Newsletter

Między buntem a solidarnością

Małgorzata Bilska, 05.07.2010
Tegoroczny Kongres Kobiet, który odbył się w Pałacu Kultury w dniach 18-19 czerwca, pozostawał w cieniu kampanii prezydenckiej

Tegoroczny Kongres Kobiet, który odbył się w Pałacu Kultury w dniach 18-19 czerwca, pozostawał w cieniu kampanii prezydenckiej. W porównaniu z I Kongresem przyniósł rozczarowanie, co stanowi konsekwencję nie tylko wydarzeń „zewnętrznych”, ale również strategii przyjętej w 2009 r. Kiedy rok temu Magdalena Środa, Henryka Bochniarz i Jolanta Kwaśniewska zaangażowały się w organizację Kongresu, przyświecała im idea dowartościowania wkładu kobiet w budowanie polskiej demokracji. Polką Dwudziestolecia ogłoszono zapomnianą legendę Solidarności, Henrykę Krzywonos-Strycharską (podczas laudacji wygłaszanej przez Krystynę Jandę tłumy uczestniczek płakały ze wzruszenia). Organizatorki odcięły się od radykalnych środowisk feministycznych, wyciszyły postulaty pro-choice, apelowały o solidarność, promowały parytet w polityce, czyniąc zeń symbol wspólnych interesów ponad podziałami. Wyzwoliły energię, która dała nieznane polskim feministkom poczucie siły. Zryw emocjonalny bywa jednak skuteczny w czasie „wojny błyskawicznej”. Budowanie trwałej solidarności nie jest już takie proste.

Miłada Jędrysik w „Gazecie Wyborczej” (z 19 czerwca br.) tak pisze o Kongresie: „Nie było aż takich tłumów kobiet – w różnym wieku, z najróżniejszych zakątków Polski – ani takiego entuzjazmu jak w zeszłym roku, na I Kongresie. Podczas kolejnych paneli dyskusyjnych uczestniczki i uczestnicy wyliczali głównie, co nie zostało zrobione: od postulatu parytetów na listach wyborczych, po zwiększenie liczby dostępnych finansowo dla każdego żłobków i przedszkoli. A jednak w wypowiedziach uczestniczek pobrzmiewała inna nuta; już nie zaklinania rzeczywistości (jesteśmy świetne, sięgnijmy po to, co się nam należy), ale pewności, że Wielka Zmiana już się zaczęła i żadna (męska) władza tego nie powstrzyma”. Autorka twierdzi, że zaczęła się wielka rewolucja, a zmiana jest nieuchronna. Czy rzeczywiście?

W oczy rzuca się fakt, iż skończyła się era spontanicznej, oddolnej aktywności, entuzjazm „kobiecej kontrkultury 2009”. Rok temu Sala Kongresowa była wypełniona po brzegi, teraz świeciła pustymi miejscami. Henryka Krzywonos, matka dwunastki adoptowanych dzieci i ikona przemian, budziła powszechną sympatię, co przyczyniło się do popularyzacji I Kongresu. Tym razem Nagrodą Specjalną uhonorowano prof. Marię Janion. Laureatka budzi wielki szacunek w środowisku naukowym, jest nestorką polskiego feminizmu, jednak kobiety nie będą się z nią utożsamiały, gdyż nie jest jedną z nich…

Podczas Kongresu powrócił temat aborcji, choć na pierwszy plan wysunięto kwestie nie budzące aż takich kontrowersji: obecność kobiet w wyborach samorządowych, brak żłobków i przedszkoli. Kompromis, na który zdecydowały się kobiety biznesu i działaczki feministyczne, może być jednak kruchy. Strategiczny sojusz biznesu i gender studies ma wiele przeciwniczek. Był on możliwy dzięki osobistej przyjaźni między organizatorkami oraz ich wpływom w obu środowiskach. Teraz podtrzymuje go nadzieja na spektakularny sukces ustawy parytetowej. Mało kto w Polsce zdaje sobie sprawę (co stawia pod znakiem zapytania badania poparcia dla projektu ustawy), że propozycja Kongresu, jest jedną z najbardziej radykalnych w Europie. Najczęściej stosowanym rozwiązaniem w Unii są kwoty wewnątrzpartyjne, o które w badaniach nikt nie pyta. W Polsce sprawdziły się one w wyborach do Sejmu w 2001 roku.

Według Jędrysik to „męska władza” stoi na drodze kobiet do szczęścia i równości. Mężczyźni tworzą szklane sufity, wspierają się w karierze, hamując kobiety w rozwoju. Problem dyskryminacji nie jest jednak taki prosty. Gdyby kobiety były ze sobą solidarne, parytety nie byłyby potrzebne. Umiałyby stworzyć skuteczny lobbing, nieformalne mechanizmy wspierania siebie nawzajem. Polskę często przedstawia się jako najbardziej zacofany kraj Europy, głównie z powodu ustawy antyaborcyjnej. Tymczasem nawet w „postępowych” krajach Wspólnoty kwestia kobiet często traktowana jest – jak pisze politolog, dr Anna Pacześniak – jako zagadnienie mniej istotne, „raczej pozostające w sferze zachcianki niż rzeczywistej potrzeby”. Łatwiej jest wprowadzić regulacje formalne i zmienić prawo, niż wcielać politykę równościową w życie codzienne. Zmiana prawa może być tylko symbolem zmiany polityki, a nie próbą rozwiązania głębszego problemu dyskryminacji. Projekt ustawy parytetowej złożony w Sejmie ma być przełomowy, a niezgoda na niego jest traktowana niczym zdrada ideałów równości i sprawiedliwości. Jeśli ustawa nie przejdzie w Parlamencie, w sferze symbolicznej Kongresu powieje więc pustką.

Błąd organizatorek Kongresu polega na tym, że konstruując model kobiecej solidarności próbują narzucić rozwiązanie formalne i radykalne, zamiast postawić na działanie bardziej wyważone lecz długofalowe. Mało kto pamięta, że już w roku 1994 pojawił się w Sejmie projekt ustawy kwotowej, pod którym podpisało się ponad 100 tysięcy obywateli. Olga Krzyżanowska zgłosiła go z ramienia Unii Demokratycznej, nikt jednak nie potraktował go serio. Jeśli dzisiejszy projekt zostanie odrzucony, to z powodu swego radykalizmu, choć i tak zostanie to uznane za dowód zacofania i arogancji męskich elit politycznych. Alternatywą byłaby propozycja projektu lepszego, bardziej nowoczesnego i skutecznego.

Mimo krytyki „kolesiostwa” i patriarchatu na tegoroczny II Kongres zaproszono jednak mężczyzn (Magdalena Środa ugięła się pod presją Henryki Bochniarz). Mało tego – najważniejszym wydarzeniem miała być debata kandydatów na prezydenta RP, do której zaproszenie przyjęli: Andrzej Olechowski, Waldemar Pawlak i Grzegorz Napieralski. Bronisław Komorowski odmówił, ale pojawił się na otwarciu Kongresu. Poinformował uczestniczki, że właśnie podpisał ustawę o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, co wywołało gromkie brawa. Jednocześnie stwierdził, że będzie zachęcał środowisko Platformy Obywatelskiej do stworzenia projektu kwoty 35 %, a nie 50 %, jak chciał Kongres, za taką kwotą opowiedział się również podczas niedawnej Konwencji PO. Projekt ten popiera również  pełnomocnik rządu ds. równego traktowania Elżbieta Radziszewska.  Oznacza to, że jest szansa na pojawienie się projektu alternatywnego, co umożliwi parlamentarzystom dokonanie wolnego wyboru. W krajach Unii stosuje się bardzo wiele rozwiązań promujących kobiety – ustawowa kwota 50 % wcale nie jest najskuteczniejszym z nich. Najważniejsze, aby rząd przejął inicjatywę i wypracował długofalową strategię na rzecz równości. Powinna być ona świadomym działaniem antydyskryminacyjnym, a nie doraźnie wymuszonym ustępstwem pod wpływem Stowarzyszenia Kongresu Kobiet.

*Małgorzata Bilska – socjolog i publicystką. Bada ruch feministyczny w kontekście kultury polskiej, prowadzi treningi profilaktyki przemocy w szkołach.