Newsletter

Tusk gra va bank

Aleksander Kaczorowski, 29.03.2013
Czesi, podobnie jak my, zobowiązali się do przyjęcia wspólnej europejskiej waluty, kiedy wstąpili do UE. O żadnym referendum nie było wtedy mowy

Kiedy jesienią 2011 roku premier Czech Petr Nečas oświadczył, że jego rząd zamierza przeprowadzić referendum w sprawie ewentualnego członkostwa Republiki Czeskiej w strefie euro, obserwatorzy tamtejszej sceny politycznej na ogół byli zgodni w ocenie zarówno jego intencji, jak i sensowności samej decyzji.

Czesi, podobnie jak my, zobowiązali się do przyjęcia wspólnej europejskiej waluty, kiedy wstąpili do UE. O żadnym referendum nie było wtedy mowy. Gdyby mimo tego je przeprowadzili i gdyby wygrali przeciwnicy wejścia do strefy euro, oznaczałoby to, że Czechy nie zamierzają wywiązać się ze zobowiązań traktatowych. W konsekwencji na porządku dnia pojawiłaby się kwestia dalszego członkostwa tego kraju w Unii Europejskiej.

No cóż, były prezydent Václav Klaus nie marzy o niczym innym. Najprawdopodobniej wystartuje w przyszłorocznych wyborach do Parlamentu Europejskiego z listy Obywatelskiej Partii Demokratycznej (ODS), a w razie sukcesu – stanie na czele eurosceptycznej frakcji w PE. Skupia ona brytyjskich i czeskich konserwatystów oraz posłów Prawa i Sprawiedliwości.

Czy można sobie wyobrazić Václava Klausa w roli wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego? Oczywiście. Warto też zastanowić się, jak wyglądałoby funkcjonowanie tej instytucji z takim wiceprzewodniczącym.

Nietrudno zrozumieć, jaki interes mają czescy eurosceptycy, domagając się przeprowadzenia wspomnianego referendum. W przyszłym roku w Czechach odbędą się wybory parlamentarne, a także wybory do Parlamentu Europejskiego. Chociaż aż 2/3 Czechów sprzeciwia się wejściu do strefy euro, poparcie dla rządzącej eurosceptycznej ODS sięgnęło historycznego dna (8 proc. w sondażu z marca 2013). Rachunek jest prosty: gdyby eurosceptykom udało się połączyć wybory krajowe i europejskie z referendum w sprawie członkostwa Czech w strefie euro, mogliby na tym tylko zyskać. Bo nie mają już nic do stracenia.

Trudniej zrozumieć, jaki interes ma Donald Tusk, zapowiadając przeprowadzenie referendum w sprawie członkostwa Polski w strefie euro. Paul Krugman na swoim blogu w „New York Timesie”, interpretując tę zapowiedź, przypisał polskiemu rządowi skłonności samobójcze. Ciekawa była reakcja ministra finansów Jacka Rostowskiego. Jego zdaniem – czytamy w „Gazecie Wyborczej” – Krugman mógł nie zrozumieć intencji polskich władz i uznać, że rząd chce jak najszybciej dołączyć do eurogrupy. – Tymczasem jest odwrotnie – powiedział Rostowski.
Czyli co, rząd chce dołączyć do strefy euro jak najpóźniej?

Premier Petr Nečas nie ukrywa, że jest przeciwnikiem członkostwa Czech w strefie euro. Ma po temu swoje powody, o których pisze Krugman w felietonie: możliwość dewaluacji waluty, przekonanie o nieuchronnym rozpadzie strefy. W rozmowie z kwartalnikiem „Aspen Review Central Europe” w sierpniu 2012 roku (przedrukowanej potem przez „Rzeczpospolitą”) czeski premier powiedział: „Zobowiązanie do przyjęcia w przyszłości wspólnej waluty było częścią umowy akcesyjnej – rząd jest tego świadom i nadal respektuje to zobowiązanie. Jednakże strefa euro i jej waluta podlegają obecnie wielu zmianom systemowym, a zatem znacząco różnią się od tego, czym były w 2003 roku, gdy nasi obywatele w referendum opowiedzieli się za członkostwem w UE. Dlatego uważam za całkowicie uprawnione, aby Czesi mogli potwierdzić swoją chęć przyjęcia wspólnej waluty również w tych zmienionych okolicznościach. Przecież referendum w sprawie przyjęcia euro przeprowadzono również w Szwecji, choć nie wynegocjowała ona w UE żadnej szczególnej klauzuli w tej kwestii”.

Brzmi nieźle, ale w praktyce eurosceptykom chodzi po prostu o to, by odwlec perspektywę członkostwa w strefie euro do czasu, kiedy ona sama straci zainteresowanie rozszerzeniem. Dlatego premier Tusk zdecydował się na „samobójczy krok” w postaci referendum, najpewniej już w 2015 roku, choć jest to sprzeczne z interesami jego własnego, eurosceptycznego zaplecza. (Przy okazji wypada przyznać, że jest to jakiś pomysł na mobilizację elektoratu PO, kontynuację korzystnej dla niej konfrontacji z PiS-em, utrzymanie przez Tuska własnej pozycji w partii i jego dalszą karierę polityczną).

Donald Tusk nie ma nic do stracenia. Jeśli zwolennicy wejścia do strefy euro przegrają referendum, Polska znajdzie się jedną nogą poza Unią i wtedy zapewne będziemy mieli w Warszawie Budapeszt. Jeśli natomiast nasz kraj nie przeprowadzi referendum i nie wejdzie do strefy euro, znajdzie się poza Unią obiema nogami. Wtedy Budapeszt będziemy mieli w Warszawie z całą pewnością.

W tej sytuacji Tuskowi nie pozostaje nic innego, jak zagrać va bank.
I właśnie to zrobił.