Newsletter

Fala kryzysu zalewa Cypr

Jan Gmurczyk, 21.03.2013
Plan ratunkowy dla Cypru wywołał obawy o jedną z największych świętości w gospodarce – bezpieczeństwo depozytów bankowych

Plan ratunkowy dla Cypru wywołał obawy o jedną z największych świętości w gospodarce – bezpieczeństwo depozytów bankowych

Na naszych oczach rozgrywa się kolejny akt europejskiego kryzysu. Tym razem jednak obiektywy kamer nie są zwrócone w stronę Grecji, Hiszpanii czy Włoch, lecz Cypru – gospodarki, która reprezentuje niewiele ponad promil unijnego PKB.

Kłopoty śródziemnomorskiej wyspy w poważnym stopniu związane są z greckimi obligacjami, których cypryjskie banki nagromadziły pękate portfele. Spadek wartości tych papierów zachwiał stabilnością sektora finansowego i w konsekwencji całą gospodarką – do tego stopnia, że w czerwcu zeszłego roku kraj wystąpił o unijną pomoc. Wcześniej, w 2011 roku, Nikozja zdołała uzyskać od Rosji bilateralną pożyczkę w wysokości 2,5 mld euro. Ale kwota ta nie wystarczyła, by zażegnać kryzys.

O tym jak bardzo gospodarka cypryjska jest uzależniona od pomyślności instytucji finansowych niech świadczy fakt, że aktywa lokalnych banków przewyższają PKB kraju niemal siedmiokrotnie. Tym samym Cypr to, obok Islandii i Irlandii, kolejna wyspa, na której sektor finansowy urósł do rozmiarów oderwanych od rzeczywistości. Przypadek cypryjski stanowi też mocny argument za tym, by Europa zwarła szeregi i przyspieszyła prace nad unią bankową.

Od stabilności do recesji

Co ciekawe, Cypr wszedł w międzynarodowy kryzys w dość stabilnym stanie. Według danych Eurostatu, średnioroczny wzrost gospodarczy w latach 1998-2007 wynosił 4 proc. W 2007 roku budżet państwa zamknął się solidną nadwyżką w wysokości 3,5 proc. PKB, a dług publiczny w 2008 roku nie przekraczał 50 proc. PKB.

Załamanie na globalnych rynkach finansowych zmieniło sytuację. Mieszkańcom wyspy, podobnie jak całej strefie euro, rok 2009 przyniósł recesję, a dwa następne lata – słaby wzrost gospodarczy. Światowa dekoniunktura i problemy banków tak zaszkodziły kondycji kraju, że w zeszłym roku Cypr zanotował spadek realnego PKB o 2,4 proc. W świetle prognoz, recesja nie skończy się ani w roku bieżącym, ani w przyszłym. Budżet notuje poważne deficyty, dług publiczny skoczył w trzecim kwartale 2012 roku do 84 proc. PKB, a bezrobocie sięgnęło w styczniu 2013 roku 14,7 proc.

Podatek z zaskoczenia

Powodem, dla którego Cypr powrócił na czołówki gazet, nie są jednak złe dane makroekonomiczne ani ponure prognozy gospodarcze. W miniony weekend Europę i świat obiegła informacja, że ministrowie finansów państw członkowskich strefy euro uzgodnili w końcu warunki, na jakich Nikozja otrzyma zastrzyk gotówki potrzebnej do wsparcia banków i budżetu (chodzi o 10 mld euro, czyli równowartość ponad połowy cypryjskiego PKB). Jak się okazało, jednym z tych warunków było uzbieranie 5,8 mld euro w drodze opodatkowania depozytów bankowych stawką od 6,75 do 9,9 proc.

Ta niespodziewana wiadomość zbulwersowała Cypryjczyków, którzy masowo ruszyli wybierać oszczędności z kont. Tyle tylko, że banki zamknięto, a w bankomatach pieniądze szybko się skończyły. Przekaz był jasny: od podatku nikt się nie wywinie.

Warunkom pomocy zagranicznej we wtorek ostatecznie sprzeciwił się jednak cypryjski parlament, więc pomysł opodatkowania depozytów upadł. Co dalej? Nie wiadomo. Cypryjczycy odetchnęli z ulgą, ale wyspie nadal grozi bankructwo. Natomiast państwa Eurolandu nie spieszą się z wyłożeniem kolejnych miliardów na stół. Obywatele niemieccy, francuscy czy fińscy mogą nie bez racji spytać, dlaczego właściwie ich pieniądze mają ratować od bankructwa kolejny kraj, i to jeszcze o reputacji raju podatkowego oraz „bezpiecznej przystani” dla międzynarodowego kapitału.

Nadszarpnięte zaufanie

Z drugiej strony, wielu Europejczykom zapadnie w pamięć fakt, że na kontynencie serio rozważa się takie pomysły, jak sięganie do oszczędności zwykłych ludzi. Niejeden Grek, Włoch czy Hiszpan (a być może i Polak) zastanowi się teraz dwa razy, zanim założy lokatę w banku. Bo jeśli kryzys się nasili i trzeba będzie łatać dziurę w budżecie, to kto wie, gdzie padnie wzrok unijnych ministrów finansów?

Plan ratunkowy dla Cypru wywołał obawy o jedną z największych świętości w gospodarce – bezpieczeństwo depozytów bankowych. Takich rzeczy należy unikać jak ognia, bo zaufanie to podstawowa waluta krążąca w żyłach systemu finansowego. Jakakolwiek forma nieprzemyślanego majstrowania przy lokatach to zabawa zapałkami w składzie prochu. Jeżeli ludzie słyszą, że ich pieniądze są w jakikolwiek sposób zagrożone, zaczynają szturmować banki i wybucha panika. Podobne scenariusze to najgorsza rzecz, jaka może zdarzyć się w sektorze finansowym. Zwłaszcza dziś.

Ponieważ bezpieczeństwo depozytów jest tak ważne, powszechnie obejmuje się je gwarancjami państwowymi. Jaki jednak przekaz poszedł w świat w miniony weekend? Taki mianowicie, że z jednej strony państwa Europy gwarantują obywatelom odzyskanie oszczędności w razie bankructwa banku, ale z drugiej same mogą sięgnąć po lokaty w razie potrzeby. I to bez pytania kogokolwiek o zdanie. Po prostu przypierając ludzi do muru – zamykając drzwi banków, blokując przelewy itp.

Zegar tyka

Cypr to mała gospodarka i wielu komentatorów uśmiechem kwitowało sprawę wsparcia finansowego dla wyspy. Skoro bowiem setki miliardów euro znalazły się dla Grecji, Hiszpanii, Portugalii i Irlandii, to jaki problem wybawić od bankructwa kraj o PKB wynoszącym niecałe 18 mld euro?

Pytanie tylko, czy przypadkiem Cypru nie zlekceważono. Czy podczas szukania sumy 5,8 mld euro nie narażono na utratę zaufania całego systemu finansowego Unii Europejskiej. I to w momencie, gdy Europa odzyskuje stabilność, a rynki finansowe patrzą na kontynent łaskawszym okiem.

Z drugiej strony – problem cypryjski nadal pozostaje nierozwiązany, zegar tyka, a banki się chwieją. Członkowie strefy euro z pewnością pozostają otwarci na negocjacje. Ich stawką jest nie tylko los małej wyspy, ale także całego projektu wspólnej waluty, w którego ocalenie zaangażowano już mnóstwo kapitału politycznego i finansowego.

Cypryjczycy też muszą jednak przyjąć na siebie jakieś zobowiązania. Ostatecznie to ich kraj znajduje się na krawędzi niewypłacalności i to oni proszą o pomoc. Bez jakiejś formy zaciśnięcia pasa się nie obejdzie, choć Nikozja chętnie znalazłaby alternatywę dla tego scenariusza. Na przykład w postaci kolejnej pożyczki od Rosjan. Sytuacja jest dynamiczna, ale bankructwa Cypru raczej nie będzie. Na zażegnaniu zagrożenia zależy z pewnością zarówno strefie euro, jak i samym Cypryjczykom.

*Jan Gmurczyk – ekonomista, ekspert Instytutu Obywatelskiego