Newsletter

Populizm ery tabletów

Daniele Albertazzi, 21.03.2013
Nazywanie Beppe Grillo komikiem w polityce jest nie fair. Odniósł wyborczy sukces, bo wysłuchał krzyku rozpaczy Włochów i stał się głosem wykluczonych

Strona 1

Nazywanie Beppe Grillo komikiem w polityce jest nie fair. Odniósł wyborczy sukces, bo wysłuchał krzyku rozpaczy Włochów i stał się głosem wykluczonych – mówi dr Daniele Albertazzi w rozmowie z Weroniką Przecherską

Weronika Przecherska: Największymi zwycięzcami ostatnich wyborów we Włoszech są komik Beppe Grillo i świętujący swój polityczny comeback Silvio Berlusconi. Europejska prasa wrze i odmienia słowo „populizm” przez wszystkie przypadki. Jest aż tak źle?

Dr Daniele Albertazzi: Włochy rzeczywiście nie mają ostatnio najlepszej prasy. Media szafują pojęciem populizmu na prawo i lewo. Ostatnie wybory pokazały jednak przede wszystkim, że Włosi – podobnie zresztą jak inne europejskie społeczeństwa – mają już dość. Bezrobocie, korupcja, brak perspektyw – długo można by wymieniać problemy, z którymi się borykają. Paradoksalnie, ich wybór udowodnił jednak, że włoska demokracja wciąż żyje…

…i ma się całkiem dobrze?

Owszem. Na włoskiej scenie politycznej wiele jest afer, sporo korupcji. Problemy i ekscesy Silvio Berlusconiego to tylko czubek góry lodowej. Media są kontrolowane przez polityków. Państwowi nadawcy pozostają pod wpływem partii, a gazety – sektora finansowego. Ostatnie wyniki niekorzystającego z tradycyjnych mediów Beppe Grillo są więc dowodem, że włoska demokracja jest w całkiem dobrym stanie. Te rezultaty są jednak także znakiem naszych czasów, w których telewizja ustępuje internetowi. To przecież sieć była kluczowa dla sukcesu Grillo.

Berlusconi był więc populistą czasów szklanego ekranu, a Grillo – ery tabletów i smartfonów?

Można tak powiedzieć. Berlusconi zawsze pozycjonował się jako polityczny outsider. Człowiek, który z biznesu przeszedł do polityki i zna rozwiązania wszystkich problemów Włochów. Polityka Berlusconiego z pewnością jest populistyczna. Trudno mu jednak odrzucać polityczny establishment, którego sam był częścią przez tak wiele lat. Jest w tym po prostu mało wiarygodny. Żywiołem Cavaliere, jak go nazywają Włosi, jest telewizja. Bo chociaż Berlusconi ma sporo stron internetowych, które obsługuje sztab ludzi, trudno tu o jakąkolwiek interakcję. Dialog z wyborcami po prostu go nie interesuje.

Zupełnie inaczej postępuje Grillo, choć trudno jednoznacznie sklasyfikować go jako jednego z populistów. W przeciwieństwie do nich, nie traktuje społeczeństwa jak jednorodnej grupy. I nie jest przekonany, że zna wszystkie potrzeby obywateli. Wręcz przeciwnie: jego Ruch 5 Gwiazdek to raczej platforma, poprzez którą ludzie mogą komunikować swoje idee. Ich zdanie jest punktem wyjścia do dyskusji. Włoskim politykom Grillo mówi: Idźcie do domu! I właśnie ta jego niechęć do populistycznego establishmentu jest bardzo populistyczna.

Tak czy inaczej, ponad 25-procentowy wynik Grillo jest największym zaskoczeniem tych wyborów. Więcej udało się zdobyć tylko zjednoczonej centrolewicy.

Skąd wzięło się zaufanie Włochów do tego politycznego nuworysza?

Od 20 lat włoska scena polityczna jest podzielona na centroprawicę i centrolewicę. Włosi zawsze głosowali na jeden z tych bloków. Wszystkie inne inicjatywy przegrywały. Grillo był orzeźwieniem w środowisku zdominowanym od lat przez tych samych ludzi. Co jest przyczyną jego sukcesu? Przede wszystkim wysłuchał krzyku rozpaczy, który jest dziś szczególnie donośny. Stał się głosem wykluczonych. Zagłosowali na niego wykształceni trzydziestolatkowie, stale pracujący na czasowe umowy i pozbawieni nadziei na przyszłość. Teoretycznie wybór ten może zdawać się mało racjonalny. Jednak z punktu widzenia młodego człowieka spoglądającego ze strachem w przyszłość – wcale tak nie jest.

Włosi postawili na Grillo i odrzucili, uchodzącą za synonim zdrowego rozsądku, politykę Montiego. Dlaczego?

Czasem mam wrażenie, że racjonalność odgrywa naprawdę niewielką rolę w polityce. Ostatnie wydarzenia we Włoszech rzeczywiście mogą wydać się postronnym obserwatorom pozbawione logiki. Jednak punkt widzenia Włochów jest nieco inny: dla nich Mario Monti to symbol cięć i podatków. Oczywiście trudno zaprzeczyć, że w dobie finansowej depresji to słuszne rozwiązania. Jednak trzeba jednocześnie inwestować, by ożywić gospodarkę. I co równie ważne – przedstawić narrację, która daje nadzieję.