograniczu Korei Północnej i Południowej. Tyle że Chiny stopniowo zmieniają swoją strategię i od niedawna wspierają sankcje Stanów Zjednoczonych oraz ONZ, wymierzone w reżim z Pjongjangu. Ten kooperacja zdaje się być oczywista. Trudno bowiem zaprzeczyć, że dziś najlepszą drogą do sukcesu jest nie konfrontacja, lecz handel i wymiana. Jak ujęła to swego czasu Hillary Clinton – „Współpraca przynosi nam więcej niż konflikt”.

Daniel Schmuck – student nauk politycznych i stosunków międzynarodowych, stypendysta programu Erasmus i stażysta w Instytucie Obywatelskim. Interesuje się polityką zagraniczną,  bezpieczeństwa oraz gospodarką i rynkami finansowymi.