Newsletter

Włoski strajk polityków

Beata Chmiel, 08.07.2010
Równość obywateli, a więc też równość kobiet i mężczyzn, jest podstawowym prawem i istotną wartością demokracji

W czwartek 8 lipca w Sejmie posiedzenie Komisji Nadzwyczajnej do rozpatrzenia projektów ustaw z zakresu prawa wyborczego – czytaj: obywatelskiego projektu ustawy o zmianie ordynacji wyborczej w związku z wprowadzeniem parytetu płci na listach kandydatów, którego pierwsze czytanie odbyło się 18 lutego. Dwa miesiące później, 29 kwietnia przewodniczący komisji Waldy Dzikowski (PO) oznajmił, że z powodu katastrofy smoleńskiej nie wszystkie ekspertyzy zostały przygotowane i sprawę trzeba odłożyć na później. Oczywiście katastrofą smoleńską można wytłumaczyć wszystko, ale problem w tym, że ostatni możliwy termin zmiany prawa wyborczego mija w najbliższy piątek. To zaś oznacza, że w ciągu 24 godzin projekt musiałyby przegłosować dwie izby parlamentu. Tymczasem nie został nawet zmieniony porządek obrad Sejmu. W konsekwencji wybory samorządowe odbędą się bez parytetów, czyli po raz kolejny dopuszczając w sposób ograniczony lub wręcz wykluczając kobiety z aktywnego uczestnictwa w życiu społecznym i politycznym.

Równość obywateli, a więc też równość kobiet i mężczyzn, jest podstawowym prawem i istotną wartością demokracji. Nie jest ona jednak stosowana w polskiej polityce, choć w wyborach prezydenckich większość wyborców stanowiły właśnie kobiety (za to na liście kandydatów sami mężczyźni). Europejską Kartę Równości Kobiet i Mężczyzn, uchwaloną w maju 2006 r., adresowaną do samorządów lokalnych i regionalnych w Europie, zobowiązującą je do użycia ich kompetencji i wpływów w celu osiągnięcia większej równości, jako pierwsza – i zdaje się jedyna – w Polsce przyjęła Rada Miejska w Nysie. Uchwaliła też równościowy plan działania. Z danych GUS wynika, że co prawda udział kobiet w radach gminnych wzrósł z 13 proc. w 1995 r. do 21 proc. w 2008 r., ale są w Polsce rady, w których nie ma żadnej kobiety. Największy udział kobiet w organach stanowiących jest w miastach i sięga 30 proc. Analizując udział kobiet w sejmikach wojewódzkich czy powiatowych widać, że im wyższy szczebel samorządu, tym mniej kobiet. W 1998 r. na najwyższych samorządowych stanowiskach było 5,3 proc. kobiet, dziś funkcje wójta sprawuje 8,3 proc. kobiet,  burmistrza – 8,7 proc., ale prezydenta miast już tylko 3,7 proc.

W czasie II Kongresu Kobiet w Manifeście Wyborczym wezwano kobiety do startowania w wyborach. O ile w wyborach bezpośrednich kobiety mają pewne szanse, to w pośrednich – dużo mniejsze, bo tutaj obowiązują promujące mężczyzn parytety partyjne. Wg ekspertyzy obywatelskiej na podstawie danych PKW w PO na 30 proc. członkiń – na listach wyborczych było ich jedynie 17,02 proc., za to do parlamentu weszło 22,05 proc. (analogicznie PiS: 15,33 proc. – 21,71 proc., PSL – 16,77 proc. – 3,33 proc. – obie partie nie podają odsetka członkiń). Oznacza to, że kobiety cieszą się większym poparciem wyborców niż mężczyźni. Stąd zapewne strach przed konkurencją, ale i brak wyobraźni politycznej. Jeśli Polska ma się dalej rozwijać, musi odwołać się do zaniedbywanych przez ostatnie 20 lat potencjałów rozwojowych, w tym potencjału kompetencji kobiet. Warunkiem rozwoju nowoczesnego państwa jest bowiem dbałość o kulturowe i edukacyjne kompetencje członków i członkiń społeczeństwa i stworzenie im – nam wszystkim – równych szans. By wyeliminować problem nierówności ze względu na płeć potrzebne jest jednak solidarne działanie kobiet i mężczyzn, wspieranie działań społeczeństwa obywatelskiego i wypełnianie obietnic wyborczych. Prezydent Komorowski w czasie kampanii wyborczej powtarzał często znane hasło: Nie ma wolności bez solidarności. Teraz ma wielką szansę to udowodnić.

*Beata Chmiel – menedżer kultury, animatorka ruchu społecznego Obywatele Kultury