Newsletter

Rozkręcanie Unii czy alternatywa dla „klaunów”

Weronika Przecherska, 14.03.2013
Nowa eurosceptyczna partia w Niemczech na razie nie porywa za sobą tłumów, ale nasi sąsiedzi są coraz bardziej rozczarowani Europą

Nowa eurosceptyczna partia w Niemczech na razie nie porywa za sobą tłumów, ale nasi sąsiedzi są coraz bardziej rozczarowani Europą

Prowadząca w rankingach chadecja, próbujący ją dogonić socjaldemokraci, stosunkowo silni Zieloni i balansujące na granicy wyborczego progu (lub będące tej granicy dość blisko) FDP i Die Linke. Wydaje się, że niemieckie partie wstępnie podzieliły już wyborczy tort przed wrześniowymi wyborami. Powstająca właśnie eurosceptyczna inicjatywa Alternative für Deutschland (Alternatywa dla Niemiec) ma niewielkie szanse na osłabienie głównych konkurentów. Trudno jednak zaprzeczyć, że jej założyciele dość dobrze wpasowali się w medialny klimat ostatnich tygodni.

Partia ma być oficjalnie powołana do życia na początku kwietnia, jednak już dziś jest o niej dość głośno. Ojcami założycielami są ekonomista Bernd Lucke i publicyści – Konrad Adam i Alexander Gauland. Alternatywę wspierają także liberalni oraz konserwatywni profesorowie i dziennikarze. Łączy ich niechęć do kursu na ratowanie strefy euro, obranego przez rządzącą koalicję. I wiara w siłę Europy, tyle że zbudowanej na nieco innych zasadach niż obecnie.

Program Alternatywy sprowadza się do dwóch zadań: rozmontować strefę euro (ewentualnie – stworzyć możliwości wyjścia z niej) i umożliwić obywatelom krajów tej strefy przejście na krajowe lub regionalne waluty. Natomiast na plakatach członkowie ugrupowania krzyczą: Żeby Europa nie rozpadła się przez euro! Zakładają przy tym, że jeśli uda im się zebrać wymaganą liczbę podpisów, będą mogli już we wrześniu kandydować do Bundestagu. I w najbliższych wyborach do Parlamentu Europejskiego.

Politolodzy sceptycznie jednak oceniają ich szanse na sukces i podebranie elektoratu innym partiom – w szczególności po prawej stronie sceny politycznej. Również wyborcy nie wykazują szczególnego zainteresowania nowo powstającą inicjatywą. Założony niedawno profil na Facebooku, który można uznać za jaskółkę politycznej agitacji, zdobył na razie niewiele ponad 3000 fanów. Pragmatyczny niemiecki wyborca nie odda raczej głosu na nowicjuszy czy polityków balansujących na granicy populizmu. Dowodem na to jest chociażby historia pikujących w sondażach Piratów. Takim małym inicjatywom nie sprzyja też kryzys finansowy, który, paradoksalnie, umacnia duże i dobrze zorganizowane partie.

Nowo powstająca inicjatywa nie jest jednak całkowicie pozbawiona potencjału. Jak pokazuje sondaż Emnid na zlecenie magazynu „Focus”, 25 proc. Niemców wyobraża sobie zagłosowanie na eurosceptyczną partię. Trudno jednak przełożyć te wyniki na rzeczywiste poparcie i głos przy urnie. Tak samo jak nie sposób zaprzeczyć, że w hasłach budującego się ruchu jak w soczewce skupiają się obawy Niemców. Przykłady? Prawie połowa ankietowanych ostatnio przez Fundację Bertelsmanna jest zdania, że lepiej byłoby im bez Unii Europejskiej. Dwóch na trzech Niemców myśli natomiast, że ich życie było lepsze, gdy walutą RFN była niemiecka marka. Większość trzyma się jednak przekonania, że dzięki unijnym strukturom Europa może być konkurencyjna na arenie międzynarodowej.

Eurosceptycznych nastrojów Niemców nie łagodzą z pewnością ostatnie wyniki wyborów we Włoszech. Nic w tym dziwnego – wysoki wynik Silvio Berlusconiego i komika Beppe Grillo były przecież równoznaczne ze stanowczym „nie” dla niemieckiej polityki antykryzysowej. Podobnie jak wyborcza porażka premiera Mario Montiego, nazywanego przez europejską prasę „ulubieńcem Angeli Merkel”. Decyzje Włochów na nowo roznieciły w Niemczech debatę o „przegranych i wygranych” kryzysu.

Znany z ciętych i nie zawsze mieszczących się w kanonach politycznej poprawności wypowiedzi kandydat SPD na kanclerza Peer Steinbrück podgrzał jeszcze tę dyskusję, nazywając Berlusconiego i Grillo „klaunami”. W odpowiedzi na znieważenie włoskiej demokracji prezydent Włoch Georgio Napolitano odwołał spotkanie ze Steinbrückiem. Nie dziwi więc, że temat ratowania Europy ze zdwojoną siłą wypłynął wypłynął na polityczną powierzchnię.

Doskonałą ilustracją wydarzeń z ostatnich tygodni był polityczny talk-show Maybritt Illner, wyemitowany w zeszłym tygodniu przez stację ZDF.  Już sam jego tytuł mówił właściwie wszystko: „Chaos, klauni i kryzys euro. Czy Włosi ciągną nas w przepaść?”. Jednym z gości był, rzecz jasna, Bernd Lucke.

Mimo tego medialnego hałasu, Alternatywę trudno nazwać projektem skazanym na sukces. Ale polityczny potencjał eurosceptycznych ruchów w Niemczech jest kolejnym dowodem zmęczenia obywateli Europy kryzysem. I niezrozumienia metod, jakimi Unia próbuje wyjść z finansowej depresji.

Jeszcze bardziej niepokoi fakt, że znużenie okazują także ci Europejczycy, których położenie nie jest najgorsze. „Europa ratuje Euro, ale traci swoich obywateli” – stwierdził ostatnio na łamach „El Pais” José Ignacio Torreblanca. Trudno o lepsze podsumowanie tego, co dzieje się teraz w Unii.

*Weronika Przecherska – ekspertka ds. polityki Niemiec, analityk polityczny w Instytucie Obywatelskim. Interesuje się dyskursem i komunikacją polityczną.