Newsletter

Czternaście (zbyt) krótkich dni

Konrad Niklewicz, 20.06.2013
Jeśli myślicie, że urlop ojcowski pozwoli Wam na nadrobienie zaległości w czytaniu i rozrywkach – żyjecie złudzeniami. Nie staniecie się też po nim wzorowymi ojcami. Ale i tak warto go wziąć!

Decyzję o moim ojcowskim urlopie podjęliśmy zanim jeszcze Młody Człowiek (MC) pojawił się na świecie. Urlop dla taty (który z podziwem godnym lepszej sprawy i pogardą dla reguł językowych nazywałem „tacierzyńskim”) był wówczas nowością w polskich przepisach. Nowością przez nas bardzo wyczekiwaną: wprost nie mogłem uwierzyć, że jakiś facet może nie chcieć wziąć 14 dni urlopu, by bardziej intensywnie pobyć ze swoim nowo narodzonym potomkiem. I choć trochę odciążyć mamę.

Wymagania Młodego Człowieka

Byliśmy w planowaniu na tyle skrupulatni, że gdy MC witał się ze światem, już wiedzieliśmy, kiedy wykorzystam dwa tygodnie ojcowskiego. Zdecydowaliśmy się na ostatni możliwy moment, czyli 12. miesiąc pierwszego roku życia Młodego Człowieka. Dziś jestem niemal przekonany, że to żona tak postanowiła (zachowując pozory wspólnej decyzji). Najwyraźniej uznała, że pociecha będzie już wówczas na tyle duża, że dwa tygodnie z ojcem (głównie) nie wyrządzą mu specjalnej krzywdy. Nie bez znaczenia był też fakt, że akurat na czas planowanego urlopu prognozowałem mniejsze obciążenie obowiązkami zawodowymi.

Na szczęście nie musiałem pierwszych dni z Młodym Człowiekiem spędzać na nauce podstaw. Kąpiele i tak zazwyczaj były moje, pieluchy i karmienie też dobrze znałem. To, czego musiałem się nauczyć, to organizacja dnia. Od czasu urlopu ojcowskiego jestem przekonany, że wychowanie małego dziecka jest – pod względem wysiłku – co najmniej odpowiednikiem pełnego etatu. Jeśli nie półtora.

Roczny Młody Człowiek wymagał bezustannej atencji. Czujny jak pantera, wiedział, kiedy tata próbuje ukradkiem zadzwonić do znajomych – i natychmiast protestował. Bo przecież uwaga ma być skupiona na nim. Otwarty komputer? Nie ma mowy – no, chyba że tata pozwalał walić piąstką w klawiaturę (nie pozwalał, więc jednak komputer wykluczony). Chwila lektury? Owszem, ale tylko w czasie popołudniowej drzemki Młodego Człowieka. Żadnej telewizji: ogłupia Młodego Człowieka, ojca zresztą też (nie raz, nie dwa łapałem się na tym, że bardziej niż MC byłem skoncentrowany na fabule kreskówki).

Cuda i dziwy w urzędzie

Od pobudki do wieczornego zaśnięcia Młody Człowiek ustawiał dzień w sposób doskonały. W tym sensie, że nie można było zajmować się niczym innym. Nie warto było nawet próbować – czasu starczało tylko na niego. Te słowa dedykuję młodym ojcom zainteresowanym opcją „tacierzyńskiego”: jeśli myślicie, że urlop ojcowski pozwoli Wam na nadrobienie zaległych lektur i obejrzenie tych wszystkich filmów na dvd, które obiecywaliście sobie od lat – żyjecie złudzeniami. No, chyba że wystarczy Wam czas popołudniowej drzemki. Mnie nie wystarczył, w pośpiechu robiłem i zjadałem wówczas obiad. Nie wspominając już o tym, że w pierwszych dniach logistyka przygotowania spaceru zajmowała mi kilkadziesiąt minut. (Jaki strój? Gdzie są skarpety Młodego Człowieka? Czy woda w butelce ma odpowiednią temperaturę? Czy pomarańczowa bluzeczka będzie pasować do jaskrawozielonego dresu?) Tylko trochę usprawiedliwia mnie fakt, że w zimie zawsze jest trudniej wybrać się na spacer.

Te wszystkie drobne niedogodności rekompensowały duże przyjemności. Zdumione i pełne podziwu twarze panów i pań w urzędzie gminy, do którego przyszedłem z Młodym Człowiekiem – bezcenne. Podobnie w sklepach i środkach komunikacji miejskiej (choć, nawiasem mówiąc, nie zdarzyło mi się, żeby ktoś ustąpił miejsca albo zaoferował pomoc przy wyniesieniu wózka z metra czy autobusu; najwyraźniej ojcowie z definicji mają sobie radzić sami).

Dobre samopoczucie taty

Mieszkam w jednej z dzielnic, która jest określana mianem „sypialni”. I jeśli wierzyć oficjalnym statystykom, w tej dzielnicy jest dużo rodzin z małymi dziećmi. A jednak widok ojca z wózkiem na spacerze w dzień roboczy około godziny 11.00 rano był wyjątkiem. Przez dwa tygodnie urlopu zdarzyło mi się to może trzy razy. Dziś wydaje się, że ojców z dziećmi zrobiło się jakby więcej – co potwierdzają statystyki. Z danych ZUS wynika, że w 2012 r. z urlopu ojcowskiego skorzystało – przynajmniej w niektórych województwach, np. w lubelskim – dwa razy więcej ojców niż w 2011 r. Ale wciąż mówimy o niewielkiej liczbie tych, którzy korzystają z owego uprawnienia. ZUS obliczył np., że w ciągu pierwszych trzech kwartałów 2011 r. mniej niż co dziesiąty uprawniony mężczyzna skorzystał z ojcowskiego!

Ta statystyka, choć pokazuje dobry trend (rosnące zainteresowanie ojców urlopami dla dzieci), potwierdza jednak tezę, że wciąż jesteśmy bardziej ojcami w słowach niż w czynach.

Z badań opublikowanych na portalu UrlopOjcowski.info (współpracuje z Ministerstwem Pracy i Polityki Społecznej) wynika, że większość polskich ojców jest bardzo dobrego zdania o sobie. Sondaż TNS OBOP dowodzi, że prawie 60 proc. ojców ocenia swoje zaangażowanie w wychowanie dziecka jako równie duże jak matek. Dwa tygodnie urlopu – choć minęły bardzo szybko – uświadomiły mi, jak wielkim takie dobre samopoczucie (moje jako taty) może być złudzeniem.

Miraż „quality time”

Po pierwsze, dziś jestem przekonany, że tych 14 dni na pewno było pozytywnym doświadczeniem. Ale niewiele zmieniło w moich relacjach z Młodym Człowiekiem. Dwa tygodnie to za mało, by znacząco wzmocnić/zmienić więzy ojca i dziecka. Po doświadczeniu urlopu ojcowskiego nabrałem przekonania, że ważniejsza jest codzienna obecność, udział w rutynie dnia. Nawet jeśli ogranicza się do kilku godzin dziennie. Urlop ojcowski, choćby najintensywniej wykorzystany, nie zastąpi mozolnego codziennego poznawania się. Nie liczcie na to, drodzy ojcowie. Nie wierzcie w pojawiające się tu i ówdzie hasło „quality time” – czasu o „wyższej jakości”, mającego być rzekomo substytutem znacznie dłużej trwającego, za to mniej intensywnego, zwyczajnego bycia ze sobą.

Tymczasem ze wspomnianych wcześniej badań wynika, że ojcowie nie mają zazwyczaj stałych obowiązków związanych z opieką nad dziećmi. Przykładowo, tylko 9 proc. budzi je rano i odprowadza do szkoły lub przedszkola. Jak podaje portal UrlopOjcowski.info, przeciętny polski ojciec poświęca potomkowi zaledwie od 30 do 53 minut dziennie. Wzięcie urlopu ojcowskiego tej statystyki nie poprawi. Co oczywiście nie znaczy, że należy z niego rezygnować. Wręcz przeciwnie! Mam nadzieję, że z całej mojej opowieści płynie zachęta do korzystania z tej opcji. Przestrzegam jedynie przed wiarą, że urlop ojcowski „załatwia temat”.

Ojciec z dzieckiem a sprawa polska

Dwa tygodnie to też za mało, by w istotny sposób ułatwić matce powrót do pracy (o ile tego sobie życzy). 14 dni urlopu ojcowskiego na pewno pomoże – ale to kropla w morzu potrzeb. Jeśli patrzeć tylko z tej perspektywy, wydłużenie takiego urlopu wydaje się dobrym pomysłem. I dlatego trochę zazdroszczę młodym ojcom, którzy skorzystają z tego rozwiązania po 1 września 2013 r. – kiedy zaczną obowiązywać nowe zasady, umożliwiające przedłużenie „tacierzyńskiego”. Zmiany te będą powiązane z przekształceniami zasad udzielania urlopów macierzyńskich. Od 1 września 2013 r. wymiar macierzyńskiego będzie podwojony – i część tak wydłużonego urlopu matki będą mogły scedować na ojców.

Pytanie tylko, czy urlop ojcowski można jeszcze rozciągnąć o kolejne tygodnie, wprowadzając jednocześnie obowiązek jego wykorzystania (pod sankcją utraty tej możliwości). I czy takie dalsze wydłużanie go da się pogodzić z twardymi realiami rynku pracy, w tym także z podejściem pracodawców. Jak już wspomniałem, do dziś pamiętam zdumienie na twarzach pracowników instytucji, do której przyszedłem wraz z Młodym Człowiekiem. Ojciec z dzieckiem, zamiast w pracy, wciąż chyba koliduje z polską tradycją.

*Konrad Niklewicz – doradca PO RP

Tekst opublikowany w Lupie Instytutu “Ojciec Polak” w marcu 2013 r.